Czerwone Nosy

Wymownym wydaje się fakt wystawienia Czerwonych Nosów akurat teraz i akurat w Teatrze Nowym w Poznaniu. Wymownym z kilku powodów. Dużo tu bowiem połączeń, zależności i odniesień. Zacząć jednak na pewno należy od wyjaśnienia, o co w dramacie (komedii by być bardziej precyzyjną) Petera Barnesa chodzi, po to aby następnie gładko przejść do wspomnianych połączeń.

Znajdujemy się w XIV-wiecznej Francji, gdzie szaleje właśnie epidemia dżumy – czarna śmierć. Ludzie umierają na ulicach, tracą wszelką nadzieję na powrót normalności, panuje głód. Kraj przemierzają biczownicy, którzy liczą, że dzięki samoumartwieniu i pokucie ściągną na ziemię Boże Miłosierdzie, Kruki – w chorobie upatrujący szansy na przebudzenie społeczeństwa i rewolucję oraz trupa księdza Flote’a – wesołkowie Pana Boga, tytułowe Czerwone Nosy. Oni z kolei chcą ulżyć ludziom w cierpieniu błazenadą i żartem. Wszystko to dzieję się pod okiem Kościoła i papieża Klemensa VI, który na czas pandemii daje dyspensę na tego typu aktywności, a Czerwonym Nosom błogosławi. Jest to oczywiście zagraniem, dziś powiedzielibyśmy, czysto pijarowym bo dzięki temu, że na czele trupy stoi duchowny, wizerunkowo zyskuje cały Kościół – w dobie epidemii – odważny, nieustraszony, blisko umierających. Kiedy dżuma zdaje się odpuszczać, Klemens VI zabiera się wreszcie do realizacji prawdziwej misji, czyli zbierania podatków i projektowania ustaw w myśl wyznawanej przez siebie zasady: chrześcijaństwo jest systemem zaprojektowanym przez geniuszy w taki sposób, by wcielali go w życie idioci.

Tak pokrótce wygląda oś fabularna, tak dramatu Barnesa, jak i poznańskiego spektaklu w reżyserii Jana Klaty. Szczegóły tej historii jeszcze się pojawią! Przejdźmy jednak do połączeń.  Skojarzenie z pandemią koronawirusa jest oczywiste. Trwające od roku ograniczenia, prace nad wynalezieniem szczepionki, izolacja i kryzys gospodarczy, którego oddech wszyscy czujemy na plecach; tęsknota za normalnością, codziennością bez maseczek i obostrzeń; niesmak wynikający z koncentracji Rządu wespół z Kościołem na umacnianiu swojej władzy. 

Co więcej, Czerwone nosy wystawione zostały w Teatrze Nowym w Poznaniu nie po raz pierwszy. W 1993 wyreżyserował je tutaj Eugeniusz Korin i sądząc po ówczesnych recenzjach, spektakl był prawdziwym, że się tak wyrażę, hitem! Przedstawienie w reżyserii Jana Klaty jest zatem pewnego rodzaju grą z sentymentem – tak widowni pamiętającej wystawienie Korina, jak i części aktorów, którzy w nim wystąpili. Szczególnie ważną i wymowną w tym kontekście wydaje się być rola Janusza Andrzejewskiego, który przed prawie trzydziestoma laty grał księdza Flote’a, a dziś gra Mistrza Din Don, który zamilkł i wypowiada się wyłącznie językiem dzwonków.*

I w końcu pojęcie i poczucie wspólnotowości tak mocno rezonujące szczególnie teraz, w warunkach wzmożonej ostrożności, kiedy spotkania w większym gronie są utrudnione, a relacje kuleją. Dostajemy tu spektakl o wspólnocie! Wspólnocie, która ma wymiar dwojaki bo odnosi się nie tylko do relacji, jakie łączą Czerwone Nosy, ale do widowni, gdzie wspólnota przeżywania jest dziś równie ważna jak sama sztuka.

Biorąc pod uwagę powyższe, choć sztuka jest francuska, rzecz dzieje się tamże, a chorobą, która rzuca cień na wydarzenia jest dżuma, a nie koronawirus, to staje się ona pomostem do opowiedzenia historii bardzo polskiej i teraźniejszej!

Spektakl rozpoczyna obraz jęczących z bólu, konających mieszkańców Auxerre. Ubrani są w ministranckie komże. To fakt warty zapamiętania bo ci sami (w tych samych kostiumach) pojawią się w jednej z ostatnich scen, w zbiorowej roli służby prewencji papieskiej, która z pałkami przy boku i tarczami policyjnymi w ręku będzie usiłowała zatrzymać Clownów, zamykając tak naprawdę całą historię dosłowną i metaforyczną – bo odnoszącą się bezpośrednio do ostatnich protestów społecznych – klamrą.  

Zanim jednak dotrzemy do ostatniej sceny…

Wśród umierających, na tle szpitalnych pionowych żaluzji – zgrabnej reprezentacji pandemicznej izolacji (scenografia autorstwa Justyny Łagowskiej) krąży medyk w kombinezonie ochronnym i zabezpieczeniu przed wirusem Covid-19 (Michał Grudziński) oraz ksiądz Flote (Łukasz Schmidt). Ten drugi zachodzi w głowę jak ulżyć chorym w cierpieniu i trochę z bezsilności zaczyna opowiadać żarty, z serii przychodzi baba do lekarza, a lekarz też baba. Szybko okazuje się, że jęki cichną, a w ich miejsce pojawia się cichy śmiech. To ostatecznie decyduje o stworzeniu Czerwonych Nosów. To Flote, nie Kruki grane tu przez Oliwię Nazimek i  Malinę Goehs – punkrockowe, rozwrzeszczane postaci, z gitarami elektrycznymi w ręku, jest tak naprawdę rewolucjonistą, to on buntuje się przeciwko bezsensowności choroby, cierpieniu jakie niesie i śmierci. I to on, miast gadać, działa.

Do jego trupy jako pierwsi dołączają Din Don, bardzo wyzwolona siostra zakonna Małgorzata (Julia Rybakowska) i wydelegowany przez arcybiskupa Monselet (Aleksander Machalica) – ksiądz Toulone (Jan Romanowski), który gdyby nie polecenie z góry nie wziąłby udziału w przedsięwzięciu. Toulone bowiem przybliżenia do Boga upatruje w cierpieniu (w jego wypowiedziach znajdziemy oczywiste nawiązania do nauk Jana Pawła II). Na scenie obserwujemy niesamowitą przemianę tej postaci z absolutnego sceptyka misji Flote’a do – ku zdziwieniu kościelnych monarchów – oddanego idei Wesołków, wiernego członka wspólnoty.

Reszta Czerwonych Nosów została wyłoniona podczas castingu. I tak w trupie znaleźli się jąkała Frapper (Dariusz Pieróg), siostry Boutros (Małgorzata Walenda) – niepełnosprawna ruchowo Agata, która lalkę personifikującą jej siostrę Beatę niesie na plecach, niewidomy żongler Le Gru (Łukasz Chrzuszcz) i jego sceniczny partner grający na wielkim bębnie – Bembo (Anna Langner) oraz najemnicy wojenni – Brodin (Dawid Ptak) i Rochfort (Michał Kocurek). Każdy z nich to reprezentant wyrzuconych na margines społeczeństwa, człowiek pogubiony i w jakiś sposób oderwany. Wspólna misja daje im cel, poczucie przynależności i sprawstwa. Wyraża się to najpełniej w ich kostiumach. Każdy z nich, zaraz po wstąpieniu do trupy, na znak inicjacji przywdziewa kolorowy, kreszowy dres i czerwony nos cyrkowego clowna. Kostium pełni tu rolę unifikującą, oznacza wspomnianą przynależność, ale też, jak się później okaże, współudział (za kostiumy odpowiedzialna jest Justyna Łagowska). Indywidualizm postaci zaś, wyraża się poprzez ruch, którego autorem jest Maćko Prusak. Każdy z Wesołków odznacza się charakterystyczną powierzchownością i sposobem scenicznej obecności, wśród których prym wiodą Din Don wykonujący choreograficzną sekwencje ruchów w rytm dźwięku dzwonków oraz Le Gru, w którego ruchu właśnie, a nie słowach najbardziej zawiera się jego pyszałkowaty charakter. 

Do Awinionu prowadzi ich niewidomy, któremu wbrew wszelkiej logice ufają wszyscy. Wymowny to bardzo ruch, nawiązujący do sytuacji politycznej w naszym kraju. Artyści unaoczniają nam z jaką łatwością przychodzi nam powierzenie swojej przyszłości w ręce ślepca, i jak wiele od tego wyboru później zależy. 

Ich wędrówce towarzyszy piosenka Horse With No Name zespołu America. Ten, jak i inne utwory, które Czerwone Nosy wykonują podczas swoich występów, to kompozycje mocno osadzone w pop-kulturze, uruchamiające sentyment. To piosenki Nirvany, The Cranberries, czy zespołu Metallica. Wykonywane są jednak po łacinie, przy akompaniamencie gitary i bębna djembe. Brzmi to jakbyśmy brali właśnie udział w średniowieczną mszy świętej! Jan Klata jest mistrzem sampli i skreczów. Tak tu, jak we wszystkich jego spektaklach muzyka jest nieprzypadkowa i odgrywa niebagatelną rolę. 

Żarty Clownów zaś przywołują skojarzenia z commedia dell’arte, czy nawet Arystofanejską Starą Komedią. Porównanie wydaje się nieprzypadkowe, jeśli weźmiemy pod uwagę określenie jej przez profesora Józefa Kelera jako tą polityczną, fantastyczną, groteskową, kabaretową, napastliwą, nieprzystojną, antywojenną.** Treści przedstawień Czerwonych Nosów  bywają bowiem dość anachroniczne, czasami wręcz niesmaczne. Być może Klata bada w ten sposób granice żartu, a może inkorporuje w ten sposób krzyk artystów, który – jak czytamy w opisie do spektaklu – jest podszyty nie tylko bezsilnością, ale i bezkompromisową potrzebą teatru, gry i sztuki. Pewne jest jedno – prowokuje widzów, precyzyjnie i z premedytacją uderza w niewybredne tony (wszak naśmiewa się z niepełnosprawności, jąkania, czy czarnoskórych, nazywając ich tu wprost Murzynami) po to by wytrącić widzów z ich strefy komfortu, po to by zmusić do zajęcia stanowiska, nie pozostawania biernym, do bycia uważnym na to, co dookoła – także na sferę polityczną! Bo pamiętać należy, że to od polityki właśnie, w dużej mierze zależy wolność i komfort naszego życia.

W drodze do Awinionu, prócz Biczowników (Janusz Grenda, Paweł Hadyński, Andrzej Lajborek) i Kruków, Wesołkowie spotykają także Kupców (Michał Grudziński i Zbigniew Grochal) – materialistów, którzy w chorobie upatrują zysków i ich żony – prostytutki (Martyna Zeremba – Maćkowska i Marta Herman), w końcu tych, którzy w dobie pandemii są najbardziej narażeni na zakażenie i społeczne wykluczenie. Tu są to Trędowate (Martyna Zeremba – Maćkowska, Małgorzata Walenda, Marta Herman), które w kostiumach tak sugestywnych, że przyprawiających o dreszcze, odbywają swój niemy taniec. To symbol wszystkich cierpiących, pozbawionych głosu… Krótka, ale wymowna i na wskroś przejmująca to scena.

Czerwone Nosy docierają w końcu do Awinionu, gdzie otrzymują błogosławieństwo Klemensa VI. Szybko okazuje się, że jedynie na czas epidemii, bo zaraz po jej zakończeniu, papież – wielki demiurg wydarzeń, wytrawny szachista, przewidujący kilka ruchów przeciwnika w przód nie potrzebuje już ani Biczowników, ani Kruków, ani w końcu trupy księdza Flote’a. Napotykając ich opór, wykorzystuje strategię błazna, która nie jest obca także dzisiejszym władzom w Polsce. Często zdarza się, że w szeregach partii jest osoba, której zachowanie jest kontrowersyjne, czy wręcz aroganckie. Taka osoba często przekazuje do opinii publicznej informacje, przesłanie partii. Kiedy wokół rzeczonej wypowiedzi zaczyna wrzeć, usprawiedliwienia zawsze można szukać w niepohamowanym charakterze posłańca, na jego grubiaństwo i nieokrzesanie zrzucić odpowiedzialność. U Klaty taką postacią jest Rochfort, który najpierw zdradza, a potem zabija swoich towarzyszy. Koniec Czerwonych Nosów jest przestrogą przed uzależnieniem kultury, czy sztuki od władzy – tak kościelnej, jak politycznej. Mówi o ogromnym niebezpieczeństwie, które wynika z takiej syntezy… 

Spektaklowi Jana Klaty nie brakuje tempa, pełno tu nieoczekiwanych zmian rytmu, co utrzymuje widownię w uważności. To potężne widowisko poruszające wrażliwość, opatrzone świetną muzyką, choreografią, kostiumami, ale przede wszystkim to aktorski popis załogi Teatru Nowego w Poznaniu. Manifest ich zespołowości! To spektakl parabola, który za pośrednictwem walki z dżumą we Francji pokazuje prawdę o zależnościach, które rządzą współczesną Polską. 


*https://www.rp.pl/Teatr/302119900-Jan-Klata-Jaselka-dla-wladzy-i-hierarchow.html?fbclid=IwAR1-n5_xtxxy-criBnllEVcxGCGsE77F9NN6BE9qRi-7_WyCBOykMB-Mt-Q

Jan Klata: Jasełka dla władzy i hierarchów [w:] Rzeczpospolita, publikacja: 11.02.2021

** J. Kelera, Krótka historia teatru w Europie, Wrocław 2018, s. 40

fot. Marcin Baliński

Wróg ludu

Jakże ten Ibsen nadal aktualny! Niebywałe to i niepokojące zarazem, że od 1882 roku, treści Wroga ludu są wciąż obowiązujące.

Znajdujemy się w małym, norweskim miasteczku uzdrowiskowym, gdzie miejscowy lekarz dokonuje rujnującego wizerunek miasta, a w dalszej perspektywie także jego finansową katastrofę, odkrycia. Otóż główne źródło utrzymania uzdrowiska, czyli kąpielisko, z którego korzystają kuracjusze jest regularnie zanieczyszczane przez okolicznych przedsiębiorców, w wyniku czego kłębią się w nich niebezpieczne dla zdrowia bakterie i drobnoustroje. Na domiar złego okazuje się, że niezbędna jest przebudowa wodociągu, który został nieprawidłowo położony. Jeśli wyniki tych badań przedostały by się do sektora publicznego, wówczas nastąpił by  absolutny upadek miasteczka. Bowiem naprawa wodociągu i oczyszczanie wody, zajęło by grubo ponad dwa lata i pochłonęło ogromne środki finansowe, pozbawiając przy okazji lokalnych mieszkańców utrzymujących się z wynajmu domków pacjentom, zarobku. I tu pojawia się konflikt prawdy i interesu społeczności ucieleśniony w konflikcie doktora Tomasa Stockmanna (Juliusz Chrząstkowski) oraz Burmistrza miasteczka – Petera Stockmanna (Radosław Krzyżowski) – nomen omen rodzonych braci. Wydaje się, że jedynym sposobem, aby donieść o prawdzie, jest krzyk i bunt – natychmiastowy bunt!.

U Jana Klaty, rebelia ta odbywa się w przestrzeni kształtem przypominającej nieczynny basen.  Pozostałe na jego ścianach zacieki i dno pokryte zbieranymi przez lata odpadami i gratami, zapełniające się nimi niemal po brzegi, tworzy smutną pamiątkę po dawnej świetności tego miejsca. To widmo dawnego splendoru i uzdrowiskowej sławy norweskiego miasteczka.

Gdzieś, jakby zza ściany słychać głosy rodziny Doktora Stockmanna, gdzieś z oddali napływają na scenę kolejne osoby, wtapiając się zupełnie w śmietniskowy krajobraz. Spektakl rozpoczyna się z hukiem! Z hukiem łamiącego się w nogach łóżka Doktora Tomasa, z hukiem muzyki i uderzanych o metalowe beczki łańcuchów. Wiedz widzu, że coś się szykuje!

Okazuje się, że tylu dokładnie jest sprzymierzeńców doktora Stockmanna, co wrogów burmistrza. I o ile przedstawiciele tej grupy, czyli dziennikarze lokalnej gazety: Morten Kill (Zbigniew Ruciński) i redaktor Hovstad (Michał Majnicz) oraz przedstawiciel wspólnoty właścicieli domków dla kuracjuszy, a przy okazji miejscowy drukarz – pan Aslaksen (Zbigniew Kosowski) nie są świadomi konsekwencji z ujawnienia danych z badań doktora, jak najszybciej chcą ich ujawnienia i co się z tym wiąże, kompromitacji burmistrza i… skandalu, co przyczyni się do większej sprzedaży prasy. Ich pogląd zmienia się diametralnie, po rozmowie z Peterem Stockmannem, który uświadamia ich o wynikającym z oświadczenia odpływowi kuracjuszy oraz kosztowny remont wodociągu, co spowoduje absolutną budżetową klęskę.

A lud jak chorągiew… a lud, czyli my – publiczność, która za sprawą genialnej reżyserii Jana Klaty i dramaturgii Michała Buszewicza może się w lustrze sceny przejrzeć, jak w szklanym. Czy widok w nim nas zdziwi, zażenuje… ? W którym miejscu tej polityczno – ludowej machiny się odnajdziemy?

A może pomocnym w tej kwestii okaże się monolog doktora Tomasa, który przeradza się w rozmowę Juliusza Chrząstkowskiego z publicznością? W rozmowę o problemach i konfliktach aktualnie rażących, o doczesnych prawdach domagających się buntu – o gejach, o Żydach, o tych na u, czyli uchodźcach i mowie nienawiści, o smogu, partii rządzącej i ich ,,dobrym” zmianach, ,,dobrych” decyzjach tyczących się, m. in. wycinki drzew i równie kulturalnie katastrofalnej w skutkach wycince teatrów: Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Polski w Bydgoszczy, czy wreszcie Teatr Stary w Krakowie. Pojawia się tu nawet żart, że ryzykownie mieć w nazwie teatru przyimek polski (ja Wroga ludu oglądałam w Teatrze Polskim w Poznaniu podczas X Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi), choć to raczej humor z grupy tych posępnych, gdzie śmiech pojawia się, ale tylko przez łzy. Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną, ,,wymiatanie teatrów”, jak nazwał i zademonstrował politykę kulturalną w Polsce, Chrząstkowski, sprawia że jego monolog robi piorunujące wrażenie, jest przerażająco, mam wrażenie intymny, piekielnie smutny i oddaje szok i bezradność.

Wróg ludu Jana Klaty, to teatr fantastyczny, genialny, mądry i zaskakująco przy ilości obecnej ekstrawagancji, klarowny i przejrzysty. Pełen charakterystycznej teatrowi Klaty widowiskowości i popkulturowych odniesień. Głośny, kolorowy, ekscentryczny, zachwyca i przeraża jednocześnie swoją aktualnością. Jestem również pod ogromnych wrażeniem zespołu aktorskiego, który poprowadził ten spektakl pierwszorzędnie. Ogromne brawa dla wspomnianego już Juliusza Chrząstkowskiego, Radosława Krzyżowskiego, dla tajemniczej i fascynującej Małgorzaty Zawadzkiej w roli Pani Stockmann – żony Tomasa oraz intrygującej Moniki Frajczyk w roli Petry – córki doktora.

Z teatru wyszłam absolutnie zachwycona i totalnie, wewnętrznie poturbowana. Zachwycona spektaklem, jego formą, kolorem, dźwiękiem i sprytem reżyserskim, a emocjonalnie poobijana jego aktualnością. I to aktualnością niespodziewaną i świeżą – bowiem Wróg ludu został zagrany w Poznaniu zaledwie kilka dni po konkursie na nowego dyrektora Teatru Starego w Krakowie, który ku zdziwieniu wszystkich wygrał Marek Mikos, a dyrektorem artystycznym został Michał Gieleta. Nie jest to miejsce, aby rozpisywać się w nim o absurdalności tej decyzji, kompetencjach nowej dyrekcji, czy zasadności prowadzenia takiej polityki kulturalnej. Jednak wszystko to, jak i wygłoszone na koniec Oświadczenie zespołu artystycznego Teatru Starego w Krakowie sprawiło, że wróciłam do domu osłupiała, nie mogąc pozbierać się jeszcze długo…

Dziękuję, jest mi przykro, jestem zła i wolałabym, żeby to Oświadczenie nie musiało zostać nigdy odczytane.

fot. Magda Hueckel