Najbliższe, wrześniowe premiery

28.09 Kroniki Podwórkowe, reż. Aneta Adamska
Teatr Przedmieście w Rzeszowie

29.09 Szaberplac, moja miłość, reż. Tanja Miletić Orucević
Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego

29.09 Kocham operetkę Mów mi Ty!
Opera Bałtycka w Gdańsku

30.09 Pan Tadeusz/Impressia Experientia, reż. Mariusz Pilawski
Teatr Mały w Manufakturze w Łodzi

30.09 Ranny Ptaszek, reż. Dariusz Taraszkiewicz
Prom Kultury Saska Kępa w Warszawie

30.09 Nine, reż. Jacek Mikołajczyk
Teatr Muzyczny w Poznaniu

30.09 Petit Pierre, reż. Helena Radzikowska
Olsztyński Teatr Lalek

30.09 Burza, reż. Marek Zakostelecky
Wrocławski Teatr Lalek

30.09 More, chor. Ramona Nagabczyńska
Fundacja Ciało/Umysł, Warszawa

30.09 Balladyna, reż. Krzysztof Galos
Bałtycki Teatr Dramatyczny im. J. Słowackiego w Koszalinie

30.09 Św. Idiota, reż. Janusz Opryński
Teatr Polski w Bielsku – Białej

30.09 Iwona, księżniczka Burgunda, reż. Magdalena Miklasz
Teatr Nowy w Poznaniu

30.09 Mefisto, reż. Agnieszka Błońska
Teatr Powszechny w Warszawie

 

fot. Materiały Teatr Nowy w Poznaniu

Balet Ramayana

W poprzednim poście mogliście przeczytać o Wayang Kulit – Teatrze Cienia z Dżogdży. Jawajski balet Ramayana do drugi teatralny przystanek podczas mojej indonezyjskiej przygody.

Ramayana, podobnie jak opowieści z Teatru Cienia, swoje źródło czerpie z hinduskiego sanskrytu o Księciu Ramie i jego pięknej żonie Shincie. W myśl legendy, Rama zostaje wygnany ze swojego królestwa, a Shintę uprowadza i więzi w swoim pałacu demon, olbrzym – Rahwana. Rama wyrusza na poszukiwania żony, tocząc po drodze mrożące krew w żyłach walki. W poszukiwaniach Shinty pomaga mu biała małpa, czyli król Hanuman, który ostatecznie podpala pałac olbrzyma, a całą i zdrową księżniczkę oddaje w ręce męża. Historia ma zatem szczęśliwe zakończenie, dobro i miłość zwyciężą nad złem i przemocą.

ok4

ok2

ok5

ok3

ok10

Całość opowiedziana zostaje za pomocą przejmującego śpiewu i pełnego powabu, bogatego w specyficzne ruchy nóg, i sugestywne gesty, tańca. Przedstawienie podzielone jest na taneczne sekwencje, w których udział biorą od jednej do nawet kilkudziesięciu osób jednocześnie. Całe przedsięwzięcie zaś, liczy sobie wkład dwustu osób! Wszystko przy akompaniamencie niczego innego, jak gamelanu, czyli tradycyjnego, indonezyjskiego zestawu instrumentów, złożonego z membrafonów, aerofonów, idiofonów i instrumentów strunowych.

ok6

Sama scena usytuowana jest natomiast w przepięknej, majestatycznej scenerii – u podnóża największej hinduskiej świątyni w Azji Południowo – Wschodniej – Prambanam. Powoduje to nieprawdopodobne doznanie i buduje absolutnie niepowtarzalną atmosferę… baśni, spotęgowaną dodatkowo zmrokiem i grą świateł.

tło2

ok8

Wierzcie mi, że połączenie harmonii, synchronizacji ruchów, kolorów, bogactwa i skrupulatności wykonania strojów, dźwięku pieśni i dzwonków oraz scenerii robią piorunujące, niezapomniane wrażenie. 

Punkt konieczny do odwiedzenia na mapie Indonezji!

Wayang Kulit

Spędziłam w Indonezji miesiąc, pośród słońca, rajskich plaż, wulkanów i świątyń. Na trasie poznawania tego wspaniałego kraju położonego na 17 tys. wysp, w mieście Yogyakarta (Dżogdżakarta) mieszczącego się na największej w archipelagu wyspie – Jawie, natknęłam się na fantastyczne teatralne wydarzenie. Tak, teatralne! To o czym mówię, to Wayang Kulit, czyli indonezyjski Teatr Cieni, którego historia sięga X wieku.

Nazwa teatru pochodzi od sztywnej, bawolej skóry (kulit), z której wykonane są występujące w przedstawieniu lalki. Ze skóry wycina się ich kształt, a następnie, za pomocą ostrych narzędzi, misterne wzory, nadające im odpowiedniego charakteru. Lalki są płaskie i mają ruchome jedynie ręce, poruszane za pomocą sznureczków.

ok1

ok5

ok3

Dalej, gotowe już lalki zostają pomalowane, oczywiście ręcznie!

ok4

Scena to rozpięty na drewnianej ramie, biały ekran materiału oraz źródło światła, dzięki któremu możliwe jest operowanie cieniem.

Najważniejsze jest jednak to, co za sceną, bo to właśnie tam rozgrywa się całe teatralne przedsięwzięcie. Sznurkami wprowadzającymi lalki w ruch porusza siedzący poniżej sceny Narrator (Tok Dalang). To on udziela wszystkim występującym w przedstawieniu postaciom (czasami nawet kilkudziesięciu) głosu, nierzadko też śpiewa. Przy każdej postaci musi zmieniać charakter głosu i jego intonację. Dzięki jego dłoniom postaci tańczą, wirują, a nawet zajadle walczą.

Atmosferę dopełnia przepiękna,  wprowadzająca w pewien rodzaj transu, muzyka grana na gamelanie. Ta tajemniczo brzmiąca nazwa, to nie jeden instrument, a tradycyjny, indonezyjski zestaw instrumentów, złożony z membrafonów, aerofonów, idiofonów i instrumentów strunowych. Blisko muzyków zasiadają kobiety przejmująco śpiewające stare pieśni.

Nastrój, który wspólnie tworzą jest absolutnie niepowtarzalny, osobliwy, niemal fantastyczny. Mimo że przedstawienie odbyło się w języku indonezyjskim, siedziałam na widowni niemalże zahipnotyzowana atmosferą, dźwiękiem dzwonków i pieśni.

ok6

ok7

Co do treści samego przedstawienia, to opowiadane historie wywodzą się z mitologii hinduskiej i sięgają starych ksiąg Ramayany, Mahabharaty, Pustaka Raja Purwy oraz Purwakandy. Najpopularniejsza z nich, to ta pochodząca z księgi Ramayany i mówiąca o dozgonnej, romantycznej miłości Księcia Ramy i przepięknej Shinty.

ok8

ok9

ok10

ok11

Warto też wiedzieć, że indonezyjski Teatr Cienia w 2003 roku został wpisany na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Wayang kulit można oglądać w Yogyakarcie, w Muzeum Sonobudoyo co wieczór, oprócz poniedziałku. Jeśli kiedyś będziecie w Indonezji, nie przegapcie 🙂

Hamlet – komentarz

Hamlet – komentarz, to czwarta, po Pieśniach Leara, Crazy God inspirowanego Hamletem i WyspieBurzą, realizacja Teatru Pieśń Kozła wynikająca z fascynacji Grzegorza Brala –  dyrektora Teatru i reżysera, twórczością Szekspira.

W Komentarzu oryginalny tekst dramatu stanowi jedynie źródło inspiracji i fabularną podstawę do dalszych, artystycznych poszukiwań. Nie jest natomiast bazą dramaturgiczną. Twórcy spektaklu, Alicja (odpowiedzialna za dramaturgię oraz tekst pieśni) i Grzegorz Bral, wydarzenia spektaklu umieszczają na dwa miesiące przed właściwym rozpoczęciem dramatu, czyli w noc zabójstwa króla Hamleta. Spektakl kształtem przypomina zatem akt zaduszny, jak nazwał to w jednym z wywiadów Bral – ,,szekspirowskie dziady”.

Hamlet – komentarz w wykonaniu Teatru Pieśń Kozła, to rodzaj przypuszczeń i analizy tego, co w tekście Szekspira nie wybrzmiało, lecz pozostało w sferze domysłu, to inspiracja pierwszą stroną dramatu, czyli listą bohaterów, z których w spektaklu każdy dostaje nowy głos i nową szansę wypowiedzi. Niezwykle aluzyjny i niejednoznaczny, szekspirowski tekst daje potężną przestrzeń do poszukiwań nieoczywistych relacji między bohaterami, ich wewnętrznego wymiaru, intencji.

Artyści zadają kolejne pytania, snują domysły, zgłębiają następne warstwy metafor i znaczeń, formują zaskakujące hipotezy – jak na przykład w przypadku Ofelii, dla której śpiewają requiem, mszę żałobną, która niegodna jest samobójcy. Twórcy zastanawiają się, jak zmieniłaby się historia, co stałoby się z Ofelią, gdyby modlitwa mająca ulżyć w cierpieniu zmarłego wybrzmiała. Paradoksalnie, projektując złamanie prawa kościelnego, pomagają w męce duszy zmarłej.

Komentarz, oprócz niewypowiedzianych kwestii bohaterów, tego co podskórne i w domyśle, to także tragedia osobowościowa, ideologiczna człowieka, którego pozbawiono możliwości samostanowienia – i to nie odbierając mu prawa, a ciosając słowami. Hamlet żyje po śmierci ojca po to, by wypełnić misję zemsty, żyje zaklęty w słowie, wizji, ostatecznie w fakcie śmierci swojego ojca i intrydze wuja, przestaje być człowiekiem, a staje się narzędziem do wypełniania czyjejś woli. To otoczenie wyrokuje o jego losie. Od Hamleta rząda się zemsty i do niej wykorzystuje. Co jeśli zemsta w jego ocenie jest niemoralna? Czy w obliczu takiej interpretacji, wspomnianego dysonansu, Książe udaje szalonego, czy szalonym faktycznie jest, a może stopniowo w obłąkaniu się pogrąża, zatracając granicę pomiędzy doznaniem a iluzją? Staje się ofiarą wizji swojego ojca, rodzinnego piekła, intryg i fatalnej przemocy.

Całość jest spójna i konsekwentna. Estetyka spektaklu przywołuje skojarzenia z epoką teatru elżbietańskiego – zimno stali, ciężkość drewna, masywność mieczy, żelazne, misternie wykonane maski i stroje ze stójkami, które sztywnością materiału przypominają zbroje, dynamiczny, mocny ruch. I lustra umieszczone na bocznych ścianach sceny, w których jak kolejne gałęzi królewskiego drzewa genealogicznego odbijali się aktorzy, tworząc coś na kształt ruchomych portretów. Mam wrażenia, że lustra nie zostały umieszczone w tym spektaklu jedynie w celu optycznego pogłębienia sceny, czy też jej rozjaśnienia. Być może ich rola miała być niejednoznaczna, jak zawiła była historia Hamleta, jak wiele w niej załamań i mętności. Niewykluczone, że ich czystość i odbicie miało być świadkiem, nieprzekłamaniem, bo lustro nie generuje nowych faktów, ono odbija wszystko to, co znajdzie się w promieniu jego oka.

I śpiew… na koniec, co nijak nie oznacza wartościowania. Zwłaszcza, że był jak zawsze, wprost genialny! Polifoniczny dźwięk, który poruszał do głębi, tworzył historię, postaci, relacje, wywoływał dreszcze, dowodził koncentracją i uwagą.

Hamlet_komentarz_2

Tekst Szekspira to ogrom możliwości interpretacyjnych, a Teatr Pieśń Kozła swoim Komentarzem, polifonią dźwięku uobecnia swoją jej wersję, nie zamykając przy tym możliwości dalszych poszukiwań, nie podając jedynej słusznej prawdy. Odnoszę wrażenie, że wręcz zachęca widownię do snucia i poszukiwania własnych komentarzy i objaśnień, zaprasza do czytania niedosłowności i wrażliwości, dostrzegania iluzoryczności szekspirowskiego patchworku metafor.

Hamlet – komentarz, to unikatowość i piękno, to pewnego rodzaju urzeczywistniający się fantazmat. Dźwięk, który przenika, buduje, harmonizuje, jednocześnie zaskakując nowym, nieoczywistym spojrzeniem wychodzącym poza interpretacyjną strefę komfortu.

Brawo!

Dziękuję!

fot. Mateusz Bral

Portret Trumienny

Portret trumienny Kuby Wojtaszczyka, najnowszy spektakl Michała Kmiecika, który swoją premierę miał w Teatrze Polskim w Poznaniu podczas tegorocznego Malta Festiwal, wolałabym opisywać chyba w kontekście etiudy teatralnej niżeli spektaklu. Niestety, bo wtedy może mogłabym powiedzieć, że nie było najgorzej. Ale to spektakl… i nie było dobrze, żeby nie powiedzieć, że było bardzo źle.

Portret trumienny to debiutancka książka Wojtaszczyka, gdzie młody kurator sztuki, gej, Aleks Krzyszowski przyjeżdża do swojego domu rodzinnego na siedemdziesiąte urodziny matki. Wtedy to, przy jednym stole spotykają się wszyscy członkowie rodziny, genealogicznie sobie najbliżsi i jednocześnie kompletnie obcy. To pokrewieństwo i biologiczna bliskość, społeczny obowiązek spędzania czasu w tym gronie wywołuje w głównym bohaterze frustrację i agresję, co początkowo jest zabawne, ale tylko dopóki, dopóty nie zacznie przerażać. Polska klasy B, gdzie rządzi przewidywalność, rasizm i nacjonalizm, gdzie dobre jest tylko to, co znane, bo bezpieczne i oswojone. Adaptacja sceniczna tej atmosfery niestety nie oddaje, a barwne i zapadające w pamięć postaci z książki, w spektaklu zwyczajnie się rozmywają.

O matce Jadwidze (Barbara Krasińska), o której prócz tego, że ubrana w znoszony pulower do kolan, ze stopami skierowanymi do środka, nie wiemy wiele więcej. Po scenie z kryształową popielnicą, której miejsce jest na półce, a nie w ręku palacza, możemy się domyślać, że to matka polka poświęcająca bezrefleksyjnie całe swoje życie dzieciom i mężowi. Ale czy wiemy o niej coś więcej z adaptacji Kmiecika? Nie! Podobnie jak nie wiemy wiele więcej o pozostałych postaciach, które przedstawione są powierzchownie, bez namysłu, płytko, są po prostu nie zbudowane.

Ojciec (Wojciech Kalwat) siedzący w fotelu z demencją starczą i głuchotą, brat Wiesław (Przemysław Chojęta) – mężczyzna w średnim wieku, sfrustrowany i zawistny, o małomiasteczkowej mentalności. Krystyna (Barbara Prokopowicz/Monika Roszko) – jego żona, katechetka, fanatyczna katoliczka. I ich czwórka dzieci.

Bohaterów poznajemy za pomocą żenująco prostych i zawstydzających dosłownością, środków. Krystyna w czerwonej pelerynie z Jezusem na plecach, w ręku krzyż, w drugiej książeczka do modlitwy. Wiesław z brzuszkiem i pasem do wychowywania dzieci. Latorośle w postaci bliźniaków (Jakub Papuga, Paweł Siwiak) – oczywiste skąd wiemy że to bliźniaki, sześcioletni chłopiec (Mariusz Adamski), według Aleksa, z predyspozycjami do homoseksualizmu i najstarsza córka Paulinka (Monika Roszko) na wzór i podobieństwo matki.

A! I jeszcze siostra Sabinka (Barbara Prokopowicz) – rozkrzyczana i przerysowanie otwarta, radosna doktor filmoznawstwa, ironicznie nazwana Warszawką i jej mąż Jerzy (Paweł Siwiak) – artysta rzeźbiarz.

Aleks (Piotr Nerlewski) projektuje przed nami role swojej rodziny, przedstawia ich wedle swojej nienawiści oraz zgorszenia ich sposobem spędzania swojego życia. Ostatecznie Aleksander projektuje też zabójstwo każdego z nich, które wygląda tak, że aktorzy markują wbicie noża w pierś, zawał serca, skręcenie karku, itp., co wypada mocno tandetnie. Bardziej żenująca była jeszcze tylko scena korespondująca na zatrważająco niskim i dosłownym poziomie z Kevinem McCalisterem, (który został pewnej zimy sam w domu i boi się zejść do piwnicy z powodu piekielnego pieca) z dymiącą i gadającą kuchenką gazową, która wyzywa Aleksa od pedałów. To taka retrospekcja dziecięcych strachów i braku akceptacji, która uruchamia się w miejscowej cukierni, kiedy przy okazji odbioru urodzinowego tortu Aleks spotyka tam dręczyciela ze szkolnego boiska.

Sam Aleks, to w 40 – minutowym spektaklu Kmiecika nadęty, zmanierowany, niezadowolony z niczego oprócz siebie, o maksymalnie wysokim mniemaniu o sobie, tendencyjny, młody artysta – gej.

Na koniec tylko tyle, że tekst Wojtaszczyka został w tej realizacji totalnie wykastrowany. Szkoda słów… dawno nie wyszłam z teatru tak zszokowana.

Przykro mi, Kuba…

 

fot. Magda Hueckel

Turbofolk

Platforma Bałkany – idiom tegorocznego Festiwalu Malta prócz treści, których się spodziewaliśmy, okazał się być także pomostem do rozmowy o sytuacji politycznej, nie tylko w krajach byłej Jugosławii, ale także tu, w Polsce.

Przed rozpoczęciem Malty, ale już po premierze Klątwy w Teatrze Powszechnym w Warszawie  (chronologia ma tutaj znaczenie kluczowe) Festiwal pozbawiono dotacji w wysokości bagatela! 300 tysięcy złotych. Kto choć trochę interesuje się tym, o czym obecnie huczą media wie, jaki był tego powód – Oliver Frljić – kurator Malty i reżyser kontrowersyjnej, nieakceptowanej przez szeroko rozumianą prawicę, Klątwy. Frljić na znak protestu przeciwko cenzurze i ograniczeniom artystycznej wolności, do Poznania nie przyjechał, a presja ze strony polityków przyniosła odwrotny od zamierzonego, skutek – Frljić kuratorem pozostał, brakujące środki zebrano w akcji crowdfundingowej Zostań Ministrem Kultury, a widownia na Turbofolku zapełniona została po ostatni centymetr przestrzeni na schodach i podłodze. Pozostał za to duży niesmak, poczucie bezprawia i braku jakiejkolwiek przewidywalności.

Wspomniany Turbofolk, to spektakl chorwackiego Teatru Narodowego w Rijece, którego tytuł to nazwa bardzo popularnego w latach 90. XX wieku, zwłaszcza podczas wojny na Bałkanach, kierunku muzycznego łączącego w sobie elementy folkloru, techno i wpływów orientalnych. To absurdalne patriotyczne disco zagrzewać miało do walki i stanowiło ważny nośnik treści nacjonalistycznych. Zachęcało do przemocy, niosło za sobą rasizm i uznanie patriarchatu.

W rytm turbofolku doznajemy całego spektrum emocji towarzyszących bałkańskiej wojnie, naprawdę nie potrzeba czytać objaśniających treść przedstawienia napisów, żeby wiedzieć w czym rzecz. Spektaklowi towarzyszyły tak gwałtowne i jednocześnie uniwersalne emocje, że trzeba by się bardzo postarać, żeby dostrzec tu jedynie treści dotyczące krajów byłej Jugosławii. Agresja, przemoc fizyczna i słowna, okrucieństwo, uliczne zadymy z policją, śmierć w szpitalach polowych, kastracja, homoseksualizm, ostry seks, gwałt… brutalność, wobec której wszyscy są równi, która uruchamia strach, tęsknotę miłości i pragnienie wolności.

Na potrzeby Malty, biorąc pod uwagę emocje towarzyszące tegorocznej edycji Festiwalu, ze względu na podział społeczeństwa i sytuację polityczną w Polsce, Frljić wpisał w treść spektaklu nowe sceny. O czym? Oczywiście o Polsce.

Po pierwsze, oprócz fenomenalnych aktorów Teatru Narodowego w Rijece, umieścił w spektaklu jeszcze jedną postać – nieobecną postać – ,,bohatera” tegorocznej Malty i nie tylko, Piotra Glińskiego, z którym to jedna z aktorek miała mieć płomienny romans. Artystka na granicy żartu i zdrożności dywaguje na temat seksu z wiceministrem ośmieszając tym samym nie tylko Glińskiego, ale polityków w ogóle. Polityków, którzy przez swoją krótkowzroczność i zacietrzewienie sami proszą się o kpinę.

Kolejna nowa scena, to głosy aktorów, którzy wychodzą ze swoich ról i konstruują niewybredne obelgi na temat Frljicia, samego spektaklu, widowni i temu, dlaczego kolejny raz muszą grać w tym jebanym Turbofolku.

Słowa aktorów, to te których Frljić zapewne mógł się spodziewać w kontekście swojego protestu i nieobecności. Wypowiadając je, cynicznie zamyka usta tym, którzy nie zdążyli się jeszcze odezwać. Taki pstryczek w nos…

W rozległej scenie, w której aktorzy mówią o czym jest spektakl prócz ministra Glińskiego, wymieniają także prezesa – Jarosława Kaczyńskiego, Lecha Wałęsę, Jana Pawła II, ministra Szyszko. Widownia zachwycona, klaszcze, śmieje się, zdaje się że chce przybić z aktorami przysłowiową piątkę, powiedzieć dziękujemy, że krzyczycie. Aktorzy zdają się mówić, zatem krzyczcie razem z nami, to wszystko dzieje się wszak za wasze pieniądze. I to moment konsternacji, bo ktoś ocenia już nie rząd, nie osoby publiczne, a zwraca się bezpośrednio do nas. Co z tym zrobimy?

W ten sposób Frljić bardzo jasno i mocno wyjaśnił nam o czym jest Turbofolk i czego się bać. Bo to spektakl o Polsce, ostrzeżenie przed kryzysem demokracji, przed nacjonalizmem i religijnym fanatyzmem. Oszołomieni tymi treściami i związanym z nimi wstydem zostajemy zaproszeni na scenę, do wspólnego tańca w rytm turbofolku. To nic innego, jak upadek wolności sztuki… dobitna i bolesna tego metafora. Tym bardziej, że zaraz po niej opada kurtyna, a po jej podniesieniu aktorzy nie kłaniają się do braw, tylko z założonymi rękoma zasiadają na krzesłach z tyłu sceny, będących lustrzanym odbiciem widowni. Zdają się pytać i co teraz zrobicie? Bo teraz wasza kolej, następna scena tego spektaklu należy do was, Polacy!

 

fot. Maciej Zakrzewski

Star Worst

Ze Star Worst nie wyszłam, wbrew oczekiwaniom i zapewnieniom twórców, szczęśliwa. Artyści w zapowiedziach informowali, że zajmują się wyłącznie tym, co kochają i kochają to, co robią. W co oczywiście nie śmiem wątpić, ani czego nie mam nawet najmniejszego zamiaru podważać. Wszystko to, co przesyłali ze sceny miało skłonić widzów i świadków do tworzenia, zwyczajnie sprawić przyjemność. Ja jej nie odczułam. Niestety…

Teatr Kotorogo, to petersburska formacja, której nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza Teatr, którego nazwy nie wolno wypowiadać. Ich aktywność to teatr łączący w sobie elementy pantomimy, klaunady, teatru kukieł i komedii. Wszystko to w rezultacie przypomina teatr uliczny, umieszczony tym razem na scenie w Republice Tłusta Langusta w ramach tegorocznej, 27. edycji Festivalu Malta.

Teatr Kotorogo tworzy czwórka aktorów, trzech mężczyzn i jedna kobieta. Troje z nich grało na instrumentach: perkusji, akoreonie i gitarze, śpiewając przy tym znane z pop kultury motywy (intro ze Star Wars, Spice Girls) oraz utwory w języku rosyjskim. Jeden z artystów uprawiał rozmowę i flirt z widzem.

Gdy się pojawili, w blond peruce, skarpetach, i plastikowych okularach, pomyślałam, w porządku, może ich kiczowata prezencja, to tylko powierzchowność, może to po prostu taki żart. I choć pewnie tak było, to poziom tandetności całego przedstawienia pozostał dla mnie totalnie nieakceptowalny. Byłam nim mocno zmęczona.

Zmęczona zabawnym nawet, ale tylko na początku, tłumaczeniem przez członkinię zespołu tekstu z rosyjskiego na angielski, głosem jednostajnym i pozbawionym emocji niczym lektor ze słabych produkcji.

Znużona otwierającą spektakl i ciągnącą się nieznośnie sceną gniecenia z papieru, animowanym następnie przez aktora, podarunków dla widzów, ich córek i synów (mieczy, ptaków, łosi i lalek), która z każdą kolejną minutą trwania bezpowrotnie traciła swój dowcip.

I dalej, zdumiona stereotypowym ujęciem w pantomimę modelu zachowania kobiety i mężczyzny. Kobiety mówiącej piskliwym głosem, poruszającej się na obcasach, będącej wyniosłą i zimną, lecz tylko do czasu, kiedy nie wpada w tarapaty, z których ocalić może ją jedynie i nie kto inny, jak silny i odważny mężczyzna.

Zażenowana fragmentem bazującym na zapraszaniu przez reżysera (kolejna odsłona głównego aktora, mima) na scenę publiczności i angażowanie ich w odgrywanie przy pomocy kartonowych masek i mieczy z metrówki ról z Gwiezdnych Wojen, kiedy to ze wzrokiem wbitym w podłogę modliłam się, żeby nie wybrano akurat mnie. Zaskoczeni widzowie, pomimo początkowego oporu poradzili sobie z tym tremującym zadaniem nadzwyczaj dobrze. Ich skrępowanie i onieśmielenie z kosmicznymi pomysłami Kotorogo świetnie się zgrało i dało zabawny efekt. Choć powtarzam, za nic w świecie nie chciałabym być na miejscu wzdychającej do niebios, kołyszącej biodrami, księżniczki Lei, o którą toczy się męska walka na ,,miecze”.

I na koniec osłupiała sceną, w której aktor – mim zaprasza na scenę kolejną kobietę, zdejmuje spodnie, spod których wyłania się niebiesko – czerwony motyw Superbohatera i markuje bynajmniej dwuznaczną sytuację intymną. No nie… pomyślałam: naprawdę? Naprawdę to zrobił? Otóż naprawdę. I dla mnie było to zupełnie nieśmieszne i dowcipne.

Wrażenia tego nie wymazało nawet wspólne klaskanie i podnoszenie kolan do Kalinka Kalinka Maja.

Być może starzy bywalcy Malty, którzy pamiętają jeszcze jej uliczny charakter pierwszych edycji, śmiali się z rozrzewnienia, być może przytłoczeni ilością, czy trudem w rozumieniu performansu, odetchnęli z ulgą, że to wreszcie coś prostego i lekkiego. A może po prostu i zwyczajnie świetnie się z Kotorogo bawili. Nie chcę wartościować ich uśmiechu. Cieszę się jedynie, że ta męcząca godzina dobiegła wreszcie końca i że była tylko godzina.

Na koniec powtórzę raz jeszcze – nie wyszłam ze spektaklu szczęśliwa, a raczej przytłoczona jego jarmarcznością. Choć byli tacy, którzy się śmiali. Wydawało się, że szczerze…

 

 

fot. Materiały prasowe Malta Festival 2017