Fantazja

Anna Karasińska w wywiadach powtarza, że zanim rozpocznie pracę w danym teatrze, najpierw stara się zapoznać z miastem, z atrybutami jego mieszkańców i ich potrzebami. Co takiego odnalazła, zdiagnozowała w Warszawie, gdzie w TR premierę dwa lata temu miała Fantazja? W rozmowie z Marceliną Obarską (Culture.pl), reżyserka mówi, że: był to smutek i dehumanizacja miasta, które jakimś cudem odbudowało się na cmentarzu, ale tego nie przepracowało, bo nie miało jak. I teraz, takie jak jest, z tym cmentarzem pod chodnikiem, wstydzi się siebie i chce być nie sobą, tylko zachodnią Europą. (…) Czułam, że potrzebny jest spektakl, który będzie sprzyjał nawiązywaniu utraconego kontaktu. Ze sobą i z innymi.*

Fantazja to projekt/przypomnienie o codziennym doświadczaniu niepowtarzalnej a ignorowanej przez nas sytuacji bycia tu i teraz. Jego forma zaś rozmontowuje utarte, tradycyjne rozumienie teatru.

Fantazja jest spotkaniem nie tylko aktorów, aktorek i reżyserki, ale także zaangażowaniem do tego spotkania widowni. Oś spektaklu opiera się na wyobraźni i niejako wymusza na partycypujących w tym doświadczeniu widzach, empatyzowanie, fantazjowanie na temat konkretnych ludzi, w konkretnych sytuacjach, kreślonych z offu przez obecną w teatrze Karasińską. Reżyserka od razu wyjaśnia, że spektakl jest rodzajem eksperymentu, że nie ma wyraźnego scenariusza i opiera się na żywym reagowaniu przez nią nad przebiegiem. Z racji tego, że dzieje się tu i teraz, niewykluczone, że się zaśmieje albo pomyli. Podczas spektaklu, który ja oglądałam zamierzenie to zostało zaburzone przez wyświetlane nad sceną, angielskie tłumaczenie, które dyktowało pewną kolejność, rozstroiło dowolność reżyserki, spontaniczność podejmowanych przez nią decyzji. Nie mniej, można powiedzieć, że sposób ten odkrywa przed nami pewne profanum teatru, czyli rozmowy reżysera z aktorami, przygotowania, momentami przypomina improwizację. Co najważniejsze, taka forma skutecznie rozwiązuje uprawomocniającą się po wejściu do teatru, umowę pomiędzy aktorem a widzem, gdzie zwykle role są jasno określone i dzielą się na oglądanych i oglądających, oświetlonych i schowanych bezpiecznym półmroku. Tu światła nad widownią nie gasną w chwili rozpoczęcia akcji, co umożliwia nieprzerwany kontakt wzrokowy, porozumienie między sceną a widownią.

Fantazja_348

Nie ma tu specjalnej akcji, motywem spektaklu jest odnajdywanie się aktorów w dyktowanych przez Karasińską sytuacjach. Reżyserka zwraca się do sześciu, cały czas obecnych na scenie aktorów i aktorek (Dobromir Dymecki, Monika Frajczyk, Rafał Maćkowiak, Maria Maj, Agnieszka Roszkowska, Adam Woronowicz) po imieniu, przypisując im kolejne emocje i konteksty. Mówi trochę do nas, a trochę do aktora, na przykład: Dobromir (Dobromir Dymecki) gra teraz białego niedźwiedzia, z którym każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Albo: Adam (Adam Woronowicz) jest teraz widzem, który właśnie przyszedł do teatru i za cholerę nie wie, co się tutaj dzieje. Do Moniki Frajczyk: Monika wstydzi się tańczyć do piosenki, którą lubi.

To przykłady sytuacji, krajobrazów mentalnych, w których każdy z nas potrafi się z łatwością umiejscowić. Karasińska fantazjuje na tematy prawdopodobne, ale też te mniej realne, bliskie, jak polecenie wejścia w skórę wyzyskiwanego w fabryce rodzynek, dziecka.

Za pośrednictwem abstrakcji zaś, reżyserka wprowadza element grozy, który silniej atakuje naszą wyobraźnię. Przykładem jest historia chłopca, która rozpoczyna się poleceniem przez Karasińską Monice Frajczyk wczucia się w rolę łyżeczki, która nabiera dżem i trafia do ust małego chłopca siedzącego na tarasie. Reżyserka pozwala nam go polubić, popłynąć razem z nim w melancholijną podróż do jednego z tych pięknych, letnich poranków, kiedy sami byliśmy dziećmi. Po to tylko, żeby zaraz powierzyć Marii Maj rolę osy szepczącej owemu chłopcu do ucha, że za moment zabije całą jego rodzinę. Właśnie te abstrakcyjne sytuacje, jak żadne inne, są pryzmatem naszej obojętności i rutyny, w której nie skupiamy się na otoczeniu. Zajęci sobą nie zauważamy niczego prócz czubka własnego nosa. Społeczeństwo jest, jak przez analogię do Warszawy opisała to Karasińska: bardzo drogie, uprane i uprasowane, aseksualne, nikt nikogo nie widzi, a uprzejmość służy demonstrowaniu tego, że ma się klasę, a nie nawiązywaniu realnych kontaktów między ludźmi.* Twórcy pokazują nam w ten sposób egocentryzm i samotność, której dobrowolnie się oddajemy.

Twórcy spektaklu maksymalnie koncentrują się na relacji, odcinają wszystko co w takim kontakcie pośredniczy. Nie ma tu scenografii ani specjalnych kostiumów – Paula Grocholska ucharakteryzowała aktorów i aktorki tak, żebyśmy możliwie najmocniej poczuli poufny i nieoficjalny charakter spotkania z aktorami i aktorkami. Wyglądają oni bowiem tak, jakby znaleźli się na scenie przez przypadek, wstępując do TR w drodze na zakupy – we własnych ubraniach, butach, trochę zaskoczeni obecnością widowni. Poza kilkoma scenami, nie ma też muzyki. Ramą spektaklu jest język, a nie zbudowana z niego fabuła.

Twórcy spektaklu sprawnie przemieszczają się między aktorstwem a prywatą, widać że dobrze się ze sobą czują, że dobrze się bawią – nierzadko doprowadzają do łez (ze śmiechu oczywiście) nie tylko publiczność, ale też siebie nawzajem. 

Fantazja to zabawny, ale też wzruszający spektakl oparty na doświadczeniu bycia częścią wspólnoty, skupieniu na nawiązaniu kontaktu, dostrzeżeniu drugiego człowieka, empatyzowaniu z nim. Uchwyceniu cudzych emocje przy jednoczesnym powstrzymaniu się od oceny. To projekt koncentrujący się bardziej na nakłonieniu do uważności i refleksji niż na opowiedzeniu jakiejś historii.

A ty? Kogo dziś zobaczyłeś w drodze do pracy? Ale tak naprawdę zauważyłeś?

*Rozmowa Marceliny Obarskiej z Anną Karasińską, Culture.pl

https://culture.pl/pl/artykul/karasinska-w-polsce-jeden-rodzaj-teatru-jest-traktowany-powaznie-wywiad

fot. mat. TR Warszawa

Strach

Strach, przypomina postapokaliptyczną wizję świata, jakby na ziemię znów spadł meteoryt, a kroki piątki zbłąkanych postaci były nie tylko jednymi z ich ostatnich, ale także z jednymi z ostatnich kroków ludzkich na ziemi. Jakby czekali na coś, co i tak nieuniknione.

Aktorów (Dobromira Dymeckiego, Monikę Frajczyk, Cezarego Kosińskiego, Piotra Trojana, Agnieszkę Żulewską) poznać możemy jedynie po głosach, ich twarze zakrywają maski, wszyscy są równi, wszyscy odstręczający, w pewien sposób potworni. Ubrani w przykurzone ubrania, jakby wyszli z jakiegoś schronu, w którym ledwo co przetrwali wybuch. Po to, by już niedługo zostać wchłoniętymi przez dziurę, przerażającą otchłań nicości, z której wystają tylko oślizgłe odnóża, macki jakiegoś potwora. Stranger things… trzeba przyznać. Warstwa wizualna, jest mocno sugestywna, na co składają się nie tylko kostiumy (Dominika Olszowy) i scenografia (Tomasz Mróz), ale też fantastyczne światła (Aleksandr Prowaliński), które w połączeniu ze zwolna przesuwającym się dymem tworzą oniryczne wręcz mozaiki, ruchome witraże. Muzyka dopina uczucie niepokoju.

Małgorzata Wdowik jest reżyserką, której nie interesuje tradycyjny sposób pracy. Bazuje ona raczej na tworzeniu doświadczeń niż fabuły. Muszę przyznać, że uwielbiam jej wrażliwość, sposób komunikowania się z widzem i zajmowania się problemem. Jej teatr to przepracowywanie, doświadczanie, odkodowywanie klisz. Strach według tego, co mówiła w wywiadach miał być próbą dotarcia do źródeł naszych własnych lęków, [których twórcy] szukają w opowieściach ludowych i popkulturowych, we wspomnieniach rodzinnych i doświadczeniach politycznych. Budują z nich świat zawieszony między fantazją a koszmarem sennym, w którym najważniejsza staje się walka o swój strach. Strach manipuluje scenami z popkultury, prowadzi dialog z klasyką filmów grozy, pojawia się Frankenstein, który jest wkurzony, że nikt się już dziś go nie boi, że przestał być wiarygodny.

STRACH_fot-NK_3

Dla mnie, mimo dużego szacunku i słabości do języka Małgorzaty Wdowik, Strach był nie do końca udaną próbą opowiedzenia o samotności, chorobie, śmierci, wizji pośmiertnej ciemności i przede wszystkim o braku wyboru, o bezradności i świadomości nadejścia nieuchronnego. Dlaczego nie do końca udaną? Wątpliwości wynikają z braku poczucia spójności warstwy narracyjnej i wizualnej, spektaklu. Tekst Roberta Bolesto wydawał się momentami nazbyt infantylny, nie zgrywał się z oniryczną warstwą wizualną spektaklu, był gdzieś obok, tak jakby twórcom zabrakło jednej wspólnej wizji. Z jednej strony piękne i jednocześnie niepokojące obrazy, z drugiej sformułowanie, że nie da się wydepilować gęsiej skórki

Brak organizacji również nie pomógł w odbiorze. Każdy z publiczności, przed wejściem na widownię otrzymał słuchawki, których zastosowanie w spektaklu, było zabiegiem, mającym pomóc w uzyskaniu pewnej intymności, bliskości — jakby ktoś szeptał do nam tuż przed snem do ucha. Lecz zamiast kołysanki, opowiadał o swoich koszmarach. Niestety nikt z obsługi widowni, nie upewnił się przed rozpoczęciem spektaklu, czy wszyscy znajdują się na właściwym kanale. Słuchawki miały trzy kanały nadawania, warstwa audio do spektaklu znajdowała się tylko na jednym z nich. Przy czym spora część widowni, przez cały spektakl znajdowała się na pustym kanale, albo wychodziła w trakcie spektaklu zniesmaczona niedziałającym sprzętem.

Każdy spektakl, to nieustająca praca, dopieszczanie, może więc pójść na Strach za jakiś czas?

 

fot. materiały TR Warszawa

Grind/r

Grindr to najpopularniejsza wśród gejów i osób biseksualnych aplikacja randkowa w Polsce. Umożliwia kontakt ze znajdującymi się w pobliżu posiadaczami Grindr.  Po kliknięciu w zdjęcie pojawia się krótki opis i możliwość rozmowy. Dla większości użytkowników, Grindr to po prostu hook-up app, czyli aplikacja ułatwiająca umówienie się na seks  za pomocą  kilku kliknięć w ekran smartfona. Są jednak i tacy, którzy z nadzieją szukają za jej pomocą miłości. Przed rozpoczęciem cyber–przygody niezbędne jest zapoznanie się z obowiązującym tam kodem. Bez jego znajomości przy spotkaniu można być, delikatnie mówiąc, zaskoczonym. W szyfrze są bowiem zapisane informacje o chorobach wenerycznych, wirusie HIV, fetyszach czy łóżkowych preferencjach, jednak tylko od użytkowników zależy, czy będą szczerzy , zatem ryzyko rozczarowania zawsze istnieje.

Grind/r to także tytuł spektaklu w reżyserii Piotra Trojana, który swoją premierę miał w 2015 roku w TR Warszawa i powstał w ramach projektu warsztatowego Teren TR, wspierającego rozwój nowych artystów i artystek. To dramat/dokument, historia oparta na osobistym doświadczeniu korzystania z Grindr przez Piotra Trojana, który w spektaklu przywołuje kilka z sześćdziesięciu odbytych dzięki aplikacji randek. Opowiedzenie prawdziwej historii, przełożenie jej na język dramatu, nadanie jej performatywnego wymiaru, pozwoliło reżyserowi osiągnąć dystans i stworzyć pewną mitologię własnego życia, manifest odmienności. Użycie takich środków jak wideo, przedstawiony na dużym ekranie zapis rozmów, rzeczywiste połączenie się z użytkownikami aplikacji przez Skype’a, odtworzenie spotkań i przywołanie ich kontekstów, odsłania rzeczywistość podziemia gejowskiego randkowania, pozwala zastanowić się nad znaczeniem kontaktu fizycznego oderwanego od bliskości wynikającej z bycia w relacji i sensem seksu w epoce cyfrowej.

Grindr_fot._Marta_Ankiersztejn-5

Spektakl rozgrywa się w przestrzeni kształtem przypominającej wybieg podczas pokazu mody — podświetlony, z rozciągniętymi wzdłuż niego rzędami miejsc dla widowni. Już na początku dowiadujemy się, co w aplikacyjnym żargonie oznaczają zwroty NSA (seks bez zobowiązań), chem (seks pod wpływem narkotyków), SDT (informacja o chorobie przenoszonej drogą płciową) czy top/bottom/vers (aktywny/pasywny/uniwersalny kochanek) Następnie razem z Piotrem Trojanem i jego partnerami idziemy na imprezę, zaglądamy do ich pokojów, łóżek, poznajemy ich fantazje, zboczenia, razem z nimi przekraczamy granice ich słabości i samotności, mierzymy szerokość marginesu społecznej akceptacji, zastanawiamy się gdzie leży granica, tak zwanej, obyczajności. Bo spotkania aranżowane za pomocą tytułowej aplikacji często wykraczają poza wyznaczane przez nią ramy. Trojan przywołuje  na przykład spotkanie z trollami, mieszkającymi w wynajętym pokoju na Ostrołęce, którzy  nadzy oglądają filmy pornograficzne na kilku monitorach, w mikrofalówce także znajdującej się w owym pokoju podgrzewają zamiast obiadu płyn do seksu oralnego, a ich pokój w miejscu drzwi ma kotarę. Inne przywołane przez Trojana historie dotyczą spotkania zainicjowanego zepsutym bojlerem i chęcią kąpieli, albo imprezy, na której miał się odbyć seks zbiorowy wedle preferencji top/bottom/vers, ale oprócz gospodarzy pojawił się na niej tylko Trojan. Sugestywna muzyka Marcina Janusa umożliwia widzowi pełniejszy wgląd i odnalezienie się w emocjonalnej narracji aktorów.

Równie istotnym, obok randek, elementem spektaklu są sceny spotkań z matką Piotra (w tej roli Ewa Szykulska), która szuka i próbuje zrozumieć przyczyny homoseksualnej orientacji swojego syna. To głos goryczy, szukający winy, przedmiotu/podmiotu oskarżenia, dzięki któremu łatwiej o racjonalizację lub wyjaśnienie. Po wizycie Piotra i jego partnera wyparcie nie jest bowiem już możliwe. Sceny z udziałem Matki rozbijają imprezowo-łóżkową narrację, unaoczniając zagubienie, kolejne rozczarowania i lęki Piotra, ale przede wszystkim szalenie dużą, jak na życie wypełnione dziesiątkami partnerów, samotność; demaskują lewitację pomiędzy potrzebą prawdziwej, głębokiej relacji a jej substytutem w postaci łatwiejszych do materializacji przygodnych kontaktów, gdzie seks i człowiek przyjmują formę produktu. Godząc się na tę rolę, w zamian otrzymują  wolność i… dowolność dokonywania wyborów oraz brak zobowiązań.

Grindr_fot._Marta_Ankiersztejn-26

Ten dynamiczny, pełen zabawnych i ironicznych scen, które w dużej mierze są zasługą świetnych kreacji aktorskich Dobromira Dymeckiego, Jana Dravnela, Sebastiana Pawlaka, Michała Bielińskiego oraz samego Piotra Trojana, spektakl śmieszy dopóki, dopóty widz nie uprzytomni sobie, że bawi go nie fikcja teatralna czy inscenizacyjny pomysł dramaturga, a zapis realnych spotkań reżysera, stenogramy rzeczywiście odbytych czatów i randek. To dokument afirmujący inność i niepewność, skłaniający do refleksji nad tym, jaki wpływ na relację, na budowanie więzi i bliskości z drugim człowiekiem ma rozwój technologiczny i w jakim kierunku to wszystko zmierza… czy to aby  nie jakaś pułapka?

fot. materiały TR Warszawa

Nieznośnie długie objęcia

Spektakl Nieznośnie długie objęcia w reżyserii Iwana Wyrypajewa – artysty rosyjskiego pochodzenia, osiadłego nad Wisłą, powstały w kooperacji Teatru Powszechnego w Warszawie i krakowskiego Teatru Łaźnia Nowa, to przeżycie absolutnie oszałamiające, akumulujące się gdzieś bardzo głęboko i przepiękne zarazem.

Ascetyczna w scenografię scena – zaledwie jasny, poskręcany na kształt księżyca w pełni, neon gdzieś nad ich głowami, wstrzemięźliwe czarne stroje aktorów, cztery krzesła, gra świateł i ich wypowiedzi. Wszystko przybrane mistrzostwem językowym, frazowym Wyrypajewa.

Postaci, to czwórka życiowych rozbitków, na pozór tylko szczęśliwych, na pozór tylko spełnionych, szukających celu, próbujących odnaleźć siebie w plastikowym worku, jakim jest zastana przez nich rzeczywistość, codzienność. To dwie kobiety i dwóch mężczyzn, to troje Słowian i tylko jeden człowiek, który może powiedzieć jestem stąd, choć nic to nie znaczy i niczego nie zmienia. Ludzie, którzy mogą być kim tylko zechcą, zamiast tego z pełną świadomością i wymyśloną powierzchownością topią się w plątaninie niespełnienia, poszukiwań i rozczarowań. Jeśli ktoś boi się, że to spektakl przepełniony patosem i konwenansem, patetycznością i manierycznością, to szczęśliwie jest w błędzie. Wyrypajew z talentem czempiona montuje ironię tam gdzie obawa o trącenie przesadą, drwiną przekłuwa bańkę powagi.

Czworo bohaterów znajduje się w Nowym Jorku, przebywają tu od dawna, bądź na chwilę, przenieśli się tu z Berlina, albo do niego zamierzają stąd uciec. Nowy Jork i Berlin występują tu jako światowe mekki wchłaniające młodych, poszukujących lepszego, pełniejszego, mocniejszego życia bez zbędnych przywiązań, ludzi.

Serbka Amy (Julia Wyszyńska), Polka Monica (Karolina Gruszka), urodzony w Nowym Jorku Charlie (Maciej Buchwald) i odwiedzający to miasto Czech Krisztof (Dobromir Dymecki), to postaci przeprowadzające nas przez hipsterski weganizm, aborcyjną traumę, narkotyczne uniesienia i zapomnienia, niespełnione małżeństwo i ostry, ale absolutnie nie obsceniczny seks – bo erotyzm, ani wulgarność wypowiedzi bohaterów nie są tu celem samym w sobie. Na tle onirycznych opowieści, poruszających wypowiedzi, wzruszających, współczujących i współodczuwających reakcji, które w nas uruchamiają, wypadają niezwykle miękko. Postaci mówią do siebie i o sobie z perspektywy obserwatora – Teraz Monica wstaje…, teraz Amy czuje jak jej ciało… Każdy szukający siebie, wszyscy w pewien sposób zagubieni łączą się z kosmosem poprzez pojawiający się w ich życiu, uruchamiający inne galaktyki, nagły impuls. Impuls, dzięki któremu wszystko staje się nieoczekiwanie proste i jasne. Impuls, który nadaje ich ruchom sens, czyni ich wahanie przejrzystym. I nieważne, czy inna galaktyka łączy się z nimi poprzez usunięty płód, stający się głosem córki, czy mówiącego ludzkim głosem delfina, dzięki nim znajdują sensowność, są nieoczekiwanie, ale nareszcie! czegoś pewni. Ta pewność, wyjaśnia bohaterom wszystko i nie rozwiązuje niczego. 

Nieznośnie długie objęcia, to ramiona połączenia. Polączenia ponadfizycznego, onirycznego, energetycznego,  z wciąż istniejącymi w nas, a obcymi bo uciszanymi, galaktykami. Nieznośnie długie objęcia to uścisk meta – odnajdywania i sennej istotności. W objęciach spektaklu pozostanę nieznośnie długo. Poturbowana jego głębią, oczarowana jego językiem, zaskoczona nagłym impulsem, który trzyma mocno w głębi swojej galaktyki.

Polecam, jestem oczarowana i głęboko poruszona. To przepiękne, absolutnie niesamowite doświadczenie.

fot. Magda Hueckel