Rewolucja, której nie było

Iwona Hartwich — jedna ze strajkujących przez 40 dni w polskim Sejmie matek dorosłych osób z niepełnosprawnościami — została SUPERBOHATERKĄ ,,Wysokich Obcasów” 2018. Jednogłośnie, decyzją kapituły plebiscytu i Czytelników. Nominowana za to, że otworzyła oczy Polaków na los dorosłych osób z niepełnosprawnościami. Zapytana w wywiadzie przez Monikę Redzisz* co podczas strajku było najgorsze, odpowiedziała: Te pełne pogardy słowa… Jak sobie przypomnę, co mówiła pani Krynicka – że znajdzie paragraf na rodziców. Poseł Żalek mówił, że z dzieci robimy żywe tarcze i że nie wolno nam dać pieniędzy do ręki. Dla pana Karczewskiego byliśmy epidemią. Pani Szydło wolała sobie pływać po Dunajcu, a kiedy wreszcie się zjawiła w Sejmie, nie raczyła nawet do nas podejść. (…) Prezydent, który najpierw dał nam nadzieję, a potem o nas zapomniał. Premier Morawiecki z kolei okłamywał społeczeństwo, twierdząc, że osoba niepełnosprawna dostaje 3 tys. zł miesięcznie. A pamiętacie komentarz hejtera, w którym wypomniał jednemu ze strajkujących niepełnosprawnych, markowe buty? A niewybredne wypowiedzi na temat matek, które zamiast opiekować się swoimi niepełnosprawnymi dziećmi, ciągają je pociągami po Polsce? Albo że siedzą te matki niewdzięczne w domach, nie muszą pracować, bo za darmo! dostają pieniądze, z naszych, ciężko pracujących Polaków, podatków? Dostają i jeszcze narzekają skubane!

Czy naprawdę w takiej Polsce, gdzie osoba niepełnosprawna w ramach pomocy może liczyć na litość, gdzie jest wykluczana z życia społecznego i szczelnie owijana tabu, żyję? Chcę wierzyć, że nie! Że ta głośna grupa hejtu, to tylko jej część. Cieszy mnie wygrana pani Iwony w plebiscycie na SUPERBOHATERKĘ i cała jestem poparciem dla strajkujących! Bo ten protest nie skończył się w ubiegłym roku w Sejmie. On nadal trwa.

Teatr-21-Rewolucja-ktorej-nie-bylo-fot-Grzegorz-Press-8

Wyrazem tego jest spektakl Teatru 21 Rewolucja, której nie było, w reżyserii Justyny Sobczyk, który zobaczyłam w poznańskim Centrum Kultury Zamek, w ramach cyklu Teatr Powszechny.

Wrażliwość, pracę, spojrzenie, szczerość i spontaniczność Teatr 21 uwielbiam ponad wszystko i kocham całym sercem! Ale gdy osoby niepełnosprawne, osoby z zespołem Downa komentują strajk, w którym wagą jest ich godność i godność ich rodzin, to ma to moc wszechpotężną, torpedującą! W tych okolicznościach niewiele trzeba by było zrobić, żeby wbić widownię w krzesło, a tymczasem zrobiono tyle, że spadł na nas grad emocji, mądrości i siły!

Spektakl podzielony jest wyraźnie na dwie części. Pierwsza to przypomnienie, komentarz wydarzeń ze strajku, druga to to, co odbyło się po nim i odbywa nadal.

W części pierwszej, wypełnionej po brzegi transparentami z protestu, aktorzy i aktorki Teatru 21 (Teresa Foks, Daniel Krajewski, Maja Kowalczyk, Barbara Lityńska, Aleksander Orliński, Aleksandra Skotarek, Magdalena Świątkowska, Piotr Sakowski) oraz Maciej Pesta, który gra strażnika sejmowego, Beata Bandurska i Martyna Peszko, grające tu matki, za pomocą prostych środków, jak krótkie scenki dramowe, odnoszą się (nie rekonstruują) do postawy wobec niepełnosprawnych, prezentowanej przede wszystkim przez polityków, ale także wszystkich tych, którym niewidzialność osób niepełnosprawnych, brak ich aktywności w życiu społecznym, zepchnięcie do strefy dla ich dobra, odpowiada.

W części drugiej spektaklu aktorzy i aktorki mówią głośno o potrzebie ich traktowania nie przez pryzmat ich niepełnosprawności, odrzucają litość. Chcą, żeby społeczeństwo (nie tylko ich bliscy) zobaczyli w nich ludzi, którzy marzą, mają plany, potrzeby, ambicje, którzy chcą brać śluby, tańczyć na nich i spędzać noce poślubne w Dźwirzynie, chcą być gwiazdami rocka i się całować.

Martyna Peszko w jednej ze scen opowiada, że czasami czuje się nienormalna, odbiegająca od jakiejś odgórnie przyjętej normy — nie ma dzieci, choć jej rówieśnicy w większości je mają, ma problem z zarządzaniem swoimi finansami, gubi rzeczy, jest roztargniona (mimo że przeczytała informację o odłączeniu wody w mieszkaniu, zrobiła sobie maseczkę, której potem z wiadomych powodów nie mogła zmyć). Koledzy w szkole mówili do niej: Martyna, ty Downie i ona sama czasami myśli o sobie, Martyna, ty Downie. Ta krótka scena uzmysławia jak płynne jest pojęcie normy społecznej i jak bywa ono niesprawiedliwe. Bo niby dlaczego osoby niepełnosprawne są niejako z urzędu poza każdą z tych norm?

Rewolucja, której nie było to rzecz jasna spektakl odnoszący się bezpośrednio do protestu dorosłych osób niepełnosprawnych i ich rodzin w polskim Sejmie, w 2018 roku. Ale także, a może przede wszystkim, dyskurs na temat niewidzialności osób niepełnosprawnych, egzemplifikacja ich wykluczenia, wyrzucenia przez społeczeństwo na margines, odebrania im prawa sprawczości, decydowania o swoim rozwoju, artykułowania potrzeb.

Chcę wierzyć, że po proteście w Sejmie, po Rewolucji, której nie było, osoby niepełnosprawne stają się… widoczne.

Iwona Hartwich:

Oczywiście, że mam [jeszcze siłę do dalszej walki]! (…) protesty są bardzo potrzebne, bo kiedy nas tam nie ma, to bardzo szybko o nas zapominają. O najsłabszych nie pamięta się długo. Dlatego muszę wracać i przypominać.*

Pamiętajmy, nie tylko gdy nam o tym przypominają…

 

fot. Grzegorz Press

* Mamy supermoce [w:] Wysokie Obcasy, nr 15 (1029), 13 kwietnia 2019

Czarne papugi

Czarne papugi w reżyserii Michała Borczucha to przedziwny, poetycki, polifoniczny świat utkany z opowieści, chaosu, rozmów i niekoherentnych obrazów. Świat, którego celem nie jest postawienie puenty, a przyglądanie się. Zainteresowanie, które towarzyszy tej obserwacji wynika chyba przede wszystkim z tego, że jest to świat trwający poza naszym doświadczeniem.

Osią spektaklu jest film oraz wędrujący w ciemności, pomiędzy widownią, snujący wielowątkowe, chaotyczne opowieści, aktorzy (Dominika Biernat, Pola Błasik, Lidia Bogaczówna, Iwona Budner, Monika Niemczyk, Natalia Strzelecka, Karol Kubasiewicz, Krzysztof Piątkowski, Rafał Szumera) oraz fantastyczne eksperymenty ze światłem i obrazem (reżyser świateł — Jacqueline Sobiszewski, multimedia — Michał Dobrucki). Tematem natomiast jest tu schizofernia. Jednak nie w kontekście medycznym, a jej aspekt społeczny, sensualny. Nie choroba sama w sobie, a tabu, którym jest otoczona. Nie przywłaszczenie i markowanie schizofrenii jest tu tematem, a raczej obserwacja.

Spektakl opiera się na surrealiatycznym tekście chilijskiego dramatopisarza Alejandro Moreno Jashésa, rozmowach z byłymi pacjentami szpitala psychiatrycznego w Kobierzynie oraz pobytem aktorów pracujących przy spektaklu w szpitalu psychiatrycznym w Krakowie. Swoisty patchwork doświadczeń i punktów widzenia.

CZARNE_PAPUGI_Teatr_Slowackiego_fot_Michal_Ramus_21_original

Poetycki tekst Jashésa skupia się na ciemności wypełniającej wnętrza naszych ciał. Opowiada o tym, co dzieje się z naszymi organami po ataku serca, lub w stanie ekstazy. Robi to jednak nie za pośrednictwem świadomości, a oczu, których źrenice odwracają się do wewnątrz czaszki i wędrując w głąb ciała widzą… ciemność. Bo jak powtarzają wciąż aktorzy: ciało jest ciemne w środku. W naszych oraganach nie ma światła. Tekst ten to oryginalnie monolog, który u Borczucha osiąga wielogłos.

W spektaklu wzięła udział grupa badawcza krakowskich artystów, byłych pacjentów szpitala psychiatrycznego: Monika Bąkowska – artystka wizualna, Laura Makabresku – fotografka, Maja Sądel – performerka, Piotr Mierzwa – poeta. Ich historie nie są główną osią, czy treścią fabularną. Przetworzone rozmowy, ich wspomnienia pozwalają jednak zbudować swego rodzaju laboratorium dezintegracji i tak charakterystyczny dla spektakli Borczucha mikrokosmos, prywatność. To chociażby wspopmnienie ogniska, na którym nie mogła być razem z przyjaciółmi jedna z artystek, bo przebywała wtedy na oddziale w szpitalu psychiatrycznym; bezładne retrospekcja z egzotycznej podróży kobiety — wspaniała Monika Niemczyk, czy przywołany przez tę samą aktorkę słodko – gorzki obraz jednej z pacjentek szpitala, którą zapamiętano za sprawą jej ekstrawaganckiego podejścia do mody i kradzieży ubrań osobom przebywającym na tym samym oddziale. 

Z kolei zarejestrowany w formie filmu pobyt aktorów w krakowskim szpitalu psychiatrycznym, rozmowa z pielęgniarką przyjmowanej na oddział Alicji (Dominika Biernat) i przekonywanie, że to co się tutaj dzieje jest udawane, że leki które ma dostać Alicja muszą być na niby bo kręci się tu film, że to wszystko jest na niby — ona, choroba, cała ta sytuacja są wariackie, ,,schizofreniczne”, poetyckie zarazem. Podobnie jak fragmenty filmu nagrane w opuszczonym kompleksie szpitalnym z początku XX wieku.

CZARNE_PAPUGI_Teatr_Slowackiego_fot_Michal_Ramus_10_original

Czarne papugi nie jest teatrem, do którego przywykła większa część widowni. Po pierwsze za sprawą nieoczywistej przestrzeni, bez podziału na scenę i obserwującą z wygodnych foteli, publiczność. Widzowie siedzą tu na dywanie, na kilku ławkach i krzesłach rozsianych po całej przestrzeni. Co więcej, mogą dowolnie przemieszczać się podczas trwania spektaklu, szukając własnej perspektywy (niewielu się jednak na to decyduje). Akcja spektaklu dzieje się też w kilku miejscach, jest polifoniczna — bo i na kilku ekranach wyświetlany jest film, aktorzy poruszają się między widownią, albo znajdują się wewnątrz półprzezroczystych kubików, które jednocześnie są też ekranami. Nie jest łatwy w odbiorze także za sprawą poetyckości, surrealistycznego tekstu, zaplanowanego chaosu, połączenia dokumentu, filmu z tetarem i szumem, wielością dźwięków i docierających z różnych stron bodźców. To próba wywołania doświadczenia odmiennej sensualności schizofreników, o której mowa na początku tekstu.

Borczuch inkorporuje tekst Jashésa i tworzy za jego pośrednictwem traktat o ciemności. Podczas spotkania prasowego, reżyser powiedział, że: temat w tekście Alejandro i temat wyłaniający się z materiałów warsztatowych, filmowych ze szpitala komplementują się i budują [ten] traktat. (…) Dotyczy on mroku, wyrasta z obserwacji, rozwija fakt fizyczny mroku panującego wewnątrz ludzkich ciał. Dodam, że to traktat poetycki (powtórzę, mimo że użyłam tego słowa już wielokrotnie) i wzruszający. I przygnębiający. To niełatwy w odbiorze, choć piękny za sprawą filmu, światła, intymności teatr.

fot. Michał Ramus © Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Śluby panieńskie

Zmieniająca się rola współczesnego mężczyzny, czy upadek męskości to od kilkunastu lat przedmiot zainteresowania wielu psychologów i badaczy, co potwierdzają oczywiście liczne publikacje na ten temat. Podam zaledwie dwa przykłady, jeden światowy i drugi z naszego poznańskiego podwórka, żeby tę tezę potwierdzić. W 2015 roku, nazywany głosem i twarzą współczesnej psychologii — Philip G. Zimbardo i  Coulombe Nikita S. napisali książkę Gdzie ci mężczyźni? W wywiadzie z Martyną Harland dla Gazety Wyborczej, profesor Zimbardo mówi, że dziś kobiety już wiedzą, że mogą osiągnąć wszystko, cokolwiek zapragną. To spuścizna emancypacji i efekt ich ciężkiej pracy. Tymczasem mężczyźni mają nadal nastawienie hedonistyczne. Chcą się przede wszystkim dobrze bawić, tu i teraz. To podejście nie zmienia się u nich od lat.

A jedenaście lat temu profesor Uniwersytetu im. Adam Mickiewicza, Zbyszko Melosik wydał książkę Kryzys męskości w kulturze współczesnej, w której pisze, że owy kryzys przybiera formę społeczno-kulturowej epidemii.

53537525_2359657934044198_32524387173269504_n

W dobie silnej emancypacji kobiet, feminizmu, konieczności (lub nie) przyjmowania niestereotypowych ról rodzinnych, nowych wyzwań dla płci, nie dziwi fakt niesłabnącego zainteresowania również teatru tym tematem.

I tak, Andrzej Błażewicz wystawia w Teatrze Polskim w Poznaniu Śluby Panieńskie Aleksandra Fredry. W opisie do spektaklu czytamy między innymi, że to spektakl, w którym twórcy portretują problemy współczesnego mężczyzny (…), tropią stereotypy i przemocowe wzorce zachowań wobec obu płci (…) stawiają pytania o tożsamość męskości w całej swojej rozciągłości obejmując obszary zarówno hetero-, jak i nieheteronormatywne.

Po przeczytaniu opisu, pełnego zapewnień i cytatów z wypowiedzi autorytetów w dziedzinie psychologii, jak Freud, czy wspomniany przeze mnie P. G. Zimbardo, zastanawiam, czy byłam na dobrym spektaklu, czy nie pomyliłam przypadkiem scen. Bo owszem, widziałam i słyszałam Anielę i Klarę — rzeczniki tytułowych ślubów wiecznego panieństwa. Widziałam i słyszałam płacz Albina, którego w książkowej wersji Klara nazywa przekornie fontanną. Zauważyłam też młodego fircyka i hulakę, Gustawa oraz dobrego wujka Radosta. A więc Śluby… były. Ale czy spektakl ten faktycznie mówił cokolwiek o upadku męskości, czy uruchomił inną niż patriarchalna narrację?! Opis do spektaklu i zapewnienia twórców wydają się być w tym przypadku sporym nadużyciem, a doszukiwanie się w spektaklu wspomnianych treści było by nadinterpretacją.

53383989_2359658057377519_6868193816348721152_n

Najmocniejszą stroną spektaklu jest scenografia Aleksandry Grabowskiej, która w połączeniu ze światłem (również Grabowska) zdaje się tworzyć obrazy wręcz oniryczne. A jest  to ściółka leśna przykryta kratą podobną do doświetlaczy piwnicznych i zsyp do gruzu w rogu sceny, z którego raz po raz wyłania się jabłko, które mitologizuje, dopowiada o magnetyzmie serc i dwóch przeznaczonych sobie połówkach błąkających się po świecie. Las, zieleń, słońce ukryte jest pod kratą. Widzimy je, ale nie możemy dotknąć.

Kolejny plus Ślubów… to na pewno aktorstwo. A grają tu sami mężczyźni (to pewnie to przełamywanie stereotypów…): Mariusz Adamski w roli hardej i zbuntowanej Klary, Konrad Cichoń jako delikatna i wrażliwa Aniela, Piotr B. Dąbrowski — przepoczwarzający się z birbanta w czułego partnera i kochanka (scena miłosna Anieli i Gustawa leżących na trawie, wspaniale doświetlona, jest jedną z najbardziej udanych i wizualnie urzekających). Dalej, Paweł Siwiak w roli Albina, w wersji Błażewicza wzbudzający raczej współczucie i rozczulenie niż zdenerwowanie, jakie to wywoływał fredrowski Albin. Choć przyznam, że śpiewanie przez kilka minut w płaczu, ,,smutnej” piosenki, to już trochę za dużo. Ale tak, chłopaki też płaczą i są wrażliwi, oczywiście! Sam jednak pomysł zbudowania z tego argumentu dla całej sceny, wydaje się być karykaturalny. I last but not least, Wiesław Zanowicz w roli opiekuńczego wuja, któremu sen z powiek spędza chęć doprowadzenia Gustawa przed ołtarz.

Scenografia, światło, aktorstwo to zdecydowanie najmocniejsze punkty Ślubów panieńskich, z których to niestety, ale nie wybrzmiewają treści, o których zapewniają nas w opisie, twórcy.

fot. materiały Teatr Polski w Poznaniu

Dead girls wanted

Bo dobra dziewczyna to martwa dziewczyna…

Sześć kobiet. Sześć historii. Sześć upadków. Kulturowa fascynacja martwym, kobiecym ciałem i medialna fiksacja na temat celebryckiego staczania się. Im bardziej poniżający obrazek, tym lepiej, tym więcej seksistowskich gifów, komentarzy i krzykliwych, prasowych nagłówków. Dead Girls Wanted, to sześć monologów skrzywdzonych, upadłych kobiet, bądź kobiet już martwych, których śmierć poprzedzona była upadkiem. Kobiet ikonicznych dla popkultury, gwiazd, celebrytek, których ucieczką przed swoją rolą, przed sławą i związanymi z nią oczekiwaniami jest autodestrukcja.

Inspiracją dla Jolanty Janiczak i Grzegorza Stępniaka, do powstania tekstu, była książka Alice Bolin Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession. Książka dostępna jest na razie  tylko w języku angielskim i dotyczy, jak wskazuje tytuł — obsesji amerykańskiej popkultury na punkcie martwych dziewczyn.

Z perspektywy rozwoju fabuły, te martwe dziewczyny są w filmach, czy serialach raczej mało ważne. Ich znalezione ciała są szansą do rozwiązania przez mężczyzn policyjnej zagadki, wykazania się w roli detektywa, śledczego, prokuratora. Jedną z przedstawicielek martwych, telewizyjnych kobiet, znanych na szeroką skalę jest Laura Palmer z miasteczka Twin Peaks. I to właśnie fragmentem z tego serialu i obrazem nieżywej Palmer, której ciało ,,zagrała” Jola Janiczak, rozpoczyna się spektakl — kolaż pełen przeróbek, tekstów piosenek, swoistych spowiedzi gwiazd, które nie oczekują rozgrzeszenia.

deadgirlswantedfotstolarska-82-1171

Jako pierwsza swój monolog rozpoczyna Nastazja Filipowna (nieudana, pretensjonalna rola Beaty Deutschman) z Idioty Fiodora Dostojewskiego. I dalej, zgodnie z myślą Michela Foucaulta, że najwięcej o danej kulturze mówi to, co zostało przez nią wyrzucone na margines, otwierają się przed nami kolejne kobiety, jedna po drugiej — gwiazdy medialnych performanców, bohaterki alkoholowych i narkotykowych ekscesów, osaczane przez paparazzi, fotografowane i kręcone w stanie odurzenia, nagie, zarzygane, półprzytomne, pogrążone w depresji, będące pożywką dla mediów. Martwe lub uśmiercone (jak Britney Spears, czy Lindsay Lohan) za życia. Mówią o swoich lękach, uzależnieniach, o wyrachowanych, pazernych krewnych. Mówią o bezsilności i lęku, a jednocześnie emanują jakąś dziwną siłą i pewnością siebie, którą jakby odzyskały po śmierci lub poprzez autodestrukcyjne akty. Aktorsko jest już tylko coraz lepiej.

Świetny w roli  Whitney Houston, Łukasz Stawarczyk — ubrany w białe futro, co kilka zdań kryje głowę pod wodą, w cynkowej wannie (bezpośrednie odniesienie do miejsca, w którym znaleziono ciało Houston po przedawkowaniu). Wzruszająca Magdalena Celmer w czarnym koku, jako Amy Winehouse, która błaga o wsparcie, uwagę, miłość Blake’a (były partner Amy, którego rola w jej karierze i uzależnieniu była niebagatelna). Hipnotyczna Karolina Staniec, Annę Nicole Smith (znaną między innymi z sesji dla Playboya i śmierci w wieku niespełna 40 lat w wyniku zażycia dwunastu rodzajów różnych leków), zagrała w supermarkecie. Film z odurzoną Smith w wykonaniu Staniec, spacerującą w coraz większym zagubieniu, smutku i upojeniu, obserwujemy na ogromnym ekranie z tyłu sceny. Na koniec dwie jeszcze żywe kobiety, czyli Britney Spears i Lindsay Lohan. Jeszcze bo wciąż balansują na krawędzi życia i śmierci. Britney, ulubienicę moich rówieśniczek z lat 90. zagrała Małgorzata Saniak; przez całą swoją scenę biegnie bez tchu (lub może bardziej jedzie bo jest, jak cała reszta aktorów, na wrotkach) przed siebie, zostawiając w tyle wszystko i wszystkich, którzy czegoś od niej wymagają, oczekują. I na koniec wspaniała Agnieszka Kwietniewska w roli Lindsay Lohan — amerykańskiej aktorki filmowej i serialowej, aktorki Disneya, która pomimo młodego wieku była już na kilku odwykach, o której media przypominają sobie przy okazji kolejnych skandali. I która pomimo wspinania się przez całą scenę po szczeblach wysokiej drabiny, gotowa za sukces zapłacić wiele, kariery pewnie w najbliższym czasie nie zrobi.

Dead Girls Wanted to kompletna i radykalna dekonstrukcja amerykańskiego snu.

deadgirlswantedfotstolarska-85-1168

O znieczulicy społecznej, o przyzwoleniu na cynizm i seksizm i o kulturowej obsesji na temat martwych dziewczyn (jak czytamy w opisie spektaklu) jest najnowsza premiera Teatru Zagłębia w Sosnowcu. Naiwnym jest jednak sądzić, że Dead Girls Wanted to spektakl tylko o cierpieniu i psychicznym załamaniu przywołanych w nim kobiet, czy o zainteresowaniu mediów ich martwym ciałem. To także rzecz przypominająca o poczuciu winy i o odpowiedzialności społecznej, a także o ,,pokazywaniu widzenia” — bo przecież wszyscy (nawet ci, którzy nie do końca szukali) widzieli nagranie zataczającej się podczas koncertu w Belgradu, Amy Winhouse, widzieli zdjęcia naćpanej Whitney Houston, widzieli zdjęcia, czy nagrania rozdygotanej, łysej Britney Spears, biagającej po parkingu i demolującej auta parasolką. Ale czy ci sami widzieli coś więcej prócz tego? Może jakieś refleksje na temat toksyczności mediów, może jakąś tragedię tych poniżonych, wycieńczonych psychicznie kobiet, którym odmawia się prawa do człowieczeństwa? Jeśli nie, to pewnie warto wybrać się do Sosnowca. Mam nadzieję, że dzięki takim spektaklom, jak Dead Girls Wanted, w których mówi się wprost, przedstawia się wprost, analizuje i poddaje ocenie wprost, teatr ma szansę wyjść poza terytorium uzgodnione, czyli takie gdzie przekonani mówią do osób przekonanych, przez co komunikat krytyczny nie przedostaje się dalej.

fot. Monika Stolarska

Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy

Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy w reżyserii Magdy Szpecht to spektakl – instalacja inspirowany dwoma książkami Marcina Wichy — Jak przestałem kochać design i Rzeczy, których nie wyrzuciłem, za którą w 2018 roku autor otrzymał Nagrodę Nike. Obie książki, to bardzo osobiste, intymne wspomnienia Wichy o rodzicach. Pełne czułości i humoru, ale też nostalgicznych i bardzo emocjonalnych historii. Historii o rodzicach opowiedzianych za pośrednictwem pozostawionych przez nich przedmiotów, książek.

Czytając książki Wichy czułam się zaproszona do odbycia razem z autorem bardzo intymnej podróży do jego przeszłości. Oglądając gnieźnieński spektakl… czułam tylko, że intymność, którą tak bardzo chciano osiągnąć, miała wymiar jedynie efemeryczny.

rzeczy-o-nas_rzeczy-ktorych-nie-wyrzucilismy_marcin-wicha_wittchen_barełkowska13

 

Co mówią o nas przedmioty i jak nas zapamiętują.

Nad tym, na podstawie książek Wichy i wspomnień trójki mieszkańców Gniezna — uczestników tamtejszego Uniwersytetu Trzeciego Wieku (Lucyny Kaszyńskiej, Stefanii Wojciak, Marka Szymaniaka) zastanawiali się twórcy spektaklu. Michał Korchowiec stworzył scenografię – instalację w formie małego muzeum rzeczy bezpańskich, zapomianych: przedmiotów ze śmietniska, teatralnej rekwizytorni, pamiątkach po zmarłych właścicielach. Przedmioty takie jak świeczniki, miotły, mop, stary telewizor, porcelanowa figura konia, czajnik elektryczny, czy plastikowe kubeczki znajdują się w muzelanych gablotach. W ten sposób, rzeczy na pozór nikomu nie potrzebne zyskują rangę ważnych, jedynych, niepowtarzalnych nośników historii. Aktorzy traktują eksponaty z ostrożnością i czułością. Hiperbolizując ich znaczenie, głaszczą je, całują, tulą w ramionach, animują sytuacje, w których przekonują nas i samych siebie, że przedmioty te są absolutnie niezbędne do życia. Śpiewają do nich francuską piosenkę Jane Birkin i Serge’a Gainsbourga Je T’aime,…Moi Non Plus, konstruują z nich przedziwne, skomplikowane urządzenia, które mają ułatwić im codzienne funkcjonowanie. Nie robią tego jednak podążając za najprostyszym i najbardziej użytecznym rozwiązaniem, a raczej w myśl amerykańskiego rysownika i wynalzacy Rube’a Goldberga, który twierdził, że ludzie mają skłonność do niepotrzebnego komplikowania sobie życia. Zamiast prostych i szybkich do realizacji, wybierają rozwiązania trudniejsze i bardziej pogmatwane. Aby unaocznić bezsens podobnego działania, tworzył on skomplikowane maszyny działające na zasadzie domina. Powstające podczas spektaklu urządzenia, czy ogromne portrety w bardzo prosty, dosłowny sposób ilustrują teorię Goldberga. Bywają dowcipne, czasami wręcz groteskowe i, co ważne, przekładają ją na poziom relacji międzyludzkich, komunikacji.

To nie jedyna forma, przez którą przedmioty komunikują się z widownią. Głos dosłownie wydobywa się z jednego z nich. Radio (bo o nim mowa) jest tu pełnoprawnym narratorem, opowiada i komentuje. I szkoda, że nie jedynym…

Paradoksalnie, momenty, w których głos dobiega z taśmy, często na tle przepięknej, hipnotyzującej muzyki stworzonej przez Krzysztofa Kaliskiego i na tle onirycznych wizualizacji Wojtka Doroszuka, są najbardziej intymnymi i sugestywnymi. Mimo że twórcy wydali się robić wszytsko, aby tę intymność zbudować i utrzymać w całym spektaklu — spora część widowni siedzi na miękkich poduchach, wokół salonowego dywanu, sufit jest obniżony przez lekkie tkaniny (tło do wizualizacji), wokół gabloty, na scenie gnieźnieńscy seniorzy i ich historie z dzieciństwa, aktorzy próbują nawiązać bliski kontakt z widownią — rozmawiają, głaszczą po ramieniu, wspomniana muzyka. Efekt ten jest jednak bardzo krótkotrwały, złudny, szybko przemija. Zabrakło emocji, zabrakło większego spektrum. Bo o ile zaproszenie do spektaklu mieszkańców Gniezna wydawało się bardzo ciekawym pomysłem, o tyle ich historie, na poziomie emocjonalnym, były do siebie bardzo podobne… przez co spektakl wydał się nieco płaski. A sam temat jest przecież silnie obciążony emocjonalnie, w końcu to wspomnienia! Trawestowany na scenę okazuje się być beznamiętny. Szkoda…

gniezno2

 

Przedmioty to wszystko, co po nas zostaje. Jedyna forma nieśmiertelności, na jaką możemy liczyć.

Przedmioty, pamiątki w Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy ożywają, zostają wyjęte z marginesu codzienności, zostają zauważone, opowiadają historię, mitologizują. Wydostają się na pierwszy plan jako pomost pomiędzy wspomnieniem a rzeczywistością, ożywiają pamięć po ich dawnych właścicielach. W spektaklu to właśnie przedmioty, scenografia, wideo, muzyka, ich niema narracja jest najbardziej sugestywna, intymna.

 

fot. Dawid Stube

Sprawiedliwość

Za wydarzenia z marca 1968 ( i dalej: 1969, 1970), za kaskadę nienawiści do Żydów polskich, zachęcanie do nienawiści i w rezultacie ich wypędzenie, nie sposób ukarać konkretnych osób (mimo, że dyskryminacja ze względu na wyznanie, czy pochodzenie, zarówno 50 lat temu, jak i dzisiaj jest niedopuszczalna przez prawo). Bo albo przestępstwo się przedawniło, albo jego sprawcy już dawno nie żyją, ich przedsiębiorstwa nie istnieją, przez co trudno ich zlokalizować. Ci których udało się odszukać są chorzy lub stracili pamięć.
Znalezione dowody, jak na przykład nacjonalistyczny, nienawistny artykuł Karola Badziaka o bekonie, nadają się raczej jako gag do scenariusza kolejnej części Monthy Pythona, nie do prokuratury. Iwona Śledzińska zaś, która w latach sześćdziesiątych napisała dwa antysemickie artykuły w prasie jest teraz posłanką opozycji. Czy złożenie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez Śledzińską byłoby oskarżeniem całej opozycji?
Po co rozgrzebywać tamte wydarzenia, po co drążyć, skoro i tak nie sposób dociec niczyjej winy — pytają sami siebie artyści? Dla sprawiedliwości!

Po to powstał ten spektakl, po to ten dokument, badanie historii — to odpowiedzialność i obowiązek sztuki, słyszymy ze sceny i ja się z tym absolutnie zgadzam! Jak mówi w spektaklu Barbara Wysocka: Jeśli o nich [Polakach odpowiedzialnych za wypędzenie Żydów z Polski w 1968 roku] nie mówimy, to co? Zapominamy o nich? Nie! My ich wtedy chronimy!

28906611_1578098525641132_159899651_n_1

Czterech aktorów nie wcielających się w żadne postacie (występują pod własnymi nazwiskami) przedstawia kolejne fakty dowodzące nacjonalizmu, antysemityzmu, prześladowań Żydów w Polsce w ‘68 roku, kierowniczym sprawstwie ówczesnych rządzących i odpowiedzialności milczących obywateli. Ich dochodzenie ma formę spotkania historyków, badaczy, którzy przeszukują prasę i inne dokumenty z tamtego okresu, by przedstawić widzom, w formie wykładu, opatrzonego wyświetlanymi slajdami, wycinkami z gazet, znalezione przez nich informacje. To, co znajdują to publiczne nawoływanie przez prasę do nagonki na Żydów, do zaangażowania w waśnie, to katalog antysemickich stereotypów: Żydzi chcą opanować cały świat, Żydzi nas Polaków gnębią, czy kłamstwo ma syjonistyczne nogi. Już samo używanie słowa syjonizm/syjonista w przeciwieństwie do jego etymologii, w ówczesnej Polsce stanowiło kod czysto antysemicki. Są też nagrania, w których wypowiadają się Żydzi mieszkający w tamtym czasie w Polsce, którzy jako powód wyjazdu podają jednogłośnie, atmosferę szykanowania i wyjęcie spod prawa.

Aktorzy porównują Sprawiedliwość do historii Króla Edypa i mieszkańców Teb. Zastanawiają się jakie znaczenie dla społeczności miałoby odnalezienie konkretnego sprawcy, przez którego na miasto spadło gradobicie klęsk. Czy był to sam Edyp, czy Apollin, a może winnym był Lajos lub Terezjusz… to bez znaczenia bo znalezienie jednego, czy wielu odpowiedzialnych, zburzyłoby bowiem status quo. Już samo dociekanie zmąciłoby panujący społeczny porządek. Analogia do Polski? Bardziej niż oczywista.

I co oni [mieszkańcy Teb] mają z tego śledztwa, pyta ze sceny Ewa Skibińska? Sprawiedliwość…

Narracja aktorów, przytoczone przez nich dokumenty, dowody są jednoznaczne — to co stało się w 1968 roku w Polsce, to zbrodnia na ludzkości, coś co się nie przedawnia! Sprawiedliwość Michała Zadary, to arcyważna pozycja w repertuarze polskiego teatru.
Do Powszechnego szłam bez przekonania, obawiając się ciężkiego, patetycznego teatru non fiction, nużącej lekcji historii. Wyszłam przytłoczona, zachwycona warstwą poznawczą, inscenizacyjną i artystyczną tego spektaklu.

fot. Krzysztof Bieliński

 

Strach

Strach, przypomina postapokaliptyczną wizję świata, jakby na ziemię znów spadł meteoryt, a kroki piątki zbłąkanych postaci były nie tylko jednymi z ich ostatnich, ale także z jednymi z ostatnich kroków ludzkich na ziemi. Jakby czekali na coś, co i tak nieuniknione.

Aktorów (Dobromira Dymeckiego, Monikę Frajczyk, Cezarego Kosińskiego, Piotra Trojana, Agnieszkę Żulewską) poznać możemy jedynie po głosach, ich twarze zakrywają maski, wszyscy są równi, wszyscy odstręczający, w pewien sposób potworni. Ubrani w przykurzone ubrania, jakby wyszli z jakiegoś schronu, w którym ledwo co przetrwali wybuch. Po to, by już niedługo zostać wchłoniętymi przez dziurę, przerażającą otchłań nicości, z której wystają tylko oślizgłe odnóża, macki jakiegoś potwora. Stranger things… trzeba przyznać. Warstwa wizualna, jest mocno sugestywna, na co składają się nie tylko kostiumy (Dominika Olszowy) i scenografia (Tomasz Mróz), ale też fantastyczne światła (Aleksandr Prowaliński), które w połączeniu ze zwolna przesuwającym się dymem tworzą oniryczne wręcz mozaiki, ruchome witraże. Muzyka dopina uczucie niepokoju.

Małgorzata Wdowik jest reżyserką, której nie interesuje tradycyjny sposób pracy. Bazuje ona raczej na tworzeniu doświadczeń niż fabuły. Muszę przyznać, że uwielbiam jej wrażliwość, sposób komunikowania się z widzem i zajmowania się problemem. Jej teatr to przepracowywanie, doświadczanie, odkodowywanie klisz. Strach według tego, co mówiła w wywiadach miał być próbą dotarcia do źródeł naszych własnych lęków, [których twórcy] szukają w opowieściach ludowych i popkulturowych, we wspomnieniach rodzinnych i doświadczeniach politycznych. Budują z nich świat zawieszony między fantazją a koszmarem sennym, w którym najważniejsza staje się walka o swój strach. Strach manipuluje scenami z popkultury, prowadzi dialog z klasyką filmów grozy, pojawia się Frankenstein, który jest wkurzony, że nikt się już dziś go nie boi, że przestał być wiarygodny.

STRACH_fot-NK_3

Dla mnie, mimo dużego szacunku i słabości do języka Małgorzaty Wdowik, Strach był nie do końca udaną próbą opowiedzenia o samotności, chorobie, śmierci, wizji pośmiertnej ciemności i przede wszystkim o braku wyboru, o bezradności i świadomości nadejścia nieuchronnego. Dlaczego nie do końca udaną? Wątpliwości wynikają z braku poczucia spójności warstwy narracyjnej i wizualnej, spektaklu. Tekst Roberta Bolesto wydawał się momentami nazbyt infantylny, nie zgrywał się z oniryczną warstwą wizualną spektaklu, był gdzieś obok, tak jakby twórcom zabrakło jednej wspólnej wizji. Z jednej strony piękne i jednocześnie niepokojące obrazy, z drugiej sformułowanie, że nie da się wydepilować gęsiej skórki

Brak organizacji również nie pomógł w odbiorze. Każdy z publiczności, przed wejściem na widownię otrzymał słuchawki, których zastosowanie w spektaklu, było zabiegiem, mającym pomóc w uzyskaniu pewnej intymności, bliskości — jakby ktoś szeptał do nam tuż przed snem do ucha. Lecz zamiast kołysanki, opowiadał o swoich koszmarach. Niestety nikt z obsługi widowni, nie upewnił się przed rozpoczęciem spektaklu, czy wszyscy znajdują się na właściwym kanale. Słuchawki miały trzy kanały nadawania, warstwa audio do spektaklu znajdowała się tylko na jednym z nich. Przy czym spora część widowni, przez cały spektakl znajdowała się na pustym kanale, albo wychodziła w trakcie spektaklu zniesmaczona niedziałającym sprzętem.

Każdy spektakl, to nieustająca praca, dopieszczanie, może więc pójść na Strach za jakiś czas?

 

fot. materiały TR Warszawa