The Foxes

Alice Joana Gonçalves to portugalska performerka, artystka wizualna i co ciekawe, prawniczka. Karierę prawną porzuciła jednak na rzecz sztuki. Studiowała taniec współczesny i klasyczny. Już jej pierwszy spektakl Apocalipse z 2012 roku spotkał się z fantastycznym odbiorem i zdobył nagrodę Young Creator Award 2012. Artystka w swoich pracach skupia się głównie na ciele. Na instynktach, emocjach go pobudzających i nim kierujących. Sama o sobie i swoich projektach mówi: W mojej pracy nie tylko stopniowo skupiam się na fizycznej obecności mojego ciała, ale rozwinęłam ideę własnego ciała jako formy sztuki; używania go jako instrumentu, transformowania go oraz zmieniania jego kształtów, używając moich anatomicznych ruchów w zgodzie z chęciami i potrzebami. To trudne by oddzielić moją sztukę od mojego życia. Moje życie karmi moją sztukę w takim stopniu, gdzie obydwie karmią synergicznie siebie nawzajem – są one jednością, tym samym. Moje ciało przez to staje się dziełem sztuki, rozproszonym zarówno w czasie jak i w przestrzeni, jednocześnie stając się ofiarą i sprawcą nieodzownego napięcia wywołanego jego fizyczną obecnością wydarzającą się w przestrzeni publicznej. Mój proces kreatywny podzielony jest na sferę intymną i sferę publiczną. Zawsze pracuję opierając się na emocji lub doświadczeniu zmysłowym należnym ludzkiej naturze, ostateczny rezultat pracy jest jak surowa emocja.*

Podczas Festivalu Malta zaprezentowała spektakl The Foxes. W krótkim filmie udostępnionym przez stronę Festivalu, mówi słowami wiersza: Jest siła w byciu kruchym. Jest siła w byciu cichym. Jest siła w byciu potrzebującym. Jest siła w byciu romantycznym. Jest siła w byciu wrażliwym. Jest siła w byciu głębokim. Bycie prawdziwym to jest siła. 

The Foxes jest kontynuacją spektaklu The Hunting z 2013 roku. Te dwa projekty opierają się na idei ciała, jako nośnika przeszłości. Żałuję, że nie miałam okazji zobaczyć pierwszej części historii, z którą The Foxes tworzy artystyczną całość.

23.06 : Alice Joana Gonçalves, The Foxes : fot. Maciej Zakrzewski 4

Na scenie nie znajduje się nic prócz dwóch stołów, które tworzą coś w rodzaju schronienia, oparcia, ochrony. Najpierw dla jednej kobiety, potem dla dwóch. Performans ten to gra dwóch nagich ciał, ciepłego, punktowego światła, sugestywnej muzyki i cienia. Ich ciała, ruch są bardzo eteryczne, tajemnicze, ale nie w wymiarze erotycznym. Są dziełem sztuki i narzędziem sztuki jednocześnie. Ludzkie i zwierzęce, jak podświadome i naturalne są instynkty. Już zresztą sam ruch, którym jedna z performerek otwierając spektakl skrada się przez scenę, przywodzi na myśl polującego drapieżnika — skupiona, czujna, bezszelestna, ostrożnie stawia każdy krok, wykorzystując do tego najmniejszy nawet mięsień. Brak w tym jednak napięcia, z jakiegoś powodu wiemy, że kobieta nie ma na celu łowów. Raczej inkorporuje nie swój ruch by sprawdzić możliwości swojego ciała. 

Spektakl dzieli się na trzy wyraźne części. Każda z nich mówi o cielesności i jej kruchości, a całość jest procesem. Pierwsza część, to przekraczanie materii — tak własnego ciała, przez to, że  porusza się nienaturalnym dla niego ruchem, jak i materii w sensie dosłownym — przedmiotu, przeszkody (w tym przypadku stołu). Druga część, to wtapianie się w materię, przystosowywanie swoich ruchów, ciała do kształtów z zewnątrz. Niezwykła plastyczność, która pozwala na oplatanie swoim ciałem przestrzeni wokół, tworzenie z nią całości.  Trzecia część, w której na scenie pojawia się twórczyni performansu, jest czymś w rodzaju pojawienia się nowej autonomii i anatomii. Dwie kobiety, dwa ciała, jedna liryczna opowieść, wrażliwość. Kobiety poruszają się synchronicznie, są takie same i różne jednocześnie. Łączy je nagość i cienie ciał, które rzucają. W poetycki sposób przechodzą od równoległości do zaznaczenia swojej wolności. Granice tych zmian, przechodzenie z jednoczesności do niezależności są ledwie zauważalne.

Podczas spektaklu nie dzieje się wiele pod względem akcji, jest ona raczej powolna, subtelna, cicha, łagodna. Sam spektakl trwa zaś zaledwie 45 minut. Jednak w ciałach performerek, w ich ruchach kryje się niesamowita subtelność i lekkość, której obserwowanie wystarcza za wartką fabułę. To przepiękne, kruche i niesamowite pod względem estetycznym wydarzenie. Bardzo hipnotyzujące. Poetycka opowieść o ciele jako instrumencie do opowiadania historii, ciele jako nośnika przeszłości, ciele jako autonomii.

http://www.alicejoana.com

fot. materiały prasowe Malta Festival Poznań

Hamlet

Hamlet u Mai Kleczewskiej jest Ukraińcem, mówi po polsku z wyraźnym wschodnim akcentem, jego matka, z którą łączy go kompleks edypalny, również. W spektaklu biorą też udział aktorzy pochodzący z Indii, Senegalu i aktorka z RPA. Horacjo jest sparaliżowany i porusza się na elektrycznym wózku inwalidzkim. Elsynor mieści się w Starej Rzeźni w Poznaniu. Widzowie mają na uszach słuchawki. Dużo jak na jeden spektakl. Po co? Reżyserka i dramaturg Łukasz Chotkowski tuż przed premierą w wywiadzie w Radio TOKFM* tłumaczyli obecność aktorów ze Wschodu dużą mniejszością ukraińską mieszkającą w Polsce, której nie zaprasza się do uczestnictwa w kulturze. Z tym się zgadzam. Jednak całość nie jest tłumaczona na język ukraiński, a sceny grane po ukraińsku, na polski. Ponadto artyści zaznaczyli, że zależało im, żeby to był spektakl wielokulturowy, wielojęzyczny, wielogłosowy, polifoniczny, ale na takiej zasadzie jakby partnerskiego tworzenia nowego świata — wielogłosowego, bez podziałów. Co do tej części mam spore wątpliwości… Ale od początku. 

Duński Elsynor mieści się w Starej Rzeźni. Zamek zamyka się w trzech przestrzeniach — dziedzińca, komnaty/sypialni królowskiej i jadalni. Całość scenografii autorstwa Zbigniewa Libery jest w stylu mocno orientalnym. Może to za sprawą czerwieni pokrywającej podłogę we wszystkich wspomnianych częściach Rzeźni i dywanów zawieszonych na ścianach. Widzowie mogą się tu przemieszczać swobodnie, jak w galerii sztuki. Reżyserka kolejny raz rezygnuje z zamknięcia spektaklu w czarnym pudełku, klasycznego podziału na scenę i widownię. Przesuwamy się tu za wątkami i podobnie jak w Golemie (trzeci, po Dybuku i Malowanym Ptaku, spektakl z tryptyku, realizowanego przez Maję Kleczewską i Łukasza Chotkowskiego w Teatrze Żydowskim) sami wybieramy historię i decydujemy na jak długo i jak blisko z nią zostaniemy. Ponadto możemy kontrolować przebieg spektaklu także za pomocą słuchawek z trzema kanałami, szybko przemieszczać się pomiędzy wątkami. Dzięki temu każdy z widzów ogląda tak naprawdę trochę inny spektakl i ma nad nim kontrolę. Całość trwa cztery godziny, ale bilety sprzedawane są na dwa wejścia — o 18 i 20 i co do zasady widzowie sami decydują o czasie trwania spektaklu. Jednak ci, którzy przyszli na 18 i chcieliby zostać do końca obejrzą Hamleta tak naprawdę dwa razy. 

61910906_2503582909651699_8530071093015216128_n

Hamlet Kleczewskiej to drugi w Poznaniu, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy (zaraz po Ja jestem Hamlet Agaty Dudy – Gracz), projekt artystyczny na podstawie najczęściej wystawianego dramatu Szekspira. Kleczewska i Chotkowski w przeciwieństwie do Dudy – Gracz nie piszą swojego tekstu. Ich Hamlet jest raczej wierny oryginałowi i rozwinięty o HamletaMaszynę Heinera Müllera, którego fragment: Byłem Hamletem. Stałem na brzegu i rozmawiałem z morzem PLEPLE rozpoczyna spektakl. Słowa te wypowiada postać zbiorowa złożona z postaci Szekspirowskich, aktorów niepolskiego pochodzenia i orkiestry smyczkowej. Po tym preludium aktorzy rozchodzą się, rozpoczyna się właściwa akcja spektaklu. 

W głównej roli obsadzono ukraińskiego aktora Romana Lutskiy. Towarzyszy mu sparaliżowany, poruszający się na elektrycznym wózku inwalidzkim, ucharakteryzowany na zmarłego  niedawno genialnego astrofizyka Stephena Hawkinga, Horacjo. Gra go młody aktor, student krakowskiej AST, Michał Sikorski. 

Hamlet opętany jest chęcią zemsty, złapania wszystkich w pułapkę, sam w nią wpada. Mówiąc to mam na myśli wyreżyserowane przez niego przedstawienie, na które zaprasza swoją matkę (aktorka rosyjskiego pochodzenia — Alona Szostak) i Klaudiusza (fenomenalny jak zawsze Michał Kaleta), brata zmarłego króla i nowego partnera królowej wdowy. Spektakl odbywa się w królewskiej sypialni. Przyjaciele Hamleta (ukraińscy aktorzy: Daria Polunina, Yurii Chebotarov, Oleg Sergeyev) odgrywają scenę ukartowanego przez Gertrudę i Klaudiusza zabójstwa króla, demaskując w ten sposób kłamstwo o ugryzieniu go przez żmiję. Królowej spektakl się nie podoba. Nie wiadomo do końca, czy odgadła zamiary syna i udaje pijaną, nieświadomą, czy faktycznie wino, którego nie przestaje pić przez cały spektakl skutecznie odcięło ją od rzeczywistości, znieczuliło. Wciąż się śmieje, udaje, że nie wie co się dzieje. Klaudiusz z kolei nie pozwala sobie na podobne słabości. Jest zimny, wyrachowany, zachowawczy. Opuszcza sypialnię — przedstawienie podczas sceny zabójstwa króla, co dla Hamleta jest jednoznacznym potwierdzeniem jego przypuszczeń o prawdziwej przyczynie śmierci ojca. Czuje się silny bo znalazł prawdę, obnażył bratobójstwo. Uważa, że to daje mu władzę i przewagę nad wujem. W istocie jednak Hamlet ze swoja wiedzą staje się dla niego niewygodny, zagrażający i przez to głównym celem i kolejną ofiarą. Klaudiusz mógłby go zabić lub zlecić zabójstwo w każdej chwili. Rozemocjonowany młodzieniec, przeżywający śmierć ojca, popadający w szaleństwo wydaje się być dość łatwym celem. Klaudiusz chce jednak kolejne zabójstwo dopracować po ostatni szczegół. W spokoju kalkuluje, rozmyśla, manipuluje. Widzowie, którzy nie decydują się śledzić tego wątku na żywo, mogą go obserwować w formie filmu, wyświetlanego na ścianie w holu głównym — dziedzińcu.

Hamlet umiera godzony floretem (którego koniec pokryty był trucizną) podczas szermierczego pojedynku z Laertesem (Piotr Kaźmierczak). Halmet wygrywa co prawda potyczkę (a więc umiera także Leartes) i jednocześnie ją przegrywa. Wszystko zostało dokładnie zaplanowane i ukartowane przez Klaudiusza. Bardzo łatwo udąło mu się zmanipulować bratanka, jak i Leartesa, który młodego księcia obwiniał o śmierć swojej córki Ofelii. Utopiła się w jeziorze po odrzuceniu przez Hamleta. Ofelii — Kobiecie na stryczku, Kobiecie z przeciętymi żyłami, Kobiecie ze śmiertelną dawką, Kobiecie z głową w piecyku gazowym. Kobiecie przez duże K poświęcona jest druga część dramatu Heinera Müllera i scena w spektaklu Kleczewskiej. Ofelia opętana jest szaleństwem, nie potrafi odnaleźć się w korowodzie kłamstw, bólu, zdrad, które funduje jej Hamlet i elsynorski dwór. Tuż przed samobójstwem mówi: Ciskam w ogień moje suknie. Wyrywam sobie z piersi zegar, który był moim sercem. Wychodzę na ulice odziana w swoją krew. Szaleństwo młodej kobiety jest świetnie zagrane przez bardzo dojrzałą już aktorkę Polskiego – Teresę Kwiatkowską. 

61940363_2503583312984992_3055349222233604096_n

Hamlet Kleczewskiej pełen jest sprzeczności. Z jednej strony bardzo dobre kreacje aktorskie, jak ta Kalety, Kwiatkowskiej, Lutskiy’ego, Szostak, Sikorskiego i z drugiej strony niewykorzystany potencjał reszty zaproszonych do spektaklu aktorów. Wydają się oni wchodzić jedynie w skład multikulturowej grupy statystów. Grupy, która w dodatku, wbrew temu, o czym powiedzieli twórcy, nie tworzy wielokulturowego, wielojęzycznego, wielogłosowego, polifonicznego (…) partnerskiego tworzenia nowego świata, a uwydatnia podziały! Oddziela nas od nich — egzotycznych, orientalnych, nie naszych. Powiela i wciska w stereotypy. Czarnoskóry mężczyzna występuje tu z piórami w nosie, Hindus przebrany jest w strój rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy, a przerwy pomiędzy scenami, wypełnia tendencyjną choreografią Kaya Kołodziejczyk – choreografka i kolejna statystka.

62013496_2503583239651666_2978385916550184960_n

Hamlet jest jedną z najważniejszych premier tego sezonu, z wieloma mocnymi scenami i aktorskimi majstersztykami, piękną scenografią. Hamlet jest wizją rozpadu Europy, chaosu, przemocy, agresji, grobu który sami sobie kopiemy, i do którego wpadniemy zabijając się nawzajem. Dlaczego jednak twórcy zaproszonych aktorów afrykańskiego, azjatyckiego pochodzenia obsadzili w kliszach, powielając ich kreacjami krzywdzące uprzedzenia i wyobrażenia? Tego nie rozumiem… 

 

*https://audycje.tokfm.pl/podcast/76534,Maja-Kleczewska-Hamlet-opowiada-o-kondycji-polskiego-artysty

fot. Magda Hueckel

Czerwiec 2019

7.06 Dotknąć pustki, reż. Ewa Pilawska Andrzej Jakubas
Teatr Nowy w Łodzi

7.06 Kurt Gerron. Führer daje miasto Żydom, reż. Wiktor Rubin
Teatr Śląski w Katowicach

7.06 Hamlet, reż. Maja Kleczewska
Teatr Polski w Poznaniu

7.06 Romeo i Julia, reż. Michał Zadara
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

14.06 Studium o Hamlecie, reż. Przemysław Wasilkowski
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

14.06 Śpiewak jazzbandu, reż. Wojciech Kościelniak
Teatr Żydowski w Warszawie

14.06 Czego nie widać, reż. Paweł Świątek
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

15.06 Dziękuję za różę, reż. Alina Moś – Kreger
Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie

15.06 Dzień Walentego, reż. Łukasz Witt-Michałowski
Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze

15.06 Capri – Wyspa uciekinierów, reż. Krystian Lupa
Teatr Powszechny w Warszawie

15.06 Madama Butterfly, reż. Natalia Korczakowska
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

21.06 My Way, My Dream, My Life – Moje marzenie
Teatr Barakah w Krakowie

22.06 Jezus, reż, Jędrzej Piaskowski
Nowy Teatr w Warszawie

22.06 Girls&Boys, reż. Mirek Kaczmarek
Teatr Nowy Proxima w Krakowie

22.06 Śledztwo, reż. Mirosław Różalski
Polski Teatr Tańca w Poznaniu

27.06 Hańba, reż. Maciej Podstawny
Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

28.06 Wszystko jest dobrze, jesteśmy szczęśliwi, reż. Natalia Sołtysik
Teatr Współczesny w Szczecinie

28.06 Jak wam się podoba, reż. Krystyna Janda
Teatr Wybrzeże w Gdańsku

29.06 Koncert marzeń, aranżacje muzyczne: Igor Nowicki
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

 

fot. mat. Teatr Polski w Poznaniu

Dziewczyny opisują świat

Zobaczyć, że jestem silna, że mam w sobie jakiś nieokiełznany, ponadziemski power, który rozpierdala wszystko z taką siłą, że ludzkie części ciała ludzkiego latają w przestworzach. Krew leje się bo idę ja i nikt mnie nie zatrzyma, bo bije ze mnie taka moc, jak wszystkie części Władcy Pierścieni i Matrixa razem wzięte. Więc nie zatrzyma mnie nic. Tak jebnę, z taką mocą, że przelecę na drugą stronę muru. Będę biec w zwolnionym tempie przez Jeżyce, Łazarz i Grunwald. I przelecę nad światem z takim hukiem, że gwiazdy się odwrócą. Tak zrobię.*

Jest moc w tych dziewczynach i w tym jak opisują świat. Jest też wrażliwość i intymność. I dużo silnych emocji — gorączkowego, egocentrycznego ADHD.

Spektakl Aleksandry Jakubczak to żywe archiwum dziewczyńskości i dziewczęcej, nieokiełznanej siły. To bardzo sentymentalna, rozbrajająca opowieść o dorastaniu, a dokładniej, o dorastających kobietach, o kształtowaniu się tożsamości i mających na nie wpływ czynników (jak dom, czy rówieśnicy). Ujmująca jest tu szczerość historii o eksperymentowaniu, poszukiwaniu przez dziewczyny określenia oraz poufność opowieści o tropieniu punktu odniesienia, przy jednoczesnym zachowaniu statusu wyjątkowości. Pogmatwane to wszystko, ale kto z nas przez to nie przechodził? Fakt podobnych doświadczeń, odwołanie do sentymentu, rozrzewnienie na myśl o dorastaniu, przeżywaniu kolejnych uczuciowych końców świata i… nieskażona dziewczyńska moc, pozwalają osiągnąć (tak trudne czasami) poczucie wspólnoty. I wiecie co jest najwspanialsze? Że bez patosu i melancholii!

JN5D2387-791x583

Dziewczyny opisują świat, to spektakl, który powstał na podstawie przesłanych na facebookowe wezwanie twórczyń, pamiętników, notesów dziewczyn oraz dziennika reżyserki. Jana Łączyńska stworzyła przestrzeń, w której nie ma podziału na scenę i widownię, przedstawienie odbywa się pośród publiczności siedzącej na miękkich gąbkach, rozsianych po całej sali. Sprzyja to wspomnianemu już poczuciu wspólnotowości, stwarza ciepłą atmosferę, idealną do wyjawiania sekretów. Aktorki (Paula Głowacka, Cristina Ferreira, Lena Schimscheiner) za pomocą tańca, rozmów, piosenek i krzyków przywołują z pamiętników nastoletnie wspomnienia. Opowiadają z perspektywy dorastających, kształtujących swoją personalność, kobiet. Wspomnienia, które wywołują uśmiech i te, na myśl o których spuszczamy głowę w zamyśleniu. Jest tu miejsce i na historię miłości, przygotowania do pierwszego razu z Marcinem, a także rozdzierające serce na milion kawałków, rozstanie z Piotrkiem. Tę tragedię ilustruje rozpaczliwy, wzbogacony o teatralne gesty, śpiew Total Eclipse of the Heart (polecam włączyć w tle, kiedy będziecie czytać:) ) i wyświetlane na ekranie zdjęcia idolów z lat 90 XX wieku — Eminema, Beyonce, Pink, czy Kurta Cobaina. Są tu też cytaty z rodziców całej Polski, krzyczących, że dom to nie hotel. Są pretensje do siebie i świata i kilka haseł o polityce zasłyszanych pewnie przy okazji któregoś z niedzielnych rosołów. Dziewczyny marzą o tym jak będzie wyglądać ich przyszłość oraz o tym co kupią w Piotrze i Pawle, jak już będą dorosłe i bogate. Wpływ na osiąganie emocjonalnej dojrzałości mają także te gorzkie wydarzenia, które dziewczyny przywołują w jednej z ostatnich scen — urodziny, podczas których ojciec odszedł z domu i kolejnych, o których zapomniał, depresja matki i próba poradzenia sobie z lawiną tych faktów przez rozedrganego, nastoletniego człowieka.

Prócz historii z pamiętników, Jakubczak ubiera dziewczyński świat w zdjęcia zapisanych kartek z przesłanych dzienników, które wyświetlane są na ekranie, szepty do ucha i wspólne czytanie. Piękne to, proste i bliskie.

Dziewczyny opisują świat to wzruszający spektakl o tworzeniu się kobiecego podmiotu i różnych modelach kobiecości funkcjonujących i przekazywanych przez pokolenia polskich kobiet.** To także bardzo ważna teatralna realizacja z punktu widzenia aktywności kobiet. Bo pamiętać należy, że:

Dziewczyny są sprawcze!

Dziewczyny mają moc!

Dziewczyny mogą!

Fajny ten spektakl, no!

*Z trailera do spektaklu

** Opis do spektaklu

fot. ma. Scena Robocza w Poznaniu

Ja jestem Hamlet

Muszę zacząć od tego, że tekst ten powstawał w wielkim trudzie i minęła chwila, zanim ustaliłam dlaczego. Otóż zdałam sobie sprawę, że po spektaklu Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk, który Agata Duda – Gracz zrealizowała w Poznaniu w 2017 roku, najzwyczajniej wpadłam w pułapkę wysokich oczekiwań. I bądźmy szczerzy, oczekiwań okrutnie trudnych (niemożliwych?) do spełnienia. Kamyk to przedstawienie fantastyczne ze wszech miar — tak w warstwie artystycznej, estetycznej, przekazie, jak i absolutnie dojmujące, pozostające pod skórą na długo. Realizacja kolejnego spektaklu, w tym samym teatrze, dla tej samej publiczności, mierzenie się z pozostawionym tu artystycznym majstersztykiem, to arcytrudne i pewnie na wskroś stresujące zadanie. Dlatego też postaram się odciąć wrażenie po Kamyku i skupić na Hamlecie. Bez porównywania, bo w owym, Ja jestem Hamlet, który przecież nie jest złym spektaklem, wypadłby raczej blado.

 Ja jestem Hamlet, to nie pierwszy dramat Szekspira, którym postanowiła zająć się Agata Duda – Gracz. Po adaptacjach Romea i Julii oraz Otella i spektaklach inspirowanych Burzą (Po burzy Szekspira), czy Troilusem i Kressydą (Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie Trojańskiej), przyszedł czas na Hamleta, czyli najczęściej wystawiane na świecie dzieło Szekspira. Ciekawe jest to, że spektakl wyrósł z awersji do duńskiego księcia — w jednym z wywiadów Agata Duda – Gracz, która jest reżyserką, autorką tekstu, scenografii i kostiumów do spektaklu, przyznała że Hamlet to postać, której szczerze nie znosi.* Po spektaklu znienawidzą go także ci, którzy pozostawali dotąd bezstronni. Ale do tego  wrócę zaraz. Po kolei.

ja_jestem_hamlet_13

Przestrzeń w spektaklu to teatr/świat w rozsypce, permanentnej awarii, świat w remoncie, pod folią malarską i gruzem, ciemność. Nie tylko scena i widownia, ale dosłownie cały teatr/pejzaż (foyer, bar, klatki schodowe, wejście do toalety) aż po sufit/horyzont, przykryte są czarną folią. Organizacja, którą starają się wdrożyć aktorzy zanim jeszcze publiczność weszła na widownię, przynosi skutek odwrotny. We foyer panuje dekoncentrujący chaos. Ktoś krzyczy, że mają podejść do niego osoby z rzędów siedem, osiem i dziewięć, ktoś inny krzyczy, że z trzeciego, kolejny przywołuje publiczność z balkonu. Przebiega ktoś przebrany za polskie godło. Gwar tu i dezorientacja. Ktoś tu próbuje zarządzać, ale nie wiadomo po co i dlaczego. Przecież byśmy sobie poradzili… Już za chwilę okaże się, że to tylko preludium.

Publiczność podzielona rzędami na dramaturgów, aktorów i krytyków bierze udział w próbach do Hamleta w reżyserii młodej gwiazdy, Ediego. Ja jestem Hamlet wydarza się zatem w dwóch rzeczywistościach równolegle. Jedna, to przygotowania do spektaklu, ćwiczenie ról i scen, swoisty przekrój przez zakulisowość teatru. Teatru nieszczerego, megalomańskiego, pysznego, którego ma się dość, który swoją powierzchownością i arogancją przyprawia o mdłości. I druga przestrzeń — ta poza próbami, w której wydarza się wszystko to, co międzyludzkie — pełen wachlarz emocji i bezrefleksyjność…

ja_jestem_hamlet_12

Tu zaczyna malować się właściwy pejzaż zdarzeń, kalejdoskop charakterów obnażający to, co w ludziach złe, co zatruwa codzienność i współżycie… i sztukę. To traktat o samym teatrze, ale także wnikliwe studium przypadku ludzkiego. Genogram pogardy, diagnoza agresji i egoizmu. Projekcja tego, co w nas najgorsze i co wyplute na zewnątrz, turbuje wszystko czego dosięgnie.

Upokorzenie

Taki jest Edi/Hamlet (wspaniały w tej roli Michał Kocurek) — rozhisteryzowany, w ciągłym procesie twórczym, który nie wiadomo co oznacza i co z niego ma wynikać, doktryner. Nieszczery i szalony. Agresywny i pozbawiony szacunku do czego- i kogokolwiek. Przekonany o swojej wyjątkowości. Poniża aktorów, doprowadza ich do płaczu. Słowem, zarządza ich emocjami. O stosunku do Ediego nie decydujemy jednak od razu. Twórcy spektaklu igrają z nami. Na początku bowiem współczujemy Ediemu — młodemu, zdolnemu, trochę zagubionemu chłopakowi, który na swoje nieszczęście skażony jest niezdrową relacją z ojcem. I swoją drogą, koniec końców zastanawiamy się kogo nie znosimy bardziej — Ediego, czy jego ojca, Arkadiusza (Ildefons Stachowiak) — zadufanej w sobie teatralnej gwiazdy, która to siłę do życia czerpie z upokarzania tak syna, jak i reszty świata.

Rozbuchane ego

Keif (Mariusz Zaniewski) nadęty, megalomański aktor; Marzena (Anna Langner) — prożna, zakłamana scenografka; Szrama (Jan Romanowski) — ,,przerastający talentem Szekspira”, dramaturg; Leokadia (Antonina Choroszy) — wyniosła matrona teatru, z najlepszymi pomysłami na chwytliwą sztukę: Gertrudę zagra mężczyzna, a może jakiś amator z upośledzeniem umysłowym. Słowem, rozhisteryzowana banda aroganckich artystów.

Powierzchowność

Krytycy, których twórcy diagnozują za pomocą nadużywanych w recenzjach ,,słów z waty”: transparentność, totalny, bezkompromisowy, dekonstrukcja; Żorżeta (Małgorzata Łodej – Stachowiak) — głos tych, którzy wiedzą wszystko o wszystkich, gdzie w parze z ocenami nie idzie analiza, ani empatia; efekciarskie sceny z prób do Hamleta Ediego, których zadaniem jest zrobić wrażenie; aktorzy o szerokiej skali emocji.

ja_jestem_hamlet_11

Egoizm

Aktorki z zespołu (Czuja — Julia Rybakowska, Bubu — Marta Herman, Amba — Alicja Juszkiewicz), które chętnie wezmą rolę Ofelii odziedziczoną po swojej koleżance (Dżesika — Anna Mierzwa), która poniżona publicznie przez Ediego wylądowała w szpitalu. Edi, Arkadiusz, Marzena, itd… egoizm cechuje ich wszystkich.

Tyle dobrego, a nie wspomniałam jeszcze o szukaniu ukojenia w alkoholu (Żaba — Bożena Borowska – Kropielnicka), czy znerwicowaniu (tu absolutnie fenomenalna w roli inspicjentki Iwony — Dorota Abbe)

Ja jestem Hamlet, to wspaniały zespół Teatru Nowego w Poznaniu, piękna muzyka autorstwa Łukasza Wójcika. To również aktualność Szekspira (pozbawionego jedynie rymów i specyfiki epoki). A co mniej przyjemne — bodzieć wywołujący ważne choć trudne pytania: czy wszyscy musimy być wyjątkowi? Czy za przeciętność należeć powinno się wykluczenie? Dlaczego jest tak, że ludzie czują się predysponowani do zarządzania emocjami, życiem innych? … Dlaczego ktoś sądzi, że ma prawo do słów: Strzeżcie się, zwykli ludzie, szarzy ludzie, bez tego czegoś w środku, zwyczajni ludzie, normalni, przeciętni zjadacze chleba, ludzie – ciułacze codzienni, strzeżcie się, ludzie – tak zwani wszyscy obywatele, ludzie – rodacy, sąsiedzi, bracia, jak każdy ogół w większości!
Ja jestem Hamlet, co wam dupska skopie czarownie, aż wam bebechy wyjdą przez wszystkie otwory wasze!
Ja jestem Hamlet, co się wam dobierze do wszystkiego, co wasze, a wszystko, co wasze, jest do dobrania się przeze mnie, bo ja wiem i znam was aż za dobrze! Miernoty nijakie i ni takie, ni siakie!
Ja jestem artystą, który się ponad waszym “niczym” unosi i pęcznieje sobą, czyli istotnością ponad wszelką wątpliwość! Ponad nijakością waszą i celem, który wam się wydaje ważny, ale jest bez znaczenia dla mnie, czyli – jest bez znaczenia w ogóle!
(…)
Nastał czas Hamletów! Pie***lcie się więc, umięśnieni koledzy ze szkoły, i wy, dziewczyny w złośliwie cielistych podkolanówkach, znajomi rodziców, mentorzy i wy, portrety noblistów gapiące się na mnie ze ścian sal wykładowych! Teraz ja!
Ja jestem Hamlet i wyreżyseruję wam taki świat, na jaki zasłużyliście!**

Zostawiam z tym Was i siebie, bo to refleksja, która przyda się nam wszystkim.

* Najważniejsi są aktorzy rozmowa Magdaleny Rewerenda z Agatą Dudą-Gracz [w:] Kultura u podstaw

** A. Duda – Gracz List do postaci Ediego [w:] Program do spektaklu

fot. Jakub Wittchen

Rewolucja, której nie było

Iwona Hartwich — jedna ze strajkujących przez 40 dni w polskim Sejmie matek dorosłych osób z niepełnosprawnościami — została SUPERBOHATERKĄ ,,Wysokich Obcasów” 2018. Jednogłośnie, decyzją kapituły plebiscytu i Czytelników. Nominowana za to, że otworzyła oczy Polaków na los dorosłych osób z niepełnosprawnościami. Zapytana w wywiadzie przez Monikę Redzisz* co podczas strajku było najgorsze, odpowiedziała: Te pełne pogardy słowa… Jak sobie przypomnę, co mówiła pani Krynicka – że znajdzie paragraf na rodziców. Poseł Żalek mówił, że z dzieci robimy żywe tarcze i że nie wolno nam dać pieniędzy do ręki. Dla pana Karczewskiego byliśmy epidemią. Pani Szydło wolała sobie pływać po Dunajcu, a kiedy wreszcie się zjawiła w Sejmie, nie raczyła nawet do nas podejść. (…) Prezydent, który najpierw dał nam nadzieję, a potem o nas zapomniał. Premier Morawiecki z kolei okłamywał społeczeństwo, twierdząc, że osoba niepełnosprawna dostaje 3 tys. zł miesięcznie. A pamiętacie komentarz hejtera, w którym wypomniał jednemu ze strajkujących niepełnosprawnych, markowe buty? A niewybredne wypowiedzi na temat matek, które zamiast opiekować się swoimi niepełnosprawnymi dziećmi, ciągają je pociągami po Polsce? Albo że siedzą te matki niewdzięczne w domach, nie muszą pracować, bo za darmo! dostają pieniądze, z naszych, ciężko pracujących Polaków, podatków? Dostają i jeszcze narzekają skubane!

Czy naprawdę w takiej Polsce, gdzie osoba niepełnosprawna w ramach pomocy może liczyć na litość, gdzie jest wykluczana z życia społecznego i szczelnie owijana tabu, żyję? Chcę wierzyć, że nie! Że ta głośna grupa hejtu, to tylko jej część. Cieszy mnie wygrana pani Iwony w plebiscycie na SUPERBOHATERKĘ i cała jestem poparciem dla strajkujących! Bo ten protest nie skończył się w ubiegłym roku w Sejmie. On nadal trwa.

Teatr-21-Rewolucja-ktorej-nie-bylo-fot-Grzegorz-Press-8

Wyrazem tego jest spektakl Teatru 21 Rewolucja, której nie było, w reżyserii Justyny Sobczyk, który zobaczyłam w poznańskim Centrum Kultury Zamek, w ramach cyklu Teatr Powszechny.

Wrażliwość, pracę, spojrzenie, szczerość i spontaniczność Teatr 21 uwielbiam ponad wszystko i kocham całym sercem! Ale gdy osoby niepełnosprawne, osoby z zespołem Downa komentują strajk, w którym wagą jest ich godność i godność ich rodzin, to ma to moc wszechpotężną, torpedującą! W tych okolicznościach niewiele trzeba by było zrobić, żeby wbić widownię w krzesło, a tymczasem zrobiono tyle, że spadł na nas grad emocji, mądrości i siły!

Spektakl podzielony jest wyraźnie na dwie części. Pierwsza to przypomnienie, komentarz wydarzeń ze strajku, druga to to, co odbyło się po nim i odbywa nadal.

W części pierwszej, wypełnionej po brzegi transparentami z protestu, aktorzy i aktorki Teatru 21 (Teresa Foks, Daniel Krajewski, Maja Kowalczyk, Barbara Lityńska, Aleksander Orliński, Aleksandra Skotarek, Magdalena Świątkowska, Piotr Sakowski) oraz Maciej Pesta, który gra strażnika sejmowego, Beata Bandurska i Martyna Peszko, grające tu matki, za pomocą prostych środków, jak krótkie scenki dramowe, odnoszą się (nie rekonstruują) do postawy wobec niepełnosprawnych, prezentowanej przede wszystkim przez polityków, ale także wszystkich tych, którym niewidzialność osób niepełnosprawnych, brak ich aktywności w życiu społecznym, zepchnięcie do strefy dla ich dobra, odpowiada.

W części drugiej spektaklu aktorzy i aktorki mówią głośno o potrzebie ich traktowania nie przez pryzmat ich niepełnosprawności, odrzucają litość. Chcą, żeby społeczeństwo (nie tylko ich bliscy) zobaczyli w nich ludzi, którzy marzą, mają plany, potrzeby, ambicje, którzy chcą brać śluby, tańczyć na nich i spędzać noce poślubne w Dźwirzynie, chcą być gwiazdami rocka i się całować.

Martyna Peszko w jednej ze scen opowiada, że czasami czuje się nienormalna, odbiegająca od jakiejś odgórnie przyjętej normy — nie ma dzieci, choć jej rówieśnicy w większości je mają, ma problem z zarządzaniem swoimi finansami, gubi rzeczy, jest roztargniona (mimo że przeczytała informację o odłączeniu wody w mieszkaniu, zrobiła sobie maseczkę, której potem z wiadomych powodów nie mogła zmyć). Koledzy w szkole mówili do niej: Martyna, ty Downie i ona sama czasami myśli o sobie, Martyna, ty Downie. Ta krótka scena uzmysławia jak płynne jest pojęcie normy społecznej i jak bywa ono niesprawiedliwe. Bo niby dlaczego osoby niepełnosprawne są niejako z urzędu poza każdą z tych norm?

Rewolucja, której nie było to rzecz jasna spektakl odnoszący się bezpośrednio do protestu dorosłych osób niepełnosprawnych i ich rodzin w polskim Sejmie, w 2018 roku. Ale także, a może przede wszystkim, dyskurs na temat niewidzialności osób niepełnosprawnych, egzemplifikacja ich wykluczenia, wyrzucenia przez społeczeństwo na margines, odebrania im prawa sprawczości, decydowania o swoim rozwoju, artykułowania potrzeb.

Chcę wierzyć, że po proteście w Sejmie, po Rewolucji, której nie było, osoby niepełnosprawne stają się… widoczne.

Iwona Hartwich:

Oczywiście, że mam [jeszcze siłę do dalszej walki]! (…) protesty są bardzo potrzebne, bo kiedy nas tam nie ma, to bardzo szybko o nas zapominają. O najsłabszych nie pamięta się długo. Dlatego muszę wracać i przypominać.*

Pamiętajmy, nie tylko gdy nam o tym przypominają…

 

fot. Grzegorz Press

* Mamy supermoce [w:] Wysokie Obcasy, nr 15 (1029), 13 kwietnia 2019

Czarne papugi

Czarne papugi w reżyserii Michała Borczucha to przedziwny, poetycki, polifoniczny świat utkany z opowieści, chaosu, rozmów i niekoherentnych obrazów. Świat, którego celem nie jest postawienie puenty, a przyglądanie się. Zainteresowanie, które towarzyszy tej obserwacji wynika chyba przede wszystkim z tego, że jest to świat trwający poza naszym doświadczeniem.

Osią spektaklu jest film oraz wędrujący w ciemności, pomiędzy widownią, snujący wielowątkowe, chaotyczne opowieści, aktorzy (Dominika Biernat, Pola Błasik, Lidia Bogaczówna, Iwona Budner, Monika Niemczyk, Natalia Strzelecka, Karol Kubasiewicz, Krzysztof Piątkowski, Rafał Szumera) oraz fantastyczne eksperymenty ze światłem i obrazem (reżyser świateł — Jacqueline Sobiszewski, multimedia — Michał Dobrucki). Tematem natomiast jest tu schizofernia. Jednak nie w kontekście medycznym, a jej aspekt społeczny, sensualny. Nie choroba sama w sobie, a tabu, którym jest otoczona. Nie przywłaszczenie i markowanie schizofrenii jest tu tematem, a raczej obserwacja.

Spektakl opiera się na surrealiatycznym tekście chilijskiego dramatopisarza Alejandro Moreno Jashésa, rozmowach z byłymi pacjentami szpitala psychiatrycznego w Kobierzynie oraz pobytem aktorów pracujących przy spektaklu w szpitalu psychiatrycznym w Krakowie. Swoisty patchwork doświadczeń i punktów widzenia.

CZARNE_PAPUGI_Teatr_Slowackiego_fot_Michal_Ramus_21_original

Poetycki tekst Jashésa skupia się na ciemności wypełniającej wnętrza naszych ciał. Opowiada o tym, co dzieje się z naszymi organami po ataku serca, lub w stanie ekstazy. Robi to jednak nie za pośrednictwem świadomości, a oczu, których źrenice odwracają się do wewnątrz czaszki i wędrując w głąb ciała widzą… ciemność. Bo jak powtarzają wciąż aktorzy: ciało jest ciemne w środku. W naszych oraganach nie ma światła. Tekst ten to oryginalnie monolog, który u Borczucha osiąga wielogłos.

W spektaklu wzięła udział grupa badawcza krakowskich artystów, byłych pacjentów szpitala psychiatrycznego: Monika Bąkowska – artystka wizualna, Laura Makabresku – fotografka, Maja Sądel – performerka, Piotr Mierzwa – poeta. Ich historie nie są główną osią, czy treścią fabularną. Przetworzone rozmowy, ich wspomnienia pozwalają jednak zbudować swego rodzaju laboratorium dezintegracji i tak charakterystyczny dla spektakli Borczucha mikrokosmos, prywatność. To chociażby wspopmnienie ogniska, na którym nie mogła być razem z przyjaciółmi jedna z artystek, bo przebywała wtedy na oddziale w szpitalu psychiatrycznym; bezładne retrospekcja z egzotycznej podróży kobiety — wspaniała Monika Niemczyk, czy przywołany przez tę samą aktorkę słodko – gorzki obraz jednej z pacjentek szpitala, którą zapamiętano za sprawą jej ekstrawaganckiego podejścia do mody i kradzieży ubrań osobom przebywającym na tym samym oddziale. 

Z kolei zarejestrowany w formie filmu pobyt aktorów w krakowskim szpitalu psychiatrycznym, rozmowa z pielęgniarką przyjmowanej na oddział Alicji (Dominika Biernat) i przekonywanie, że to co się tutaj dzieje jest udawane, że leki które ma dostać Alicja muszą być na niby bo kręci się tu film, że to wszystko jest na niby — ona, choroba, cała ta sytuacja są wariackie, ,,schizofreniczne”, poetyckie zarazem. Podobnie jak fragmenty filmu nagrane w opuszczonym kompleksie szpitalnym z początku XX wieku.

CZARNE_PAPUGI_Teatr_Slowackiego_fot_Michal_Ramus_10_original

Czarne papugi nie jest teatrem, do którego przywykła większa część widowni. Po pierwsze za sprawą nieoczywistej przestrzeni, bez podziału na scenę i obserwującą z wygodnych foteli, publiczność. Widzowie siedzą tu na dywanie, na kilku ławkach i krzesłach rozsianych po całej przestrzeni. Co więcej, mogą dowolnie przemieszczać się podczas trwania spektaklu, szukając własnej perspektywy (niewielu się jednak na to decyduje). Akcja spektaklu dzieje się też w kilku miejscach, jest polifoniczna — bo i na kilku ekranach wyświetlany jest film, aktorzy poruszają się między widownią, albo znajdują się wewnątrz półprzezroczystych kubików, które jednocześnie są też ekranami. Nie jest łatwy w odbiorze także za sprawą poetyckości, surrealistycznego tekstu, zaplanowanego chaosu, połączenia dokumentu, filmu z tetarem i szumem, wielością dźwięków i docierających z różnych stron bodźców. To próba wywołania doświadczenia odmiennej sensualności schizofreników, o której mowa na początku tekstu.

Borczuch inkorporuje tekst Jashésa i tworzy za jego pośrednictwem traktat o ciemności. Podczas spotkania prasowego, reżyser powiedział, że: temat w tekście Alejandro i temat wyłaniający się z materiałów warsztatowych, filmowych ze szpitala komplementują się i budują [ten] traktat. (…) Dotyczy on mroku, wyrasta z obserwacji, rozwija fakt fizyczny mroku panującego wewnątrz ludzkich ciał. Dodam, że to traktat poetycki (powtórzę, mimo że użyłam tego słowa już wielokrotnie) i wzruszający. I przygnębiający. To niełatwy w odbiorze, choć piękny za sprawą filmu, światła, intymności teatr.

fot. Michał Ramus © Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Śluby panieńskie

Zmieniająca się rola współczesnego mężczyzny, czy upadek męskości to od kilkunastu lat przedmiot zainteresowania wielu psychologów i badaczy, co potwierdzają oczywiście liczne publikacje na ten temat. Podam zaledwie dwa przykłady, jeden światowy i drugi z naszego poznańskiego podwórka, żeby tę tezę potwierdzić. W 2015 roku, nazywany głosem i twarzą współczesnej psychologii — Philip G. Zimbardo i  Coulombe Nikita S. napisali książkę Gdzie ci mężczyźni? W wywiadzie z Martyną Harland dla Gazety Wyborczej, profesor Zimbardo mówi, że dziś kobiety już wiedzą, że mogą osiągnąć wszystko, cokolwiek zapragną. To spuścizna emancypacji i efekt ich ciężkiej pracy. Tymczasem mężczyźni mają nadal nastawienie hedonistyczne. Chcą się przede wszystkim dobrze bawić, tu i teraz. To podejście nie zmienia się u nich od lat.

A jedenaście lat temu profesor Uniwersytetu im. Adam Mickiewicza, Zbyszko Melosik wydał książkę Kryzys męskości w kulturze współczesnej, w której pisze, że owy kryzys przybiera formę społeczno-kulturowej epidemii.

53537525_2359657934044198_32524387173269504_n

W dobie silnej emancypacji kobiet, feminizmu, konieczności (lub nie) przyjmowania niestereotypowych ról rodzinnych, nowych wyzwań dla płci, nie dziwi fakt niesłabnącego zainteresowania również teatru tym tematem.

I tak, Andrzej Błażewicz wystawia w Teatrze Polskim w Poznaniu Śluby Panieńskie Aleksandra Fredry. W opisie do spektaklu czytamy między innymi, że to spektakl, w którym twórcy portretują problemy współczesnego mężczyzny (…), tropią stereotypy i przemocowe wzorce zachowań wobec obu płci (…) stawiają pytania o tożsamość męskości w całej swojej rozciągłości obejmując obszary zarówno hetero-, jak i nieheteronormatywne.

Po przeczytaniu opisu, pełnego zapewnień i cytatów z wypowiedzi autorytetów w dziedzinie psychologii, jak Freud, czy wspomniany przeze mnie P. G. Zimbardo, zastanawiam, czy byłam na dobrym spektaklu, czy nie pomyliłam przypadkiem scen. Bo owszem, widziałam i słyszałam Anielę i Klarę — rzeczniki tytułowych ślubów wiecznego panieństwa. Widziałam i słyszałam płacz Albina, którego w książkowej wersji Klara nazywa przekornie fontanną. Zauważyłam też młodego fircyka i hulakę, Gustawa oraz dobrego wujka Radosta. A więc Śluby… były. Ale czy spektakl ten faktycznie mówił cokolwiek o upadku męskości, czy uruchomił inną niż patriarchalna narrację?! Opis do spektaklu i zapewnienia twórców wydają się być w tym przypadku sporym nadużyciem, a doszukiwanie się w spektaklu wspomnianych treści było by nadinterpretacją.

53383989_2359658057377519_6868193816348721152_n

Najmocniejszą stroną spektaklu jest scenografia Aleksandry Grabowskiej, która w połączeniu ze światłem (również Grabowska) zdaje się tworzyć obrazy wręcz oniryczne. A jest  to ściółka leśna przykryta kratą podobną do doświetlaczy piwnicznych i zsyp do gruzu w rogu sceny, z którego raz po raz wyłania się jabłko, które mitologizuje, dopowiada o magnetyzmie serc i dwóch przeznaczonych sobie połówkach błąkających się po świecie. Las, zieleń, słońce ukryte jest pod kratą. Widzimy je, ale nie możemy dotknąć.

Kolejny plus Ślubów… to na pewno aktorstwo. A grają tu sami mężczyźni (to pewnie to przełamywanie stereotypów…): Mariusz Adamski w roli hardej i zbuntowanej Klary, Konrad Cichoń jako delikatna i wrażliwa Aniela, Piotr B. Dąbrowski — przepoczwarzający się z birbanta w czułego partnera i kochanka (scena miłosna Anieli i Gustawa leżących na trawie, wspaniale doświetlona, jest jedną z najbardziej udanych i wizualnie urzekających). Dalej, Paweł Siwiak w roli Albina, w wersji Błażewicza wzbudzający raczej współczucie i rozczulenie niż zdenerwowanie, jakie to wywoływał fredrowski Albin. Choć przyznam, że śpiewanie przez kilka minut w płaczu, ,,smutnej” piosenki, to już trochę za dużo. Ale tak, chłopaki też płaczą i są wrażliwi, oczywiście! Sam jednak pomysł zbudowania z tego argumentu dla całej sceny, wydaje się być karykaturalny. I last but not least, Wiesław Zanowicz w roli opiekuńczego wuja, któremu sen z powiek spędza chęć doprowadzenia Gustawa przed ołtarz.

Scenografia, światło, aktorstwo to zdecydowanie najmocniejsze punkty Ślubów panieńskich, z których to niestety, ale nie wybrzmiewają treści, o których zapewniają nas w opisie, twórcy.

fot. materiały Teatr Polski w Poznaniu

Dead girls wanted

Bo dobra dziewczyna to martwa dziewczyna…

Sześć kobiet. Sześć historii. Sześć upadków. Kulturowa fascynacja martwym, kobiecym ciałem i medialna fiksacja na temat celebryckiego staczania się. Im bardziej poniżający obrazek, tym lepiej, tym więcej seksistowskich gifów, komentarzy i krzykliwych, prasowych nagłówków. Dead Girls Wanted, to sześć monologów skrzywdzonych, upadłych kobiet, bądź kobiet już martwych, których śmierć poprzedzona była upadkiem. Kobiet ikonicznych dla popkultury, gwiazd, celebrytek, których ucieczką przed swoją rolą, przed sławą i związanymi z nią oczekiwaniami jest autodestrukcja.

Inspiracją dla Jolanty Janiczak i Grzegorza Stępniaka, do powstania tekstu, była książka Alice Bolin Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession. Książka dostępna jest na razie  tylko w języku angielskim i dotyczy, jak wskazuje tytuł — obsesji amerykańskiej popkultury na punkcie martwych dziewczyn.

Z perspektywy rozwoju fabuły, te martwe dziewczyny są w filmach, czy serialach raczej mało ważne. Ich znalezione ciała są szansą do rozwiązania przez mężczyzn policyjnej zagadki, wykazania się w roli detektywa, śledczego, prokuratora. Jedną z przedstawicielek martwych, telewizyjnych kobiet, znanych na szeroką skalę jest Laura Palmer z miasteczka Twin Peaks. I to właśnie fragmentem z tego serialu i obrazem nieżywej Palmer, której ciało ,,zagrała” Jola Janiczak, rozpoczyna się spektakl — kolaż pełen przeróbek, tekstów piosenek, swoistych spowiedzi gwiazd, które nie oczekują rozgrzeszenia.

deadgirlswantedfotstolarska-82-1171

Jako pierwsza swój monolog rozpoczyna Nastazja Filipowna (nieudana, pretensjonalna rola Beaty Deutschman) z Idioty Fiodora Dostojewskiego. I dalej, zgodnie z myślą Michela Foucaulta, że najwięcej o danej kulturze mówi to, co zostało przez nią wyrzucone na margines, otwierają się przed nami kolejne kobiety, jedna po drugiej — gwiazdy medialnych performanców, bohaterki alkoholowych i narkotykowych ekscesów, osaczane przez paparazzi, fotografowane i kręcone w stanie odurzenia, nagie, zarzygane, półprzytomne, pogrążone w depresji, będące pożywką dla mediów. Martwe lub uśmiercone (jak Britney Spears, czy Lindsay Lohan) za życia. Mówią o swoich lękach, uzależnieniach, o wyrachowanych, pazernych krewnych. Mówią o bezsilności i lęku, a jednocześnie emanują jakąś dziwną siłą i pewnością siebie, którą jakby odzyskały po śmierci lub poprzez autodestrukcyjne akty. Aktorsko jest już tylko coraz lepiej.

Świetny w roli  Whitney Houston, Łukasz Stawarczyk — ubrany w białe futro, co kilka zdań kryje głowę pod wodą, w cynkowej wannie (bezpośrednie odniesienie do miejsca, w którym znaleziono ciało Houston po przedawkowaniu). Wzruszająca Magdalena Celmer w czarnym koku, jako Amy Winehouse, która błaga o wsparcie, uwagę, miłość Blake’a (były partner Amy, którego rola w jej karierze i uzależnieniu była niebagatelna). Hipnotyczna Karolina Staniec, Annę Nicole Smith (znaną między innymi z sesji dla Playboya i śmierci w wieku niespełna 40 lat w wyniku zażycia dwunastu rodzajów różnych leków), zagrała w supermarkecie. Film z odurzoną Smith w wykonaniu Staniec, spacerującą w coraz większym zagubieniu, smutku i upojeniu, obserwujemy na ogromnym ekranie z tyłu sceny. Na koniec dwie jeszcze żywe kobiety, czyli Britney Spears i Lindsay Lohan. Jeszcze bo wciąż balansują na krawędzi życia i śmierci. Britney, ulubienicę moich rówieśniczek z lat 90. zagrała Małgorzata Saniak; przez całą swoją scenę biegnie bez tchu (lub może bardziej jedzie bo jest, jak cała reszta aktorów, na wrotkach) przed siebie, zostawiając w tyle wszystko i wszystkich, którzy czegoś od niej wymagają, oczekują. I na koniec wspaniała Agnieszka Kwietniewska w roli Lindsay Lohan — amerykańskiej aktorki filmowej i serialowej, aktorki Disneya, która pomimo młodego wieku była już na kilku odwykach, o której media przypominają sobie przy okazji kolejnych skandali. I która pomimo wspinania się przez całą scenę po szczeblach wysokiej drabiny, gotowa za sukces zapłacić wiele, kariery pewnie w najbliższym czasie nie zrobi.

Dead Girls Wanted to kompletna i radykalna dekonstrukcja amerykańskiego snu.

deadgirlswantedfotstolarska-85-1168

O znieczulicy społecznej, o przyzwoleniu na cynizm i seksizm i o kulturowej obsesji na temat martwych dziewczyn (jak czytamy w opisie spektaklu) jest najnowsza premiera Teatru Zagłębia w Sosnowcu. Naiwnym jest jednak sądzić, że Dead Girls Wanted to spektakl tylko o cierpieniu i psychicznym załamaniu przywołanych w nim kobiet, czy o zainteresowaniu mediów ich martwym ciałem. To także rzecz przypominająca o poczuciu winy i o odpowiedzialności społecznej, a także o ,,pokazywaniu widzenia” — bo przecież wszyscy (nawet ci, którzy nie do końca szukali) widzieli nagranie zataczającej się podczas koncertu w Belgradu, Amy Winhouse, widzieli zdjęcia naćpanej Whitney Houston, widzieli zdjęcia, czy nagrania rozdygotanej, łysej Britney Spears, biagającej po parkingu i demolującej auta parasolką. Ale czy ci sami widzieli coś więcej prócz tego? Może jakieś refleksje na temat toksyczności mediów, może jakąś tragedię tych poniżonych, wycieńczonych psychicznie kobiet, którym odmawia się prawa do człowieczeństwa? Jeśli nie, to pewnie warto wybrać się do Sosnowca. Mam nadzieję, że dzięki takim spektaklom, jak Dead Girls Wanted, w których mówi się wprost, przedstawia się wprost, analizuje i poddaje ocenie wprost, teatr ma szansę wyjść poza terytorium uzgodnione, czyli takie gdzie przekonani mówią do osób przekonanych, przez co komunikat krytyczny nie przedostaje się dalej.

fot. Monika Stolarska

Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy

Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy w reżyserii Magdy Szpecht to spektakl – instalacja inspirowany dwoma książkami Marcina Wichy — Jak przestałem kochać design i Rzeczy, których nie wyrzuciłem, za którą w 2018 roku autor otrzymał Nagrodę Nike. Obie książki, to bardzo osobiste, intymne wspomnienia Wichy o rodzicach. Pełne czułości i humoru, ale też nostalgicznych i bardzo emocjonalnych historii. Historii o rodzicach opowiedzianych za pośrednictwem pozostawionych przez nich przedmiotów, książek.

Czytając książki Wichy czułam się zaproszona do odbycia razem z autorem bardzo intymnej podróży do jego przeszłości. Oglądając gnieźnieński spektakl… czułam tylko, że intymność, którą tak bardzo chciano osiągnąć, miała wymiar jedynie efemeryczny.

Co mówią o nas przedmioty i jak nas zapamiętują.

Nad tym, na podstawie książek Wichy i wspomnień trójki mieszkańców Gniezna — uczestników tamtejszego Uniwersytetu Trzeciego Wieku (Lucyny Kaszyńskiej, Stefanii Wojciak, Marka Szymaniaka) zastanawiali się twórcy spektaklu. Michał Korchowiec stworzył scenografię – instalację w formie małego muzeum rzeczy bezpańskich, zapomianych: przedmiotów ze śmietniska, teatralnej rekwizytorni, pamiątkach po zmarłych właścicielach. Przedmioty takie jak świeczniki, miotły, mop, stary telewizor, porcelanowa figura konia, czajnik elektryczny, czy plastikowe kubeczki znajdują się w muzelanych gablotach. W ten sposób, rzeczy na pozór nikomu nie potrzebne zyskują rangę ważnych, jedynych, niepowtarzalnych nośników historii. Aktorzy traktują eksponaty z ostrożnością i czułością. Hiperbolizując ich znaczenie, głaszczą je, całują, tulą w ramionach, animują sytuacje, w których przekonują nas i samych siebie, że przedmioty te są absolutnie niezbędne do życia. Śpiewają do nich francuską piosenkę Jane Birkin i Serge’a Gainsbourga Je T’aime,…Moi Non Plus, konstruują z nich przedziwne, skomplikowane urządzenia, które mają ułatwić im codzienne funkcjonowanie. Nie robią tego jednak podążając za najprostyszym i najbardziej użytecznym rozwiązaniem, a raczej w myśl amerykańskiego rysownika i wynalzacy Rube’a Goldberga, który twierdził, że ludzie mają skłonność do niepotrzebnego komplikowania sobie życia. Zamiast prostych i szybkich do realizacji, wybierają rozwiązania trudniejsze i bardziej pogmatwane. Aby unaocznić bezsens podobnego działania, tworzył on skomplikowane maszyny działające na zasadzie domina. Powstające podczas spektaklu urządzenia, czy ogromne portrety w bardzo prosty, dosłowny sposób ilustrują teorię Goldberga. Bywają dowcipne, czasami wręcz groteskowe i, co ważne, przekładają ją na poziom relacji międzyludzkich, komunikacji.

To nie jedyna forma, przez którą przedmioty komunikują się z widownią. Głos dosłownie wydobywa się z jednego z nich. Radio (bo o nim mowa) jest tu pełnoprawnym narratorem, opowiada i komentuje. I szkoda, że nie jedynym…

Paradoksalnie, momenty, w których głos dobiega z taśmy, często na tle przepięknej, hipnotyzującej muzyki stworzonej przez Krzysztofa Kaliskiego i na tle onirycznych wizualizacji Wojtka Doroszuka, są najbardziej intymnymi i sugestywnymi. Mimo że twórcy wydali się robić wszytsko, aby tę intymność zbudować i utrzymać w całym spektaklu — spora część widowni siedzi na miękkich poduchach, wokół salonowego dywanu, sufit jest obniżony przez lekkie tkaniny (tło do wizualizacji), wokół gabloty, na scenie gnieźnieńscy seniorzy i ich historie z dzieciństwa, aktorzy próbują nawiązać bliski kontakt z widownią — rozmawiają, głaszczą po ramieniu, wspomniana muzyka. Efekt ten jest jednak bardzo krótkotrwały, złudny, szybko przemija. Zabrakło emocji, zabrakło większego spektrum. Bo o ile zaproszenie do spektaklu mieszkańców Gniezna wydawało się bardzo ciekawym pomysłem, o tyle ich historie, na poziomie emocjonalnym, były do siebie bardzo podobne… przez co spektakl wydał się nieco płaski. A sam temat jest przecież silnie obciążony emocjonalnie, w końcu to wspomnienia! Trawestowany na scenę okazuje się być beznamiętny. Szkoda…

gniezno2

Przedmioty to wszystko, co po nas zostaje. Jedyna forma nieśmiertelności, na jaką możemy liczyć.

Przedmioty, pamiątki w Rzeczy, których nie wyrzuciliśmy ożywają, zostają wyjęte z marginesu codzienności, zostają zauważone, opowiadają historię, mitologizują. Wydostają się na pierwszy plan jako pomost pomiędzy wspomnieniem a rzeczywistością, ożywiają pamięć po ich dawnych właścicielach. W spektaklu to właśnie przedmioty, scenografia, wideo, muzyka, ich niema narracja jest najbardziej sugestywna, intymna.

fot. Dawid Stube

%d blogerów lubi to: