coś/ktoś

„Coś/Ktoś”, to monodram młodego artysty, studenta krakowskiej Szkoły Teatralnej, Oskara Malinowskiego. Jest to głębokie, bardzo szczere i osobiste wyznanie dorosłego mężczyzny silnie przeżywającego wspomnienia dwuznacznego i niezrozumiałego (wydawać by się mogło do nie dawna) dzieciństwa. Dzieciństwa, które w tak autorytarny, bezkompromisowy, nie pytający o zgodę sposób, wpłynęło na kształt tożsamości granej postaci.

Przechodząc razem z bohaterem w kolejne fazy jego radzenia sobie z własną osobowością, rozumienia swojej autentyczności, dowiadujemy się, że to, co miało kluczowy wpływ na jego świadomość był alkoholizm ojca. Bohater utożsamia się z Maskotką (jedna z postaw prezentowanych przez osoby z syndromem DDA – Dorosłe Dzieci Alkoholików). Znaczy to, że obecnie, jako osoba w pełni ukształtowana, rozumie wydarzenia z dzieciństwa i gotów jest na emocjonalne, publiczne z nimi starcie.

Bohatera poznajemy, wyglądającego najpierw zza białego ekranu ustawionego z tyłu sceny, po czym wybiegającego na środek i rysującego kredą na podłodze „iks”, krzycząc przy tym „ktoś, coś”, tak jakby kłócił się ze sobą kim jest. Po czym staje na narysowanym „iksie”, co czyni znak utożsamienia się bohatera zarówno z definicją słowa „coś”, jak i „ktoś”. Zaczyna śpiewać dziecięcą piosenkę „wlazł kotek na plotek…” powtarzając ją kilkakrotnie. Motyw powtórzeń jest obecny od tej chwili do samego końca przedstawienia. Może to kojarzyć się z pewną sekwencyjnością przechodzenia choroby alkoholowej ojca bohatera, zarówno zresztą jak sposobów radzenia sobie Maskotki z owymi schematami, również w sposób zgoła przewidywalny. Mamy tu do czynienia z dość wydawałoby się przestraszonym i niepewnym dzieckiem, któremu (wbrew śpiewaniu wesołej piosenki) brak dziecięcej radości i beztroski.

W kolejnej scenie obserwujemy proces dojrzewania bohatera, jak i kwintesencję zachowań Maskotki, czyli w sprawny sposób, czy to wypowiedzianym dowcipem, czy śmiesznym zachowaniem, rozładowywanie paraliżujących rodzinę napięć.1 Bohater monodramu, przywdziewając nowy strój, bierze do ręki mikrofon i zaczyna w przeszywający, mocno emocjonalny sposób, niemal wyrzucać z siebie słowa tekstu Samuela Becketta „Kapelusz”, okręcając sobie jednocześnie wokół szyi , reszty ciała, kabel mikrofonu. Staje się to przerażającym, ze względu na wiarygodność gry oraz siłę beckettowskich słów, wyznaniem o wstydzie, bezradności wobec choroby ojca i bezskuteczności podejmowanych prób przeciwstawienia się temu, konfrontacji z problemem nawet po śmierci ojca. Widz ma wrażenie, że niemal dotyka przerażenia, bólu i apogeum niemocy bohatera. Maskotka mówi w sposób, z którego wnioskujemy chęć rozprawienia się z problemem dzieciństwa, kiedy widz spodziewa się ostatecznego rozrachunku, bohater rozwija kabel i ze słowami „innym razem, innym razem…” odkłada mikrofon. Jak się okazuje po to tylko, aby dać kolejny występ.

Tym razem jest to utwór „Piersi ćwierć” zespołu Hey. I nie jest to dziecięcy, radosny popis kojarzony z popularnym w latach ‘90 XX wieku programem Mini Playback Show, a pełen rozpaczy i goryczy występ dorosłego (choć nadal w przebraniu) mężczyzny – pseudo Super Bohatera. Bohatera, który słowami Katarzyny Nosowskiej zwierza się widzowi ze swojej mentalnej bezdomności. Wcielenie się w postać Super Bohatera, jak tożsamość zarówno z określeniem „coś”, i „ktoś” przekonuje nas o dualizmie osobowości granej przez Malinowskiego postaci.

Analizując kolejną scenę, w której Maskotka stoi na środku sceny, w pełnej bieli światła i obraca się wokół własnej osi w rytm słów narratora czytającego encyklopedyczną definicję maskotki, mamy do czynienia z totalnym obnażeniem bohatera, który nie chce już udawać siły. Z drugiej strony zastanawiamy się, czy aby na pewno tylko o to chodzi,. Czy obrót przypominający pozytywkową lalkę i mechaniczne słowa definicji nie są wyrazem unaocznienia widzowi, że tak naprawdę, dla osoby która nie przeżyła traumy dzieciństwa, postać taka, jak ta kreowana przez Malinowskiego jest po prostu swego rodzaju eksponatem, przedmiotem, przykładem, któremu się współczuje, którego klepie się po ramieniu w geście wsparcia, w wyniku obyczajowych norm, pt. bo tak powinno się robić. Jakże trudno osobie bez podobnej historii zrozumieć sens wypowiedzi i całkowitego otworzenia się granej przez aktora, postaci. Autentyczność gry sprawia jednak, że razem z Maskotką przeżywamy jej dramat, sprzeczność tego, czego doświadcza, czujemy jej pozorną siłę przechodzącą w intymną bezsilność i wstyd.

Stąd właśnie moim zdaniem chwiejność w podjęciu decyzji pomiędzy „coś”, a „ktoś”. „Ktoś” bo ja, i „coś” bo po prostu pewien schemat zachowań, pewna podręcznikowość reakcji, zdaje się krzyczeć do nas ze sceny bohater monodramu. Wykrzyczane ostatecznie (w akcie, wydawało by się, buntu) „ktoś!”, to pewien symbol wewnętrznego uporania się i pogodzenia ze swoją dziecięcą twarzą Maskotki, która śpi teraz gdzieś z tyłu głowy. Czy została uśpiona na zawsze?

Monodram Malinowskiego to teatr, który boli, z którego nie wyjdziemy z uśmiechem. To teatr, który poraża i pozostawiania w osłupieniu, który domaga się analizy. Ale czy teatr ma być prosty, łatwy w trawieniu? Teatr ma poruszyć wnętrzności. I tak właśnie stało się w przypadku spektaklu coś/ktoś.

Czapki z głów, proszę Państwa i wielkie oklaski dla wspaniałej gry aktorskiej i debiutu reżyserskiego oraz scenariuszowego, Oskara Malinowskiego.

  1. W. Sztander, Dziecko w rodzinie alkoholowej, Warszawa 1999, s. 18-19

fot. Krzysztof Kadis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s