Śluby panieńskie

Zmieniająca się rola współczesnego mężczyzny, czy upadek męskości to od kilkunastu lat przedmiot zainteresowania wielu psychologów i badaczy, co potwierdzają oczywiście liczne publikacje na ten temat. Podam zaledwie dwa przykłady, jeden światowy i drugi z naszego poznańskiego podwórka, żeby tę tezę potwierdzić. W 2015 roku, nazywany głosem i twarzą współczesnej psychologii — Philip G. Zimbardo i  Coulombe Nikita S. napisali książkę Gdzie ci mężczyźni? W wywiadzie z Martyną Harland dla Gazety Wyborczej, profesor Zimbardo mówi, że dziś kobiety już wiedzą, że mogą osiągnąć wszystko, cokolwiek zapragną. To spuścizna emancypacji i efekt ich ciężkiej pracy. Tymczasem mężczyźni mają nadal nastawienie hedonistyczne. Chcą się przede wszystkim dobrze bawić, tu i teraz. To podejście nie zmienia się u nich od lat.

A jedenaście lat temu profesor Uniwersytetu im. Adam Mickiewicza, Zbyszko Melosik wydał książkę Kryzys męskości w kulturze współczesnej, w której pisze, że owy kryzys przybiera formę społeczno-kulturowej epidemii.

53537525_2359657934044198_32524387173269504_n

W dobie silnej emancypacji kobiet, feminizmu, konieczności (lub nie) przyjmowania niestereotypowych ról rodzinnych, nowych wyzwań dla płci, nie dziwi fakt niesłabnącego zainteresowania również teatru tym tematem.

I tak, Andrzej Błażewicz wystawia w Teatrze Polskim w Poznaniu Śluby Panieńskie Aleksandra Fredry. W opisie do spektaklu czytamy między innymi, że to spektakl, w którym twórcy portretują problemy współczesnego mężczyzny (…), tropią stereotypy i przemocowe wzorce zachowań wobec obu płci (…) stawiają pytania o tożsamość męskości w całej swojej rozciągłości obejmując obszary zarówno hetero-, jak i nieheteronormatywne.

Po przeczytaniu opisu, pełnego zapewnień i cytatów z wypowiedzi autorytetów w dziedzinie psychologii, jak Freud, czy wspomniany przeze mnie P. G. Zimbardo, zastanawiam, czy byłam na dobrym spektaklu, czy nie pomyliłam przypadkiem scen. Bo owszem, widziałam i słyszałam Anielę i Klarę — rzeczniki tytułowych ślubów wiecznego panieństwa. Widziałam i słyszałam płacz Albina, którego w książkowej wersji Klara nazywa przekornie fontanną. Zauważyłam też młodego fircyka i hulakę, Gustawa oraz dobrego wujka Radosta. A więc Śluby… były. Ale czy spektakl ten faktycznie mówił cokolwiek o upadku męskości, czy uruchomił inną niż patriarchalna narrację?! Opis do spektaklu i zapewnienia twórców wydają się być w tym przypadku sporym nadużyciem, a doszukiwanie się w spektaklu wspomnianych treści było by nadinterpretacją.

53383989_2359658057377519_6868193816348721152_n

Najmocniejszą stroną spektaklu jest scenografia Aleksandry Grabowskiej, która w połączeniu ze światłem (również Grabowska) zdaje się tworzyć obrazy wręcz oniryczne. A jest  to ściółka leśna przykryta kratą podobną do doświetlaczy piwnicznych i zsyp do gruzu w rogu sceny, z którego raz po raz wyłania się jabłko, które mitologizuje, dopowiada o magnetyzmie serc i dwóch przeznaczonych sobie połówkach błąkających się po świecie. Las, zieleń, słońce ukryte jest pod kratą. Widzimy je, ale nie możemy dotknąć.

Kolejny plus Ślubów… to na pewno aktorstwo. A grają tu sami mężczyźni (to pewnie to przełamywanie stereotypów…): Mariusz Adamski w roli hardej i zbuntowanej Klary, Konrad Cichoń jako delikatna i wrażliwa Aniela, Piotr B. Dąbrowski — przepoczwarzający się z birbanta w czułego partnera i kochanka (scena miłosna Anieli i Gustawa leżących na trawie, wspaniale doświetlona, jest jedną z najbardziej udanych i wizualnie urzekających). Dalej, Paweł Siwiak w roli Albina, w wersji Błażewicza wzbudzający raczej współczucie i rozczulenie niż zdenerwowanie, jakie to wywoływał fredrowski Albin. Choć przyznam, że śpiewanie przez kilka minut w płaczu, ,,smutnej” piosenki, to już trochę za dużo. Ale tak, chłopaki też płaczą i są wrażliwi, oczywiście! Sam jednak pomysł zbudowania z tego argumentu dla całej sceny, wydaje się być karykaturalny. I last but not least, Wiesław Zanowicz w roli opiekuńczego wuja, któremu sen z powiek spędza chęć doprowadzenia Gustawa przed ołtarz.

Scenografia, światło, aktorstwo to zdecydowanie najmocniejsze punkty Ślubów panieńskich, z których to niestety, ale nie wybrzmiewają treści, o których zapewniają nas w opisie, twórcy.

fot. materiały Teatr Polski w Poznaniu

Dead girls wanted

Bo dobra dziewczyna to martwa dziewczyna…

Sześć kobiet. Sześć historii. Sześć upadków. Kulturowa fascynacja martwym, kobiecym ciałem i medialna fiksacja na temat celebryckiego staczania się. Im bardziej poniżający obrazek, tym lepiej, tym więcej seksistowskich gifów, komentarzy i krzykliwych, prasowych nagłówków. Dead Girls Wanted, to sześć monologów skrzywdzonych, upadłych kobiet, bądź kobiet już martwych, których śmierć poprzedzona była upadkiem. Kobiet ikonicznych dla popkultury, gwiazd, celebrytek, których ucieczką przed swoją rolą, przed sławą i związanymi z nią oczekiwaniami jest autodestrukcja.

Inspiracją dla Jolanty Janiczak i Grzegorza Stępniaka, do powstania tekstu, była książka Alice Bolin Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession. Książka dostępna jest na razie  tylko w języku angielskim i dotyczy, jak wskazuje tytuł — obsesji amerykańskiej popkultury na punkcie martwych dziewczyn.

Z perspektywy rozwoju fabuły, te martwe dziewczyny są w filmach, czy serialach raczej mało ważne. Ich znalezione ciała są szansą do rozwiązania przez mężczyzn policyjnej zagadki, wykazania się w roli detektywa, śledczego, prokuratora. Jedną z przedstawicielek martwych, telewizyjnych kobiet, znanych na szeroką skalę jest Laura Palmer z miasteczka Twin Peaks. I to właśnie fragmentem z tego serialu i obrazem nieżywej Palmer, której ciało ,,zagrała” Jola Janiczak, rozpoczyna się spektakl — kolaż pełen przeróbek, tekstów piosenek, swoistych spowiedzi gwiazd, które nie oczekują rozgrzeszenia.

deadgirlswantedfotstolarska-82-1171

Jako pierwsza swój monolog rozpoczyna Nastazja Filipowna (nieudana, pretensjonalna rola Beaty Deutschman) z Idioty Fiodora Dostojewskiego. I dalej, zgodnie z myślą Michela Foucaulta, że najwięcej o danej kulturze mówi to, co zostało przez nią wyrzucone na margines, otwierają się przed nami kolejne kobiety, jedna po drugiej — gwiazdy medialnych performanców, bohaterki alkoholowych i narkotykowych ekscesów, osaczane przez paparazzi, fotografowane i kręcone w stanie odurzenia, nagie, zarzygane, półprzytomne, pogrążone w depresji, będące pożywką dla mediów. Martwe lub uśmiercone (jak Britney Spears, czy Lindsay Lohan) za życia. Mówią o swoich lękach, uzależnieniach, o wyrachowanych, pazernych krewnych. Mówią o bezsilności i lęku, a jednocześnie emanują jakąś dziwną siłą i pewnością siebie, którą jakby odzyskały po śmierci lub poprzez autodestrukcyjne akty. Aktorsko jest już tylko coraz lepiej.

Świetny w roli  Whitney Houston, Łukasz Stawarczyk — ubrany w białe futro, co kilka zdań kryje głowę pod wodą, w cynkowej wannie (bezpośrednie odniesienie do miejsca, w którym znaleziono ciało Houston po przedawkowaniu). Wzruszająca Magdalena Celmer w czarnym koku, jako Amy Winehouse, która błaga o wsparcie, uwagę, miłość Blake’a (były partner Amy, którego rola w jej karierze i uzależnieniu była niebagatelna). Hipnotyczna Karolina Staniec, Annę Nicole Smith (znaną między innymi z sesji dla Playboya i śmierci w wieku niespełna 40 lat w wyniku zażycia dwunastu rodzajów różnych leków), zagrała w supermarkecie. Film z odurzoną Smith w wykonaniu Staniec, spacerującą w coraz większym zagubieniu, smutku i upojeniu, obserwujemy na ogromnym ekranie z tyłu sceny. Na koniec dwie jeszcze żywe kobiety, czyli Britney Spears i Lindsay Lohan. Jeszcze bo wciąż balansują na krawędzi życia i śmierci. Britney, ulubienicę moich rówieśniczek z lat 90. zagrała Małgorzata Saniak; przez całą swoją scenę biegnie bez tchu (lub może bardziej jedzie bo jest, jak cała reszta aktorów, na wrotkach) przed siebie, zostawiając w tyle wszystko i wszystkich, którzy czegoś od niej wymagają, oczekują. I na koniec wspaniała Agnieszka Kwietniewska w roli Lindsay Lohan — amerykańskiej aktorki filmowej i serialowej, aktorki Disneya, która pomimo młodego wieku była już na kilku odwykach, o której media przypominają sobie przy okazji kolejnych skandali. I która pomimo wspinania się przez całą scenę po szczeblach wysokiej drabiny, gotowa za sukces zapłacić wiele, kariery pewnie w najbliższym czasie nie zrobi.

Dead Girls Wanted to kompletna i radykalna dekonstrukcja amerykańskiego snu.

deadgirlswantedfotstolarska-85-1168

O znieczulicy społecznej, o przyzwoleniu na cynizm i seksizm i o kulturowej obsesji na temat martwych dziewczyn (jak czytamy w opisie spektaklu) jest najnowsza premiera Teatru Zagłębia w Sosnowcu. Naiwnym jest jednak sądzić, że Dead Girls Wanted to spektakl tylko o cierpieniu i psychicznym załamaniu przywołanych w nim kobiet, czy o zainteresowaniu mediów ich martwym ciałem. To także rzecz przypominająca o poczuciu winy i o odpowiedzialności społecznej, a także o ,,pokazywaniu widzenia” — bo przecież wszyscy (nawet ci, którzy nie do końca szukali) widzieli nagranie zataczającej się podczas koncertu w Belgradu, Amy Winhouse, widzieli zdjęcia naćpanej Whitney Houston, widzieli zdjęcia, czy nagrania rozdygotanej, łysej Britney Spears, biagającej po parkingu i demolującej auta parasolką. Ale czy ci sami widzieli coś więcej prócz tego? Może jakieś refleksje na temat toksyczności mediów, może jakąś tragedię tych poniżonych, wycieńczonych psychicznie kobiet, którym odmawia się prawa do człowieczeństwa? Jeśli nie, to pewnie warto wybrać się do Sosnowca. Mam nadzieję, że dzięki takim spektaklom, jak Dead Girls Wanted, w których mówi się wprost, przedstawia się wprost, analizuje i poddaje ocenie wprost, teatr ma szansę wyjść poza terytorium uzgodnione, czyli takie gdzie przekonani mówią do osób przekonanych, przez co komunikat krytyczny nie przedostaje się dalej.

fot. Monika Stolarska

Marzec

2.03 Śmierć komiwojażera, reż. Radek Stępień
Teatr Wybrzeże w Gdańsku

2.03 Przełamując fale, reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska
Teatr Śląski w Katowicach

7.03 EXIT, chor. Paulina Święcańska i Marek Klajda
Centrum Sztuki Tańca w Warszawie

8.03 Śluby panieńskie, reż. Andrzej Błażewicz
Teatr Polski w Poznaniu

8.03 Zmowa milczenia, reż. Marcin Liber
Teatr Ludowy w Krakowie

8.03 Ja ciebie kocham! Ach, te słowa tak dziwnie w moim sercu brzmią…, reż. Barbara Dziekan
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

8.03 Wieczór kawalerski, reż. Giovanny Castellanos
Teatr Miejski w Gliwicach

9.03 Miasto białych kart, reż. Ewa Rucińska
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

9.03 Sol Invictus, reż. Paweł Szarek
Teatr Barakah w Krakowie

9.03 Lepsze lasy, reż. Tomasz Kaczorowski
Teatr Współczesny w Szczecinie

15.03 Błoto, reż. Martyna Łyko
Teatr Dramatyczny w Białymstoku

15.03 Inni ludzie, reż. Grzegorz Jarzyna
TR Warszawa

16.03 Córki powietrza. Sen Balladyny, reż. Ignacio García
Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

16.03 I że cię nie opuszczę, reż. Aldona Figura
Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

16.03 [prawie równo], reż. Una Thorleifsdottir
Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

16.03 Wyzwolenia, reż. Piotr Cieplak
Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy

17.03 Feragosto, reż. Adam Orzechowski
Teatr Powszechny w Łodzi

22.03 Medea, reż. Tomasz Szczepanek
Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego

23.03 Gąska, reż. Paweł Szkotak
Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie

23.03 Czarownice z Salem, reż. Jan Buchwald
Teatr im. Aleksandra Sewruka w Elblągu

23.03 Czuwanie, reż. Justyna Celeda
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

23.03 Bankiet, reż. Tadeusz Bradecki
Teatr Miejski w Gdyni

23.03 Mein Kampf, reż. Jakub Skrzywanek
Teatr Powszechny w Warszawie

27.03 Utracona cześć Barbary Radziwiłłówny, reż. Agata Puszcz
Teatr Nowy w Łodzi

28.03 Oratorium o mleki, reż. Sławomir Narloch
Teatr Collegium Nobilium w Warszawie

29.03 Świętoszek, reż. Rudolf Zioło
Teatr Zagłębia w Sosnowcu

29.03 Wracaj, reż. Anna Augustynowicz
Teatr Powszechny w Łodzi

30.03 Makbet, reż. Katarzyna Deszcz
Teatr Powszechny w Radomiu

30.03 Wróg się rodzi, reż. Aneta Groszyńska
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

30.03 Mistrz i Małgorzata, reż. Cezary Iber
Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

30.03 Wesele, reż. Igor Gorzkowski
Teatr Polski w Bielsku – Białej

30.03 Ironbound. Za torami, za mostem, reż. Grzegorz Chrapkiewicz
Teatr Narodowy w Warszawie

 

fot. Teatr Powszechny w Warszawie

 

Widoki z okna. Tom I

Volker Schmidt to wybitny austriacki pisarz, reżyser i aktor, performer i bloger. Dwutomowa antologia jego dramatów wydana przez Agencję Dramatu i Teatru to wyjątkowo wnikliwie i uważne studium współczesności, w której głównym bohaterem jest człowiek zagubiony, często niespełniony, doznający przemocy. Dramaty przełożone na polski w taki sposób, że język dramatów pozostaje fantastyczny, sugestywny (dziecka, nastolatki, filozoficznym, wulgarnym).

Co tu dużo mówić, zapraszam do moich notatek z pierwszego tomu antologii Widoki z okna i zachęcam do przeczytania całości!

WŚRÓD RYB

To sztuka z 2003 roku, otwierająca antologię. To historia o czwórce młodych ludzi, przyjaciół, Europejczyków. Opowieść bardzo uniwerslana, wydaje się, jakby mówiła o całym pokoleniu ludzi zmagających się z wejściem w dorosłość. Alex, Vik, Matz i Nina mogliby być naszymi sąsiadami, znajomymi ze studiów. Dorośli, ale nie dojrzali. Wypełnieni mżonkowatą wizją na temat samych siebie i swojej przyszłości. Zagubieni i samotni.

Alex i Vik (jeszcze do niedawna para) muszą wyprowadzić się z wynajmowanego dotychczas mieszkania. Alex starcił pracę, Vik obwinia go za ich niepowodzenia, wyzywa od nieudolnych durni, mocują się górą kartonów, które trzeba przenieść gdzie indziej. W przeprowadzce mają pomóc im Matz i Nina. Nie udaje im się jednak przenieść zbyt wielu pudeł. Okazuje się, że symboliczny koniec i nowy początek, jakim jest przeprowadzka, wyzwala w bohaterach chęć rachunku sumienia, spowiedzi i pokuty. Od teraz nie będzie już kłamstwa. Będzie tylko prawda. Prawda da im wolność! Tak myślą, tego pragną. Niczego nie chować, nie udawać. Na jaw wychodzą zdrada, praca w sekstelefonie, myśli samobójcze i finansowe fiasko. Okazuje się, że ich pragnienia są bardziej zwyczajne i konserwatywne, niż można by przypuszczać obserwując ich z boku. Sesję prawdy zatrzymuje śmierć. Śmierć jest prawdą ostateczną, przypieczętowuje ich wewnętrzną zmianę. Tylko czy niezbędną… czy jedyną możliwą… czy nie można było inaczej? Bez śmierci?

53453747_1663662403737354_1662404574096392192_n

HIMALAJE

Himalaje to opowieść o zagubionych emocjach, powierzchownym relacjach i dużych pieniądzach, które zamiast czynić życie bohaterów łatwiejszym, powodują je powierzchownym i pustym. To opowieść o ucieczce. Od siebie nawzajem, od uczuć, od szczerości. Ucieczka w pracę, wszędzie byle poza dom, poza bliskich, w imaginację.

Zarówno postaci, jak i ich świat są przerysowane, zmaksymalizowane. A podział na czarne i białe charaktery zamazuje się wraz z tokiem wydarzeń.

Rzecz dzieje się w domu obrzydliwie bogatego małżeństwa: Sabiny i Gabora oraz ich córki Sary. Gabor jest project menegerm, pracoholikiem, nie lubi przebywać w domu. Gardzi ludźmi, jest wyniosły, cyniczny i arogancki. Niewiele ma dla niego znaczenie bo i tak może kupić wszytsko, nawet ludzi.

Sabina jest oderwana, nie do końca wie co dzieje się wokół niej, wykazuje tendencję ucieczkową. Od męża, od córki, od problemów. Na masaż, do spa.

Sara, dojrzała ponad wiek dziewczynka słuchająca Shuberta. Zarozumiała i ponadprzeciętnie inteligentna. Ucieka w świat marzeń. Na ścianach pustego mieszkania rysuje wieżowce, wyobrażając sobie i komunikując się z ludźmi, którzy w nich mieszkają. Sara to kasandryczna postać, która żyje z oddechem śmierci na ramieniu, balansując pomiędzy dwoma światami (ma tętniaka, który w każdej chwili może pęknąć) — życiem i śmiercią, a także świadomością podobieństwa do rodziców i chęci izolacji o dnich, ich pieniędzy i sposobu życia.

W życiu tej trójki pojawia się Karolina — nowa opiekunka Sary. Prosta, młoda dziewczyna, która wydaje się być z zupełnie innego niż oni świata. Ona, jak i jej chłopak Michał (antyglobalista, ekolog, porywczy idealista) pojawiają się w dramacie na zasadzie kontry do Sary i jej rodziców by wyeksponować ich cechy. Wydaje się też, że Karolina i Michał są bezpośrdenim, życzliwym odświeżeniem, przykładem pozytywnych, romantycznych bohaterów, którzy odporni będą na… pieniądze. Okazuje się, że ich też można kupić. Gabor przekupuje i uzależnia od siebie obojga. Pięknymi, markowymi strojami, biżuterią, smaochodem, posadą.

Wszystko zaczyna się trząść i huśtać, zmieniać położenie i znaczenie wraz z pojawiającą się śmiercią dziewczynki…

Tytułowe Himalaje to metafora marzeń Sary i Karoliny o innym, nowym, łatwiejszyn życiu pod czystym niebem, w cieniu tytułowych gór. Gdzie życie jest prostsze.

JAKUB VON KOSS NAPISAŁ TĘ SZTUKĘ

Jukub von Koss napisał tę sztukę to autotematyczna księga absurdu, abstrakcyjna i zmaksymalizowana. Skrojona po to by unaocznić mechanizmy działania teatru, aktorstwa, kulis.  To bardzo krytyczny tekst. Już sam fragment ze wstępu do sztuki i jego składnia wiele mówią na temat groteskowej atmosfery dramatu, ale też o sarkastycznym nastawieniu do samego tematu: Miejsce: w mieszkaniu Jakuba von Kossa w jakimś liczącym się mieście teatralnym w pewnym liczącym się teatrzetego liczącego się miasta teatralnego w niewielkim zakładzie psychiatrycznymw tym liczącym się mieście teatralnym.

A także o tym, na co mamy wpływ i co jest wynikiem naszych działań, a co jest po prostu źle ustawonymi parametrami losu.

Wszystko zaczyna się od wtargnięcia do domu Jakuba von Kossa — dramatopisarskiej gwiazdy młodego pokolenia, Eweliny Plattner — aktorki z nieliczącego się teatru z jakiegoś nieliczącego się miasta teatralnego. Ewelina z bronią w ręku i przepasana materiałem wybuchowym oznajmia Jakubowi, że od teraz będzie jego nową dziewczyną, a on ma dopisać w swojej najnowszej sztuce główną rolę dla niej. Oczywiście pod groźbą wysadzenia ich w powietrze.

Ewelina to nie desperatka, to postać bardziej niż to złożona. Akcję tę planowała od dawna, przemyślała ją dokładnie, rozłożyła na psychologiczne czynniki pierwsze, przeprowadziła skrupulatną analizę. Z tego względu jest niebezpieczna nie tylko przez naboje. Ma większą, niż wzbudzony strach, władzę. Sztuka i rola kobiety o długch rzęsach, którą napisał dla Eweliny i z pomocą Eweliny, Koss, okazuje się ogromnych sukcesem — tak Plattner, Franka (reżysera), jak i Jakuba.

Sęk w tym, że Koss zaczyna coraz bardziej wierzyć w historię o nowej dziewczynie, zakochuje się w Ewelinie. Nie on jeden zresztą deklaruje zainteresowanie aktorką. Pociąga ona i inspiruje także Franka.

Ewelina osiąga swój cel — jest gwiazdą w liczącym się teatrze w liczącym się mieście teatralnym. Jakub natomiast ląduje w szpitalu psychiatrycznym po tym, jak na bankiecie po premierze nie może pogodzić się z odrzuceniem przez Ewelinę i rzuca się na nią z pięściami. Nikt nie chce uwierzyć w jego historię o groźbach, manipulacji, pasie szahida.

Zresztą… wszystkim taki bieg zdarzeń, pt. dramaturg w psychiatryku, jest na rękę. Teatrowi, który sprzedaje więcej biletów niż kiedykolwiek dotąd, żonie Jakuba, która dzięki tantiemom za jego sztuki nie musi pracować, Ewleinie, Frankowi. Nikomu nie zależy nad prędkim wyjściem Kossa z psychiatryka.

To chyba mój ulubiony dramat z pierwszego tomu antologii Volkera Schmidta. Wypełniona po brzegi czarnym humorem i gorzkim stwierdzeniem na temat wielu instytucji i ludzi kultury (nie generalizując oczywiście!) Cóż to za wnikliwy autor, potrafiący patrzeć z dystansu nie tylko na siebie!

53429909_397692881017675_5206660295979696128_n

WIDOK Z OKNA

SZTUKA DLA MŁODZIEŻY

Sztuka na trzy osoby, wielkie nieszczęście i niesprawiedliwość. Mogłoby się wydawać, że to rzecz o przemocy domowej, o piekle które zgotował dzieciom ojciec alkoholik, współuzależniona, zapewne cierpiąca na depresję matka; rzecz o miłości siostrzano – braterskiej; przyjaźni między pokoleniowej. Ale dla mnie, to przede wszytskim sztuka o odpowiedzialności społecznej, o naszej odpowiedzialności! O mojej odpowiedzialności. Odpowiedzialności świadka, który nie może milczeć, racjonalizować tego co słyszy i widzi, udawać że nie słyszy i nie widzi, słysząc i widząc. O tym, że widząc przemoc musisz, muszę, musimy reagować!

Nastoletnia Zuza ucieka ze swoim niepełnosprawnym umysłowo bratem — Gnojem, z domu. Włamują się przez okno do domu swojej sąsiadki, Pani Kapusty.

Pani Kapusta zdziwiona, przestraszona chce odprowadzić dzieci do ich domu, dzwonić na policję. Czemu tego nie robi? Dlaczego ostatecznie decyduje się dac dzieciom azyl? Bo w obecności tej zalęknionej dwójki nie może już udawać, że wrzaski dobiegające z domu sąsiadów, to regularna kłótnia rodzinna jakich wiele. Nie może usprawiedliwić katowania dzieci i ich matki przez pijanego ojca, tym że pewnie miał swój powód. Nie może dłużej racjonalizować psychicznego znęcania się nad niepełnosparwnym chłopcem tym, że pewnie życie z jego ułomnością nie jest dla rodziny łatwe.

KAPUSTA: Moje dziecko, czasem dochodziły do mnie odgłosy, które nie brzmiały zbyt przyjemnie.

(…)

ZUZA: (…) Słyszy pani nieprzyjemne odgłosy i nie zastanawia  się pani, co to jest? A jakie to były odgłosy? Zgrzyt, jak się skrobie widelcem po talerzu? Albo paznokciami po tablicy?

KAPUSTA: Nie…

ZUZA: A może ma pani na myśli wrzaski mojego brata? Płacz? Lanie? Może chodzi o moją matkę, która jak zwykle dostaje w twarz i nie może powstrzymać się od krzyku? (…) Może to ja byłam zbyt głośna, kiedy próbowałam pomóc bratu? Kiedy wył z bólu, bo ojciec robił z niego popielniczkę i gasił mu papierosy na plecach? Czy to były te nieprzyjemne odgłosy?

(…)

ZUZA: (…) dlaczego przyszliśmy tutaj? Powiem pani. Bo nikt nie przyszedł do nas. Bo żaden z naszych cholernych sąsiadów nam nie pomógł. Bo kiedy ojciec się nad nami znęcał wszyscy udawali, że niczego nie słyszą. Pani też.

TRYLOGIA TEKSTYLNA

Skłądają się na nią trzy dramaty: Trzeba być wdzięczną z 2007 roku, powstały siedem lat później Macie szczęście i Jesteśmy szczęśiwe (2017). W każdym z nich są tylko trzy postaci, trzy kobiety: Liesl, Hanni i Kathy. Same dramaty nie są zaś tymi klasycznymi, z dialogami, z przedstawieniem świata bohaterek, są raczej zbiorem stanów wewnętrznych kobiet. Specyficzny jest też język. Brak tu znaków interpunkcyjnych, szyk zdań zostaje przestawiony. Wypowiedzi kobiet to swoisty słowotok, a wielokrotne powtórzenia niektórych wyrazów przypominają szalejące echo. Tekst wygląda jak wiersz, choć brak w nim rymów.

W pierwszej części trylogii poznajemy trzy kobiety pracujące w ogromnej szwalni, gdzieś w Austrii, która to przedstawiona jest jako analogia do Bangladeszu, czy Tajwanu, gdzie swoje szwalnie mają duże zachodnie korporacje odzieżowe. Pracujące tu kobiety nie odróżniają poniedziałku od niedzieli, są wyzyskiwane do ciężkiej pracy za irracjonalnie niskie wynagrodzenie. Jedna z trzech bohaterek — Liesl jest spełniona i szczęśliwa, pracuje ciężko i jest z tego dumna. Kiedyś była prostytutką, tu ma spokój, wśród zakładowych maszyn czuje się bezpiecznie. Kathi, to ktoś na kształt rzeczniczki prasowej firmy, menedżerki do spraw public relations. Z kolei Hanni, to buntowniczka, rebeliantka, twórczyni związków zawodowych, nie zgadza się z wyzyskiem, niehumanitarnym traktowaniu pracowników. Spotkanie tej trójki skutkuje ucieczką do lepszego świata, do znanych gdzieś, z opowieści krajów uprzemysłowionych.

Trylogia tekstylna o ważny, niezwykle aktualny tekst. Autor krytykuje w nim patrirchalny porządek świata i skłania ku dyskusji na temat praw kobiet, mówi o przemocy systemu kapitalistycznego. Zadaje bardzo ważne pytania dotyczące poczucia bezpieczeństwa we współczesnym świecie i zastanawia się dokąd nas, jako spoełczeństwo zaprowadzi podejście, w którym tylko pieniądze są w stanie nam je zapewnić.

Dziękuję Agencji Dramatu i Teatru ADiT za udostępnienie książki do recenzji.

fot. materiał własny

 

Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy

Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy w reżyserii Magdy Szpecht to spektakl – instalacja inspirowany dwoma książkami Marcina Wichy — Jak przestałem kochać design i Rzeczy, których nie wyrzuciłem, za którą w 2018 roku autor otrzymał Nagrodę Nike. Obie książki, to bardzo osobiste, intymne wspomnienia Wichy o rodzicach. Pełne czułości i humoru, ale też nostalgicznych i bardzo emocjonalnych historii. Historii o rodzicach opowiedzianych za pośrednictwem pozostawionych przez nich przedmiotów, książek.

Czytając książki Wichy czułam się zaproszona do odbycia razem z autorem bardzo intymnej podróży do jego przeszłości. Oglądając gnieźnieński spektakl… czułam tylko, że intymność, którą tak bardzo chciano osiągnąć, miała wymiar jedynie efemeryczny.

rzeczy-o-nas_rzeczy-ktorych-nie-wyrzucilismy_marcin-wicha_wittchen_barełkowska13

 

Co mówią o nas przedmioty i jak nas zapamiętują.

Nad tym, na podstawie książek Wichy i wspomnień trójki mieszkańców Gniezna — uczestników tamtejszego Uniwersytetu Trzeciego Wieku (Lucyny Kaszyńskiej, Stefanii Wojciak, Marka Szymaniaka) zastanawiali się twórcy spektaklu. Michał Korchowiec stworzył scenografię – instalację w formie małego muzeum rzeczy bezpańskich, zapomianych: przedmiotów ze śmietniska, teatralnej rekwizytorni, pamiątkach po zmarłych właścicielach. Przedmioty takie jak świeczniki, miotły, mop, stary telewizor, porcelanowa figura konia, czajnik elektryczny, czy plastikowe kubeczki znajdują się w muzelanych gablotach. W ten sposób, rzeczy na pozór nikomu nie potrzebne zyskują rangę ważnych, jedynych, niepowtarzalnych nośników historii. Aktorzy traktują eksponaty z ostrożnością i czułością. Hiperbolizując ich znaczenie, głaszczą je, całują, tulą w ramionach, animują sytuacje, w których przekonują nas i samych siebie, że przedmioty te są absolutnie niezbędne do życia. Śpiewają do nich francuską piosenkę Jane Birkin i Serge’a Gainsbourga Je T’aime,…Moi Non Plus, konstruują z nich przedziwne, skomplikowane urządzenia, które mają ułatwić im codzienne funkcjonowanie. Nie robią tego jednak podążając za najprostyszym i najbardziej użytecznym rozwiązaniem, a raczej w myśl amerykańskiego rysownika i wynalzacy Rube’a Goldberga, który twierdził, że ludzie mają skłonność do niepotrzebnego komplikowania sobie życia. Zamiast prostych i szybkich do realizacji, wybierają rozwiązania trudniejsze i bardziej pogmatwane. Aby unaocznić bezsens podobnego działania, tworzył on skomplikowane maszyny działające na zasadzie domina. Powstające podczas spektaklu urządzenia, czy ogromne portrety w bardzo prosty, dosłowny sposób ilustrują teorię Goldberga. Bywają dowcipne, czasami wręcz groteskowe i, co ważne, przekładają ją na poziom relacji międzyludzkich, komunikacji.

To nie jedyna forma, przez którą przedmioty komunikują się z widownią. Głos dosłownie wydobywa się z jednego z nich. Radio (bo o nim mowa) jest tu pełnoprawnym narratorem, opowiada i komentuje. I szkoda, że nie jedynym…

Paradoksalnie, momenty, w których głos dobiega z taśmy, często na tle przepięknej, hipnotyzującej muzyki stworzonej przez Krzysztofa Kaliskiego i na tle onirycznych wizualizacji Wojtka Doroszuka, są najbardziej intymnymi i sugestywnymi. Mimo że twórcy wydali się robić wszytsko, aby tę intymność zbudować i utrzymać w całym spektaklu — spora część widowni siedzi na miękkich poduchach, wokół salonowego dywanu, sufit jest obniżony przez lekkie tkaniny (tło do wizualizacji), wokół gabloty, na scenie gnieźnieńscy seniorzy i ich historie z dzieciństwa, aktorzy próbują nawiązać bliski kontakt z widownią — rozmawiają, głaszczą po ramieniu, wspomniana muzyka. Efekt ten jest jednak bardzo krótkotrwały, złudny, szybko przemija. Zabrakło emocji, zabrakło większego spektrum. Bo o ile zaproszenie do spektaklu mieszkańców Gniezna wydawało się bardzo ciekawym pomysłem, o tyle ich historie, na poziomie emocjonalnym, były do siebie bardzo podobne… przez co spektakl wydał się nieco płaski. A sam temat jest przecież silnie obciążony emocjonalnie, w końcu to wspomnienia! Trawestowany na scenę okazuje się być beznamiętny. Szkoda…

gniezno2

 

Przedmioty to wszystko, co po nas zostaje. Jedyna forma nieśmiertelności, na jaką możemy liczyć.

Przedmioty, pamiątki w Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy ożywają, zostają wyjęte z marginesu codzienności, zostają zauważone, opowiadają historię, mitologizują. Wydostają się na pierwszy plan jako pomost pomiędzy wspomnieniem a rzeczywistością, ożywiają pamięć po ich dawnych właścicielach. W spektaklu to właśnie przedmioty, scenografia, wideo, muzyka, ich niema narracja jest najbardziej sugestywna, intymna.

 

fot. Dawid Stube

Luty

1.02 Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy, reż. Magda Szpecht
Teatr Fredry w Gnieźnie

2.02 Jak być kochaną, reż. Lena Frankiewicz
Teatr Narodowy w Warszawie

3.02 Bea, reż. Andrzej Bubień
Teatr Powszechny w Radomiu

7.02 Testament Szekspira, reż. Marek Pasieczny
Teatr Nowy w Łodzi

7.02 Rechnitz. Opera – Anioł Zagłady, reż. Katarzyna Kalwat
TR Warszawa

8.02 Nikt (nie) spotyka Nikogo, reż. Aleksandra Kugacz-Semerci i Mertcan Semerci
Instytut im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu

8.02 Tchnienie, reż. Rafał Szumski
Teatr Miejski w Gliwicach

8.02 Inteligenci, reż. Robert Talarczyk
Teatr Śląski w Katowicach

9.02 Królestwo, reż. Remigiusz Brzyk
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

13.02 Hana Umeda/ Sada Yakko, realizacja: Kozakiewicz / Orski / Ostrowska / Prowaliński / Sandell / Soszyński / SHINS-K / Umeda
Komuna//Warszawa

15.02 Fatalista, reż. Wojciech Urbański
Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

15.02 Wanda, reż. Małgorzata Warsicka
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

15.02 Ostatni, reż. Romuald Krężel
Nowy Teatr w Warszawie

15.02 Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Natalia Korczakowska
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

16.02 Trump i pole kukurydzy, reż. Paweł Łysak
Teatr Polski  w Bydgoszczy

16.02 Kupiec Wenecki, reż. Szymon Kaczmarek
Nowy Teatr w Słupsku

16.02 Do piachu, reż. Marta Streker
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

22.02 Po latach o tej samej porze, reż. Henryk Jacek Schoen
Teatr Bagatela w Krakowie

22.02 Baba-Dziwo, reż. Dominika Knapik
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

22.02 Dead Girls Wanted, reż. Wiktor Rubin
Teatr Zagłębia w Sosnowcu

23.02 Aktorzy prowincjonalni, reż. Damian Josef Neć
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

 

fot. materiały TR Warszawa

Sprawiedliwość

Za wydarzenia z marca 1968 ( i dalej: 1969, 1970), za kaskadę nienawiści do Żydów polskich, zachęcanie do nienawiści i w rezultacie ich wypędzenie, nie sposób ukarać konkretnych osób (mimo, że dyskryminacja ze względu na wyznanie, czy pochodzenie, zarówno 50 lat temu, jak i dzisiaj jest niedopuszczalna przez prawo). Bo albo przestępstwo się przedawniło, albo jego sprawcy już dawno nie żyją, ich przedsiębiorstwa nie istnieją, przez co trudno ich zlokalizować. Ci których udało się odszukać są chorzy lub stracili pamięć.
Znalezione dowody, jak na przykład nacjonalistyczny, nienawistny artykuł Karola Badziaka o bekonie, nadają się raczej jako gag do scenariusza kolejnej części Monthy Pythona, nie do prokuratury. Iwona Śledzińska zaś, która w latach sześćdziesiątych napisała dwa antysemickie artykuły w prasie jest teraz posłanką opozycji. Czy złożenie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez Śledzińską byłoby oskarżeniem całej opozycji?
Po co rozgrzebywać tamte wydarzenia, po co drążyć, skoro i tak nie sposób dociec niczyjej winy — pytają sami siebie artyści? Dla sprawiedliwości!

Po to powstał ten spektakl, po to ten dokument, badanie historii — to odpowiedzialność i obowiązek sztuki, słyszymy ze sceny i ja się z tym absolutnie zgadzam! Jak mówi w spektaklu Barbara Wysocka: Jeśli o nich [Polakach odpowiedzialnych za wypędzenie Żydów z Polski w 1968 roku] nie mówimy, to co? Zapominamy o nich? Nie! My ich wtedy chronimy!

28906611_1578098525641132_159899651_n_1

Czterech aktorów nie wcielających się w żadne postacie (występują pod własnymi nazwiskami) przedstawia kolejne fakty dowodzące nacjonalizmu, antysemityzmu, prześladowań Żydów w Polsce w ‘68 roku, kierowniczym sprawstwie ówczesnych rządzących i odpowiedzialności milczących obywateli. Ich dochodzenie ma formę spotkania historyków, badaczy, którzy przeszukują prasę i inne dokumenty z tamtego okresu, by przedstawić widzom, w formie wykładu, opatrzonego wyświetlanymi slajdami, wycinkami z gazet, znalezione przez nich informacje. To, co znajdują to publiczne nawoływanie przez prasę do nagonki na Żydów, do zaangażowania w waśnie, to katalog antysemickich stereotypów: Żydzi chcą opanować cały świat, Żydzi nas Polaków gnębią, czy kłamstwo ma syjonistyczne nogi. Już samo używanie słowa syjonizm/syjonista w przeciwieństwie do jego etymologii, w ówczesnej Polsce stanowiło kod czysto antysemicki. Są też nagrania, w których wypowiadają się Żydzi mieszkający w tamtym czasie w Polsce, którzy jako powód wyjazdu podają jednogłośnie, atmosferę szykanowania i wyjęcie spod prawa.

Aktorzy porównują Sprawiedliwość do historii Króla Edypa i mieszkańców Teb. Zastanawiają się jakie znaczenie dla społeczności miałoby odnalezienie konkretnego sprawcy, przez którego na miasto spadło gradobicie klęsk. Czy był to sam Edyp, czy Apollin, a może winnym był Lajos lub Terezjusz… to bez znaczenia bo znalezienie jednego, czy wielu odpowiedzialnych, zburzyłoby bowiem status quo. Już samo dociekanie zmąciłoby panujący społeczny porządek. Analogia do Polski? Bardziej niż oczywista.

I co oni [mieszkańcy Teb] mają z tego śledztwa, pyta ze sceny Ewa Skibińska? Sprawiedliwość…

Narracja aktorów, przytoczone przez nich dokumenty, dowody są jednoznaczne — to co stało się w 1968 roku w Polsce, to zbrodnia na ludzkości, coś co się nie przedawnia! Sprawiedliwość Michała Zadary, to arcyważna pozycja w repertuarze polskiego teatru.
Do Powszechnego szłam bez przekonania, obawiając się ciężkiego, patetycznego teatru non fiction, nużącej lekcji historii. Wyszłam przytłoczona, zachwycona warstwą poznawczą, inscenizacyjną i artystyczną tego spektaklu.

fot. Krzysztof Bieliński