H-effect

H – effect – spektakl Rozy Sarkisian i Joanny Wichowskiej, który widziałam podczas festiwalu Bliscy Nieznajomi. Wschód – jest próbą wypracowania nowego, innego sposobu mówienia o wojnie – nie opresyjnego, czy przepełnionego heroizmem, bez narzuconej z góry definicji bohaterstwa i patriotyzmu. Ważnym jest by zaznaczyć, że wszyscy twórcy i twórczynie spektaklu posiadają doświadczenie wojenne w Ukrainie dlatego warstwa tekstowa przedstawienia, która powstała podczas prób, w wyniku improwizacji, w dużej części stanowi fragment ich własnych wspomnień. Postaci stworzone w ten sposób przez aktorów i aktorki (Oksana Cherkashyna, Roman Kryvdyk, Oleg Rodion Shuryhin-Herkalov, Kateryna Kotlyarova, Jaroslav Havianets) są kolażem ich własnych przeżyć, wojennych świadectw zaczerpniętych z opowieści innych oraz bohaterów literackich – szekspirowskiego HamletaHamletaMaszyny Heinera Müllera.

H-effect to także manifest niezgody na zawłaszczenie i monopolizację przez wojnę historii, cenzurowanie i umniejszanie prywatnych doświadczeń w imię bohaterskiej abstrakcji. Bo według twórców i twórczyń spektaklu wojenny bohater ma prawo okazywać słabość, a kobieta nie jest bezbronną ofiarą. * 

fot. Aleksandra Ankudinova

Sposobem, w jaki starają się to przedstawić jest przede wszystkim realizm. Łatwo jest bowiem podnieść, przerzucić czarny worek służący do przewożenia ludzkich zwłok, kiedy w środku jest manekin. Z pewną lekkością, która wynika z umowności teatru, owe przerzucanie i rozczłonkowywanie plastikowego, anonimowego ciała się też ogląda. Ale kiedy do worka wchodzi człowiek, człowiek, którego od początku spektaklu zdążyliśmy już trochę poznać (Roman Kryvdyk), zapina się w nim i miota, wtedy symbol ustępuje miejsca niewygodnej prawdziwości, wyobraźnia podsuwa realne obrazy. W scenie tej Kryvdyk wścieka się na mitologizowanie śmierci podczas wojny, zdaje się krzyczeć, że śmierć na wojnie nie jest romantyczna, jest prawdziwa i bezlitosna.

Oksana Cherkashyna gra Ukrainkę zgwałconą przez żołnierzy. Relacjonuje niemal niemą scenę. Ona pokazuje dokumenty, żołnierze z karabinami wskazują na tapczan. Kobieta wie, jak skończy się to spotkanie, wie że nie ma sensu się opierać. Kładzie się, zdejmuje spodnie, nie krzyczy. Dziennikarka (Kateryna Kotlyarova), która z nią rozmawia pyta o narodowość mężczyzn, o flagę, która wisiała przed budynkiem, nie rozumie uległości. Cherkashyna powtarza raz jeszcze wspomnienie kobiety – dokumenty, karabin, tapczan, spodnie. Stara się zrozumieć jakie znaczenie w kontekście opisanego zdarzenia mają zadane jej pytania, czy realność faktu zależy od tego, czy zgwałcili ją rosyjscy separatyści, a może od stawianego oporu. Ty mi powiedz, czy to jest gwałt, czy to nie jest gwałt?! mówi. Scena kończy się i wraca po jakimś czasie. Tym razem Cherkashyna już nie używa słów. Wstaje, markuje akt płciowy – na stojąco, na leżąco, na krześle, na kolanach. W oczach ma pustkę, w ciele ostentacyjną siłę. Ukraińską flagę trzyma w ręku, ustach, między nogami. Jest dumna i przegrana jednocześnie. Ty mi powiedz, czy to jest gwałt, czy to nie jest gwałt?! mówi i obnaża sposób w jaki wojenna narracja odbiera kobiecie prawo do swojej historii. Oksana Cherkashyna podejmuje kilka prób mówienia o wojnie. To jedna z nich, inną jest na przykład parafraza fragmentu dekalogu ukraińskiego nacjonalisty. Każde podejście spotyka się z oporem. To nauczcie mnie mówić o wojnie, albo nauczcie mnie milczeć o wojnie! – wścieka się, zakleja sobie usta czarną taśmą, na ścianie z tyłu sceny pisze wielkimi literami NO WAR NO ART. Brak możliwości mówienia o wojnie w autonomiczny sposób ogranicza jej podmiotowość, limituje wolność wypowiedzi.

materiały promocyjne Festiwalu Bliscy Nieznajomi. Wschód

Cyborgami są nazywani weterani wojenni, którzy w 2015 roku przez 242 dni bronili terminalu lotniska w Doniecku. Ukraińscy żołnierze stali się legendą, symbolem. Jaroslav Havianets był uczestnikiem obrony, opowiada o tym doświadczeniu. Z dużym spokojem i wyjątkowym opanowaniem. Na ekranie z tyłu sceny zapętlony, niemy film przedstawiający wybuch wieży terminala, który z jednej strony kontrastuje z historią Havianetsa, z drugiej zaś (być może to przez brak dźwięku i czarno-białe kolory) się z nią spaja. Weteran oficjalnie odmawia roli cyborga. Nie ma ochoty dalej żyć na warunkach, które zostały mu narzucone. Nie chce, żeby ludzie postrzegali jego i jego córkę poprzez rolę, która przypomina jedynie o traumie.

fot. Aleksandra Ankudinova

Wojna kojarzy się postacią silnego, heteronormatywnego mężczyzny – żołnierza! Cyborga właśnie! Ale przecież w oddziałach wojskowych służą także kobiety, czy osoby LGBT. Ten aspekt rozpracowuje Oleg-Rodion Shuryhin-Herkalov – w przepięknych kolorowych strojach, butach na wysokim obcasie, rozpuszczonych długich, blond włosach, ze swobodą i sarkazmem. Z żartami z Maryli Rodowicz i oceną działania polskiego Rządu. Mówi, że nie godzi się na rolę ofiary, mimo że w wojsku żołnierze LGBT są katowani i torturowani, i to nie tylko przez oddziały agresora, ale przez homofobicznych rodaków. Jestem Hamletem z wyboru, z prawa i z urodzenia – mówi w jednej z pierwszych scen.

Spektakl kończy scena, w której ukraińskiego żołnierza – dla żartu – pod groźbą śmierci zmuszono do oddania strzału w głowę swojego pobratymca. Tym ,,humorystycznym” elementem, z którego zaśmiewali się rosyjscy separatyści było to, że broń, z której strzelał Ukrainiec nie była naładowana. Ten obraz prześladuje mnie do dziś… Realność okrucieństwa, prawdziwość wydarzeń, które zostały przedstawione bez zbędnej poetyki, czy patosu, za pomocą prostych tak naprawdę środków, niepokoją mnie do dziś. …z tyłu za mną ruiny Europy – słowa, które pojawiają się na samym początku HamletaMaszyny Heinera Müllera nabierają nowego, konkretnego znaczenia, kiedy zdamy sobie sprawę, że mówimy o ukraińskiej rzeczywistości, o realnych ruinach.

fot. Aleksandra Ankudinova

Można powiedzieć, że tytuł spektaklu oznacza po prostu efekt Hamleta. Duński książe – ułomny i zadufany w sobie, w imię idei i powodowany zemstą postanawia zabić. Zostawia za sobą trupy – niestety także tych, których kocha. Szacuje się, że do tej pory w konflikcie zbrojnym na wschodzie Ukrainy zginęło ponad 14 tysięcy osób, a 25 tysięcy zostało rannych. Być może to truizm, ale wydaje się ważnym, żeby za twórcami i twórczyniami spektaklu powtórzyć go raz jeszcze – na wojnie giną żołnierze, nie tylko wroga, na wojnie giną cywile, przypadkowi ludzie. I to im historyczno-polityczna narracja odbiera prawo do mówienia o swoim doświadczeniu w autonomiczny sposób, a także szansę na tworzenie swojej historii niezależnie od wojennych doświadczeń. Wojna kategoryzuje ludzi, cenzuruje i dewoalizuje ich historie.


* z opisu do spektaklu

zdjęcie główne: materiały promocyjne Festiwalu Bliscy Nieznajomi. Wschód

Piłkarze

Tu musi być jakiś dramat, konflikt, napięcie. Tu musi być jakiś bohater. To na pewno będzie jakaś opowieść o człowieku. Tymi słowami beznamiętny głos narratora z offu (Dobromir Dymecki) rozpoczyna spektakl. I rzeczywiście, była to jakaś opowieść o człowieku, był tu jakiś bohater, konflikt, napięcie. I był to przede wszystkim i zdecydowanie świetny spektakl, z repertuaru TR w Warszawie!

Bohaterem jest dwójka młodych, pozbawionych przez reżyserkę głosu, młodych mężczyzn. Dwoje piłkarzy, za których, do których i o których mówi, analizuje i relacjonuje głos zza kulis. Tak jakby mózgi piłkarzy skoncentrowane na formie pozbawione były umiejętności samookreślania, albo w celu redukcji niepotrzebnych dystraktorów, jakimi jest, między innymi myślenie, chciano zoptymalizować ich sportową wydolność. To jeden z, i moim zdaniem najważniejszy z wspomnianych przez narratora dramatów i konfliktów – traktowanie piłkarza, czy jakiegokolwiek innego wyczynowca, jako obiektu ekonomicznego, jak maszynki do strzelania goli, wygranej, i wreszcie – zarabiania pieniędzy. To pewien rodzaj miękkiego ubezwłasnowolnienia, pt. ty się nic nie martw, my to wszystko załatwimy, ty po prostu trenuj i strzelaj te gole!

To też historia rozbierająca sportowców z fasady seksualnego tabu oraz obalenie medialnych mitów piłkarskiej doskonałości. Wszak piłkarz to nie gej! Piłkarz to mężczyzna! Bo gej nie ma czego szukać wśród samczej, a jednak erotycznie dwuznacznej, szczególnie w czasie zwycięstwa, czy w szatni, gawiedzi, prawda? A jeśli ma depresję – choć lejący się pot, jako autentyczność fizycznego wysiłku i istnienia, tego nie zdradza, całkowicie eliminuje go z gry, jest wart mniej niż piłkarz na emeryturze. Że nie wspominając o kontuzjach, kiedy już absolutnie żaden transfer do wyższej ligi nie jest możliwy, żaden klub takiego gracza nie kupi. Nikt nie chce tracić na złamanym dosłownie, czy w przenośni, zawodniku.

A wydawać by się mogło, że piłkarz jest człowiekiem… piłkarz to towar, to interes – intratny, albo nie, dlatego zakup trzeba dobrze przemyśleć bo reklamacji, ani zwrotów nie będzie. Twórcy spektaklu świetnie, bez ckliwości i definitywnie burzą topos doskonałego, męskiego piłkarza, rozwiewając wszelkie, będące solą w piłkarskim oku, tabu. Obnażają materialny, pozbawiający piłkarza osobowości i człowieczeństwa, aspekt.

Piłkarze, to mistrzowski mariaż teatru dokumentalnego, sportu i tańca. Choreografia wykonana przez Martę Ziółek balansuje na styku przekalkowanych wprost z murawy piłkarskich popisów, treningów, ćwiczeń i rytmu. Katorżniczego rytmu, odczuwanego razem z aktorami, którzy rzeczywiście mają za sobą przeszłość ligową. Kacper Wdowik grał bowiem w Odrze Opole, a czarnoskóry Wiktor Bagiński związany był przez kilka lat z Lechem Poznań. Nie brakuje więc wypowiadanych beznamiętnym głosem z offu rasistowskich, homofobicznych, nacjonalistycznych obelg, będących cudzysłowami z boiska. Pojawienie się na scenie prawdziwych sportowców, a nie aktorów, przybiera zatem dodatkowy sens – autentyczności. Obrani przez przenikliwego i wszechwiedzącego narratora z prywatności, z każdego rozstępu, tatuażu i zerwanego ścięgna, mężczyźni, stają się wiarygodnym źródłem wiedzy na temat ciemnych stron piłkarstwa, presji rynku i rywalizacji.

W trakcie spektaklu nie pada żaden gol, nie słychać gwizdów i wuwuzeli. Jest pot, jest  mordujący trening i przygotowanie do strzału, który nie pada – przynajmniej dosłownie. Pada bowiem grad emocji, frustracji, realiów, niemego buntu. Meandrując pomiędzy tym wszystkim, nie zapomnij, że to spocone ciało, ten medialny, seksualny, ekonomiczny obiekt, posiadacz piłkarskich parametrów i danych technicznych, wartości sportowej i rynkowej, to człowiek – nie zawsze zwycięzca.  

fot. Kasia Chmura

Jeden Gest

Nasz świat Głuchych jest mały.
Ale możemy walczyć o swoje prawa.
Głusi nie są gorsi od słyszących. Jesteśmy równi.
Mamy język, kulturę.
Dawniej my Głusi byliśmy uciskani przez słyszących.
Teraz są pewne zmiany na lepsze, ale za to jesteśmy podzieleni.
Róbmy tak, żeby świat Głuchych się zjednoczył.
Jestem Głuchy, moją pasją jest miganie,
Jestem dumny z kultury.
Każdy Głuchy jest inny, ale mamy coś wspólnego.
Zjednoczmy się, razem mamy siłę. Mamy siłę.

 

To słowa Hymnu Głuchych – Dawajcie razem! Z wykrzyknikiem na końcu. Zastanawiałeś się kiedyś jak wykrzyknienie ,,brzmi” w języku migowym? Bo biorąc pod uwagę, że nie może to być podniesienie głosu i odpowiednia intonacja, wykrzyknik przestaje być taki oczywisty. W podręczniku języka migowego znajdziesz kilka opisów, jak użyć wykrzyknika – zmarszcz brwi, wychyl się do przodu, otwórz szeroko oczy, rozchyl usta, przybierz wymowny grymas twarzy (cokolwiek to znaczy)… Okazuje się, że nie tylko używanie wykrzyknień nie jest dla Głuchych takie jednoznaczne, jak by się mogło wydawać słyszącym. Weźmy chociażby taki zakup biletu na pociąg, albo standardową wizytę u lekarza, czy zakupy – w codzienności obsługiwanej przez słyszących, dla Głuchych wiele spraw nie jest zwyczajnie naturalnych – do ich załatwienia potrzebują tłumacza, albo… bardzo dużo czasu i nadludzkiej cierpliwości, choć i to nie gwarantuje pomyślności w rozwiązaniu zagadnienia.

I trochę o tym właśnie jest Jeden gest. O świecie języka migowego, o codzienności jego narratorów. Podczas spektaklu, usłyszymy cztery różne historie, czterech różnych osób, które łączy jeden fakt – niesłyszenie. Aktorzy opowiedzą o swoich utrapieniach związanych z niedosłuchem, o tym w jaki sposób nauczyli się funkcjonować i komunikować w dwóch równoległych dla nich teraźniejszościach – wśród słyszących i głuchych. A całość nie jest ani łzawa ani sentymentalna! Jestem pod wrażeniem, jak reżyserowi – Wojtkowi Ziemilskiemu udało się poprowadzić tę piękną, miejscami zabawną opowieść, bez niepotrzebnej, często obecnej w teatrze dokumentalnym,  melodramatyczności.

Zwykle krygujemy się przed przyglądaniem się osobom niepełnosprawnym, osobom z dysfunkcjami, czy jakkolwiek różnym od nas. Boimy naruszyć się naszym gapiostwem niepisanej granicy intymności i taktu. Tu możemy patrzeć do woli! Na obrazy dosłownie malowane rękoma w powietrzu — bo najpierw widzimy tylko ręce aktorów wyrastające z kartonowych ścian, w których wywiercono dziury — jedną małą, przepuszczającą wzrok artystów i dwie duże, mieszczące ich ręce — takie podwójne, obopólne podglądanie. Bardzo zabawne momentami, zresztą! Gapiąc się tak do syta, odniosłam wrażenie, że dłonie aktorów tańczą, że wykonują jakąś ustaloną na próbach, lub improwizowaną choreografię… Fantastyczne było to performatywne wyrażenie języka migowego, nad którym nigdy wcześniej się nie zastanawiałam. Lekkie, obrazowe i unikalne. Bo każdy z aktorów migał to samo, choć zupełnie inaczej! Ta swoistość, nad którą również nigdy wcześniej się nie zatrzymywałam, przypominała odpowiadające różnicom w komunikacji słyszących, wady wymowy, tempo wypowiedzi, specyficzne akcentowanie, czy lokalne naleciałości.

Kiedy znikają podziurawione parawany, poznajemy kolejno właścicieli rąk i ich osobiste historie. Wicemistrzynię Polski w strzelectwie – Jolantę Sadłowską, grafika – Pawła Sosińskiego, miłośnika anime – Adama Stoyanova oraz Martę Abramczyk – działaczkę społeczną.

Jolanta nie słyszy odkąd w czasie II Wojny Światowej zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Mówi niewyraźnie, jej córkę strasznie to denerwuje, dlatego woli migać. Jako wicemistrzyni Polski w strzelectwie do dziś ma pewną rękę.

Paweł pochodzi z bardzo utalentowanej muzycznie rodziny, wszyscy w jego domu grali na instrumentach, on przykładał głowę do nogi pianina. Jest grafikiem, którego brak zawodowego uznania w kraju, zmusił do emigracji do Szwecji. Tam nauczył się szwedzkiego języka migowego, w tak zwanym systemie – jedno słowo za jeden znak. Miga teraz systemem w dwóch językach.

Adam nie słyszy od urodzenia, jego rodzice również. Kocha migać, bawi się tym językiem. W szkole pomijany, uważany za głupka bo przez obce pochodzeni nie rozumiał polskiego języka migowego. Teraz tworzy miganą poezję.

Marta zdecydowała się na implant. Dzięki temu może mówić, nie czuje się już zawieszona pomiędzy dwoma światami (słyszących i głuchych) – może się teraz między nimi swobodnie poruszać.

Warto poznać te historie! warto zobaczyć ten spektakl. Warto też przeczytać jeszcze raz Hymn Głuchych, bo to prawdopodobnie jeden z niewielu tekstów osób niesłyszących.

 

fot. materiały Nowy Teatr w Warszawie

Pieśni Czarownic

W 1511 roku w chwalącym pana podpoznańskim Chwaliszewie, odbył się pierwszy w Polsce proces kobiety oskarżonej o konszachty z szatanem i czary, zapadł pierwszy na ziemiach polskich wyrok skazujący na śmierć przez spalenie na stosie. Znachorka zajmująca się ziołolecznictwem, nieznana z imienia i nazwiska, która rzekomo zatruć miała wielu mieszkańców Chwaliszewa poprzez dorzucenie czegoś do wody w kadziach przeznaczonych na piwo, po okropnych torturach przyznała się do wszystkiego, co jej zarzucano. Trudno, by po podtapianiu, rozciąganiu ciała, okrutnym katowaniu, nie pragnęła jedynie śmierci.

To to wydarzenie stało się przyczynkiem dla Ewy i Zbigniewa Łowżyłów (poznańskich artystów i aktywistów) do stworzenia spektaklu Pieśni Czarownic. Przedstawienie jest kontynuacją powstałego rok temu podczas Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi pod hasłem Wspólnota, koncertu. Wtedy to, przed Teatrem Polskim w Poznaniu, chór 19 kobiet wyśpiewał pieśni o feministycznym wydźwięku. Wydarzenie zostało wówczas bardzo dobrze przyjęte przez publiczność, dlatego zdecydowano się na wkomponowanie koncertu w ramy spektaklu. Premiera Pieśni Czarownic z udziałem chóru oraz aktorek Teatru Polskiego, pod kierownictwem duetu reżyserskiego Ewa Łowżył, Michał Buszewicz, otworzyło tegoroczną edycję Bliskich Nieznajomych.

Podobał mi się aktywistyczny charakter i forma koncertu. Podobał mi się kompatybilny z krzykiem i buntem pokaz — wyjście na ulicę, quasi performans, dźwiękiem zatrzymujący przechodniów. Współgrały wówczas ze sobą koronkowe podomki i bronxowe beczki, usubtelnione przez struny i smyczek. To były kobiety, które wyszły z domu prosto na ulicę, po to by protestować, by bronić swoich praw.

Przedstawiona podczas Festiwalu Bliscy Nieznajomi, forma dramatyczna i zamknięcie głosu kobiet za ścianami teatru zupełnie do mnie nie przemawia. Teksty pieśni autorstwa Maliny Prześlugi, w przestrzeni teatralnej, przy asyście aktorek z Teatru Polskiego (Teresa Kwiatkowska, Małgorzata Peczyńska, Ewa Szumska, Katarzyna Węglicka) siedzących na podeście, ubranych w marynarki i obcasy, komentujących egzekucje kobiet o mocach nieczystych, jako świadkowe wydarzeń, stają się dość tendencyjne, krzyczane tak głośno i tak mocno, że tracą zatrzymującą uwagę, moc, są wręcz banalne. Napięcie trzyma i podsyca genialny otok muzyczny Patryka Lichoty oraz Mieszko i Zbigniewa Łowżyłów.  Przemocowość i supremacja sfer wyższych nad zabobonnym ludem poprzez konfrontacje ubranego w halki chóru i plotkujących na podwyższeniu aktorek, jest zbyt dosłowna. Narracja lekko znudzonych aktorek, przybliżająca historyczne tło wielkopolskich, polskich procesów o czary, filmy z cmentarza ukrytego w lesie, były oderwanymi i niezharmonizowanymi z całością, wtrętami.

Co zrobić zatem, żeby głos kobiet walczących o swoje prawa został usłyszany, nie pominięty w natłoku krzyczanych zewsząd haseł różnej maści? Jak uczynić go świdrującycm w trzewiach, nie dającym się pominąć? Może to pytanie dla widowni? Może to pytanie do mnie i innych, do których te słyszane ze sceny gdzieś się pogubiły?Równouprawnienie, protest przeciwko przedmiotowemu traktowaniu kobiet, polityczna sytuacja w Polsce, podział społeczeństwa, stereotypy umieszczające kobiety przy kuchennych garach, to tematy niezwykle ważne! Absolutnie ważne! Nie mniej, uważam zaproponowaną przez twórców Pieśni Czarownic teatralną formę za próbę bardzo nieudaną i trywialną. Nie zawsze potrzeba drastycznych zmian, żeby uzyskać lepszy/większy/pełniejszy efekt.

Symboliczne czary oprawione w aktualność, w teraźniejszą przemocowość i pasywną agresję, w słowa o macierzyństwie, o kobiecym ciele i urodzie, prasowaniu i odgrywaniu permanentnej roli matki polki, przegrały ze sceną i płynącym z niej anegdotyzmem. Szkoda… Przykro i ciężko mi z tym, że nie zachwyciła ta teatralno – chóralna hybryda.

Fot. Maciej Zakrzewski