Artyści vs 2020 ~ Edyta Łukaszewska

Edyta Łukaszewska – absolwentka Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie na wydziale aktorskim. Od 2002 roku jest w zespole Teatru Nowego w Poznaniu, chociaż współpracowała z wieloma teatrami w Polsce, m.in.: Teatrem Polskim we Wrocławiu, Teatrem Dramatycznym w Warszawie, Teatrem na Woli w Warszawie, Teatrem Polskim w Poznaniu. Zadebiutowała w Teatrze Polskim we Wrocławiu rolą Grety w Przemianie F. Kafki w reż. Zbigniewa Brzozy. Pracowała u takich reżyserów jak: Eugeniusz Korin, Krystyna Janda, Waldemar Śmigasiewicz, Mikołaj Grabowski, Janusz Wiśniewski, Krzysztof Babicki, Michał Siegoczyński, Magda Miklasz, Marcin Wierzchowski, Jerzy Satanowski, Piotr Cieślak, Lena Frankiewicz, Grażyna Kania, Cezi Studniak, Agata Duda -Gracz, Radek Stępień.

Zagrała 18 głównych ról i wiele innych ról drugoplanowych oraz epizodów. Na Festiwalu Piosenki Aktorskiej w 1998 roku zajęła trzecie miejsce i otrzymała specjalną nagrodę Gazety Wyborczej, Zaiksu i ZASP-u za osobowość sceniczną i najlepszą interpretację piosenki polskiej. W 2017, na jednym z najważniejszych festiwali teatralnych w Polsce Boska Komedia w Krakowie nagrodzona została za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą w spektaklu Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk Agaty Dudy-Gracz.

W jakim momencie zastała Cię pandemia? 

Zagrałam trzy razy Porno. Kiedy władza decyduje, kim jesteś [MK: reż. Cezi Studniak, Teatr Nowy w Poznaniu], na szczęście! I następnego dnia po tym secie ogłoszono lockdown. W między czasie trwały też próby do Matki Witkacego [MK: reż. Radek Stępień, Teatr Nowy w Poznaniu].

Ale premiera odbyła się dopiero jesienią.

Tak, tak. I myśmy cały czas nie wiedzieli, naprawdę nie mieliśmy bladego pojęcia, co to będzie i kiedy znowu otworzą teatry. Była tylko mowa o tym, że na razie nie możemy grać, ale możemy próbować.

W 2020 zwolniłaś trochę, czy wręcz przeciwnie?

Teraz zaczynam zwalniać. Od paru miesięcy. Ale wcześniej nie, bo pracowałam w Radio Poznań. Robiliśmy wtedy słuchowisko Próba. To był projekt poznańskiego oddziału ZASP-u i Filipa Frątczaka razem z Piotrem Świątkowskim. Potem prowadziłam też funpage Słuchowiska na Facebooku i na Instagramie. 

W czasie lockdownu pojawił się też pomysł na Nieznaną Aktorkę? [kanał Edyty Łukaszewskiej Nieznana aktorka odpowiada na YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCMT7_xnjF7AXrwXGB2rt8sA]. 

Nie, nie! Pomysł pojawił się dużo wcześniej, kiedy po nagrodzie na Boskiej [MK: nagroda za najlepszą rolę kobiecą na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie za rolę Jusi zwanej Ścierwą w spektaklu Agaty Dudy- Gracz Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk] nie dostawałam zbyt wielu propozycji. Byłam bardzo rozpędzona, ale nic z tego nie wyszło. Musiałam się zatrzymać (śmiech).

A skąd w takim razie wziął się ten pomysł? Przy okazji chciałam zaznaczyć, że nie do końca zgadzam się z nazwą Twojego kanału. Nawet przeprowadziłam wśród znajomych krótką ankietę i wcale nie jesteś nieznana

Nieznana aktorka odpowiada powstała dlatego, że znam wielu cudownych aktorów, którzy kompletnie nie są znani szerszej publiczności. Siebie też uważam za taką aktorkę. Bo może jestem znana w Poznaniu, ale wyjeżdżam do Warszawy i jestem osobą anonimową.

Fantastycznie ogląda się Twoje filmy! Pewnie też dzięki relacjom, jakie łączą Cię z Twoimi rozmówcami, te spotkania są tak naturalne i pełne ciepła. 

Tak, bo to nie jest taka forma, w której ja wypytuje kogoś lub ktoś wypytuje mnie. To jest po prostu spotkanie. Gadamy sobie o tym, co nas nawzajem w sobie interesuje. Ja generalnie daję dużą swobodę, a moja kontrola jest raczej delikatna. Najważniejsze dla mnie jest, żeby ludzie, których zapraszam, rozluźnili się i byli sobą. Na przykład Misia [MK: Michał Grudziński] zapytałam czemu chciał zostać aktorem z tego powodu, że wiedziałam, że on odpowie w taki sposób, że to będzie jakieś szalone, wariackie. Jeżeli chodzi o Anię Mierzwę, to zapytałam ją o ulubiony kolor i tam żeśmy długo gadały, ale to była taka rozmowa, że nie mogłam puścić jej w całości (śmiech).

A jaki jest Twój ulubiony kolor?

Pomarańczowy i niebieski, ale ostatnio jeszcze zielony.

Podoba mi się bardzo ta niezobowiązująca formuła pogaduch w… basenie, czy garderobie!

Oj, ja bardzo lubię kicz i lubię brud. Mnie strasznie męczą te wszystkie sztywne rozmowy. Na razie jestem bezkonkurencyjna na rynku, choć nie wiadomo jak długo (śmiech). Przeczytałam ostatnio, że najfajniej jest kopiować kogoś, ale z już naprawdę dobrym pomysłem pociągnięcia tego dalej. Może będą następcy, którzy się dobrze znają na PR-e i będą potrafili to zrobić w taki sposób, że przyciągną miliony oglądających. Ale nie wiadomo, czy będzie taki luz! (śmiech)

Będzie tego więcej?

Tak, oczywiście! Ja się dopiero rozkręcam.

Skoro jesteśmy przy wideo, to porozmawiajmy może o teatrze online. Jaki jest Twój stosunek do teatru na ekranie?

Wiesz, w teatrze widz ma wolność. W teatrze widz może sobie wyłuskiwać, to co go interesuje najbardziej, to czemu chce się przyjrzeć, na co jest wrażliwy. W teatrze widz jest w procesie, nie jest bierny – no… chyba, że się uprze, ale jak chce może się odciąć od wszystkiego, od siebie samego, od świata, od kłopotów, w których jest zatopiony. Przychodzisz, siadasz i nurkujesz w zupełnie inny świat. Obecność drugiego człowieka w teatrze sprawia, że nasze energie się mieszają, łączą, spotykają, znoszą i to jest ta moc! Dlatego też, teatr nigdy nie zastyga, nie da się go zamrozić. Teatr jest rebeliancki! A obraz… jeszcze nikt nie wymyślił metody na przeniesienie tej samej temperatury, tego eteru teatralnego i tej wolności! Może musiałaby powstać jakaś nowa specjalizacja, żeby to miało większy sens. 

Dla mnie online jest dużo łatwiejszy, kiedy oglądam spektakl, który wcześniej widziałam już na żywo. Też mam jednak wrażenie, że dokumentacja spektaklu w formie wideo nie załatwia niestety sprawy. 

Nie! W ogóle! Chociaż ostatnio oglądałam przedstawienie, które mi się bardzo podobało – Ewelina płacze z TR Warszawa [MK: reż. Anna Karasińska]. Ale to był streaming i tam też kamera i szaleństwa operatorskie niewiele mogły popsuć (śmiech). Rzeczywiście się wciągnęłam i bardzo mnie to wzruszyło… takie prościutkie.

A co z tą energią, o której tak pięknie mówiłaś, kiedy grasz dla ograniczonej ilościowo widowni, do twarzy zasłoniętych maseczkami?

Dla mnie, jeśli chodzi o maseczki, to nie ma różnicy. Nie ma, dlatego że kiedy gram, to mieszam się z energią, nie potrzebuję widzieć twarzy publiczności Choć wiadomo, że na koniec, kiedy wychodzimy do ukłonów, to fajnie jest się spotkać. To ta liczebność, a właściwie jej brak przez pandemiczne ograniczenia jest przerażająca… Aczkolwiek, miałam bardzo dobre przedstawienie Porno, gdzie było 50 procent widowni i była taka energia niesamowita…. Spotkaliśmy się nawet ręka w rękę z widzem, który absolutnie mnie zachwycił! Kiedy zapytałam podczas spektaklu: kim jesteś?, to on powiedział swoje imię i nazwisko (śmiech). Ja uwielbiam takie momenty! W onlinie, to nigdy by się nie wydarzyło…

Czytałam ostatnio wywiad z Michałem Englertem i Mają Ostaszewską [Vogue Polska NR 1/2 (35-36 styczeń – Luty)], w którym Englert mówi o kinie w domu: (…) zdajemy sobie sprawę, że większość osób będzie oglądała je [MK: nasze filmy] na małym ekranie. Do pewnego stopnia tracimy kontrolę nad odbiorem. Z drugiej strony, dzięki dystrybucji cyfrowej możemy trafić do szerszego grona, kino stało się bardziej powszechne. Z teatrem online chyba jest bardzo podobnie?

Tak, tak. Myślę, że przekaz online, to jest taki sfałszowany obraz teatru. Nie da się tego porównać z doświadczeniem na żywo. Można zaryzykować takie stwierdzenie, że nie ma różnicy, albo że to wspaniale, że zasięg jest większy. Tylko, że każdy kto był w teatrze, albo kto widział to samo przedstawienie w teatrze i online zauważa ten brak temperatury, energii, tego czegoś, co cię zabiera wysoko do góry, do kosmosu. 

A planujecie w Nowym jakiś pokaz streamingowy? 

Ja bym bardzo chciała, żeby Porno miało streaming!

Streaming to wyzwanie? 

Nie! Bardziej się boję spektakli online (śmiech). Akurat streamingu Porno w ogóle bym się nie obawiała, bo jestem tam sama i wiadomo, że to ja bym prowadziła. Do Cezia mam też totalne zaufanie, on jest bardzo wrażliwy na aktora i mamy bardzo dobre porozumienie, więc pewnie byśmy się w kwestii streamingu dogadali. Ale nawet jeśli to się uda, to na Porno i tak trzeba przyjść koniecznie do teatru!

A co jest takiego w Nowym, że wypowiadasz się o nim zawsze tak ciepło?

Wiesz co, ja po prostu lubię teatr! Lubię widownię, lubię zapach kurzu, zapach kurtyny, lubię kulisy. Teatr mi się kojarzy z dzieciństwem, kojarzy mi się z miejscem, które gdzieś tam się zatrzymało, i dobrze! Teatr się zmienia oczywiście, ale jednak mimo wszystko jest oporny na pewne nowości. I na przykład bardzo bym nie chciała, żeby poniedziałek nagle przestał być wolnym dniem. Chciałabym, żebyśmy mieli szacunek do starszych aktorów, żebyśmy nie tracili tradycji spotkań, choć ona akurat jest coraz bardziej krucha. Teatr to jest takie czarodziejskie miejsce, są w nim ludzie, którzy często uciekają od innych miejsc pracy. Pamiętam Rysia –  naszego rekwizytora, który pracował w jakiejś fabryce i powiedział mi kiedyś, że uciekł z tej pracy, dlatego że go przerażali tam ludzie, a w teatrze znalazł taką niszę, gdzie czuł się dobrze i bezpiecznie. I mnie to rozczula. 

Ale dlaczego kocham Teatr Nowy? Powiem tak, ja zawsze będę kochać miejsce, w którym jestem. Zawsze będę kochać miejsce, w którym zostawiłam energię. To by było niezbyt inteligentne z mojej strony, gdybym nie lubiła miejsca, w którym jestem. Na pewno są momenty, w których mam dość, czasami jest trudno bo wszyscy jesteśmy bardzo silnymi osobowościami, ale chodzi o to, żeby być otwartym na siebie, na porozumienie. W Teatrze Nowym jestem najdłużej, ale mam na przykład takie wspomnienie z Teatru Polskiego we Wrocławiu, gdzie kochałam panią garderobianę! Kochałam ją! To była staruszka, wyglądała jak Pani Łyżeczka, taka malutka, w okularach jak denka od słoika i obraz kiedy niesie nasze kostiumy poskładane w kosteczkę… ja nie zapomnę tego widoku. To jest bardzo wzruszające…

W Nowym też mamy super garderobiany i ja muszę o nich powiedzieć! Bo to jest część tego Teatru. Ilonka, Ania i Basia są pierwsze w kontakcie z nami i to one widzą jak ten zawód wygląda. Jak się pocimy, jak jesteśmy chorzy i musimy wyjść na scenę. Widzą nas w różnych nastrojach… To są dziewczyny, które nas łapią w kulisach, przebierają nas, są naprawdę blisko i ja sobie nie wyobrażam (a wiem, że są takie miejsca, takie teatry), żeby nie było między nami takiego ciepłego kontaktu. To jest tak stresujący zawód, że nagle ta garderobiana, to jest taka mama, to jest osoba, która cię przytuli, uspokoi. To są wspaniałe dziewczyny, naprawdę kochane! Nasi rekwizytorzy, dwa anioły, piękni ludzie – Marcin i Ula (Rysiu odszedł już na emeryturę, to też był anioł). Widać w ich zaangażowaniu, że kochają teatr, że lubią nas aktorów, a to nam dodaje otuchy i energii, kiedy próby nie idą, albo reżyser zachował się w nie najlepszym stylu. Tak też bywa. Anula od układania repertuaru, rozwiązująca wiele jeszcze innych problemów, Rafał Michalczuk – promotechnik piarowski czyni cuda, bo wiadomo, że w teatrze na promocje nie ma kokosów.

Teatr jest jeszcze nadal ludzki i wszyscy strzelamy do jednej bramki, więc staramy się – z różnym skutkiem – ale być jedną drużyną. Teatr jest rodziną, która i kocha się i nienawidzi, i się rozwodzi, i bierze ślub, tu się dzieje wszystko, a szczególnie w takich teatrach zespołowych, które mam nadzieję, nigdy nie zostaną zlikwidowane, na co politycy mają coraz większą ochotę. W takich właśnie teatrach jest szansa, żeby powstało coś naprawde wybitnego, dlatego że ludzie tu się naprawdę znają, ufają sobie i potrafią zaryzykować. Mogą też poświęcić czas na dopieszczanie przedstawień, grać je, nie są zajęci innymi projektami. O teatrze i naszych pracownikach mogłabym długo opowiadać, bo mamy całkiem niezłą ekipę, zarówno artystyczną, jak i techniczną.

Wspieraliście, wspieracie się nawzajem w Teatrze w tym trudnym, pandemicznym czasie?

Tak, choć teraz jesteśmy raczej rozdzieleni… Ci, którzy obecnie próbują, pewnie się wspierają i na pewno rozmawiają o pandemii. Bardzo nas wszystkich wspiera i opiekuje się nami dyrektor. Mamy sytuację dosyć komfortową, jeśli chodzi o artystów, teraz – w czasie pandemii – bo znam historie innych zespołów teatralnych i różnie tam bywa. Bardzo współczuję tym, którzy w czasie pandemii nie mają etatu.

Dobrze słyszeć, że macie takie wsparcie. To bardzo budujące.

Tak! Mogę podziękować i to bez żadnej kokieterii. Dzięki temu, że mam etat i dzięki temu, że jestem właśnie w Teatrze Nowym, gdzie dyrektorem jest Piotr Kruszczyński, a dyrektorem administracyjnym Jacek Nadarzyński (nie wiem jakby było z innymi dyrektorami), to nie boję się o rachunki, czy o to, że nie przetrwam następnego miesiąca… Akurat w naszym teatrze nie jest źle, aczkolwiek wiadomo że się boimy i chcemy już pracować, grać przedstawienia, spotykać się z publicznością. Zależy mi na tym bardzo i już przebieram nogami z niecierpliwości! Już się nie mogę doczekać, kiedy znowu wejdę na scenę i stworzę nowe istnienie.

Jestem w bardzo dobrym wieku, mam mnóstwo energii, otwartości na nowe i nie chcę tego tracić na czekanie. Myślenie o tym, co będzie, czy politycy otworzą teatry, a jak otworzą, to czy ich znowu nie zamkną, dobija mnie… nie wiem dlaczego nagle teatry są teraz najbardziej niebezpiecznym miejscem w Polsce. Zadziwiające… Nie potrafię tego zrozumieć, że to akurat ozonowane teatry, gdzie uważnie przestrzega się wszystkich obostrzeń, gdzie wszyscy mieliśmy testy tak łatwo się zamyka.

W  ,Porno”, w genialnej roli, której z całego serca gratuluję, wychodzisz po oklaskach z manifestem dotyczącym decyzji Ministra Kultury w sprawie Teatru Polskiego we Wrocławiu, Starego w Krakowie. Apelowałaś wtedy o stawianie czoła i wspieranie wolności polskiego teatru. W październiku 2020 widziałam Cię na Placu Wolności na proteście kobiet przeciw decyzji TK w sprawie aborcji, a na jednym z filmów Nieznanej aktorki masz przypiętą do koszulki błyskawicę – symbol strajku kobiet. Słowem, nie jesteś obojętna. 

Oczywiście, że nie! Wiesz, Porno powstało z mojej inicjatywy i manifest był także moim pomysłem, ja jestem za niego w pełni odpowiedzialna! Ten spektakl, jest takim moim lękiem… moim lękiem, który zaczął się materializować. Dokładnie wtedy, kiedy rozpoczęliśmy próby, zaczęły się problemy w Teatrze Polskim i za chwilę w Teatrze Starym. Dotknęła nas ta sytuacja z Czarkiem Studniakiem, reżyserem Porno, kiedy władza decyduje, kim jesteś, bezpośrednio. Nasze przedstawienie było o tym, o sytuacji,  kiedy system ogranicza wolność artysty i wolność człowieka. Mieliśmy świadomość, że nie robimy przedstawienia, które jest wykonem aktorki (ja bardzo pilnowałam, żeby tak nie było), a opowiedzeniem historii. Chodziło o pokazanie potrzeby – tak wielkiej – zatrzymania wolności i nauczenia się z nią żyć. Bo mam wrażenie, że my nie potrafimy żyć w wolności, że wolność jest o wiele trudniejsza niż systemy totalitarne. To jest przerażające! Takie są moje wnioski… że większość ludzi woli żyć w zamordyzmie, dlatego że w wolności trzeba myśleć, dokonywać wyborów i brać za nie odpowiedzialność, i co ważne – dawać wolność innym, a to jest w moim poczuciu bardzo dojrzałe i trudne do zrealizowania. I teraz nie chodzi o to, żeby się przepychać ze swoimi koncepcjami na wolność, ale komunikować, na ile pozwalamy komuś wejść w swoją sferę wolności i na odwrót. Żyjąc tak, jak mi się podoba, muszę mieć świadomość, że mogę ingerować w czyjąś wolność, że uważność na drugiego człowieka jest najistotniejsza w relacji.

Co do polityki… ja nie jestem znawcą, ale interesuję się tym, co w polityce  się wydarza, chodzę na wybory, nie jest mi to obojętne. Dlaczego? Dlatego, że uważam, że polityka to nasze życie, to jest jakość naszego życia i nie można się od niej odcinać.

Wolność… nie jest nam dana na zawsze.

Broszkę natomiast dostałam od wspaniałej Aliny Sułkowskiej. Jest miedziana, a ja miedź kocham prawie tak jak bursztyn, bo jest nieoczywista, dużo ciekawsza niż złoto i charakterna! Alina napisała też książkę Zapiski z czekoladowego pamiętnika, do której robię audiobooka. Zapraszam do nabycia tej pozycji, jest przepięknie wydana, pachnąca! Można pocierać strony i wąchać czekoladę. Cudna!

Domyślam się, że po intensywnej pracy nad postacią, taką jak Porno, emocjonalnym zaangażowaniu, pojawia się potem potrzeba jakiegoś odreagowania, czy wyciszenia, jak to u Ciebie wygląda? 

Spokój na pewno odnajduję w medytacji, praktykuję Karma Kagyu od kilkunastu lat. Uszczęśliwia i wycisza mnie też przyroda, dlatego tak cieszy mnie ta moja ostoja na Mazurach, czy to, że w domu w Poznaniu czeka na mnie mój mężczyzna. Skupiam się na tym, co jest teraz, chcę zauważać te momenty, w których jestem szczęśliwa, a jest ich coraz więcej i to nie jest związane z moją pracą zawodową, bo w Teatrze przez ostatnie trzy lata dostałam dwa epizody (które też są cennym doświadczeniem). Wymyślam sobie zajęcia. Pandemia zatrzymała realizacje paru moich pomysłów na siebie.

Skoro już wspomniałaś o Mazurach! Tęsknisz za tym miejscem teraz jakoś bardziej?

Tak… Myślę, że prędzej czy później tam wrócę. Wiesz, ja się urodziłam na Mazurach, tam spędziłam całe swoje dzieciństwo, stawiałam pierwsze teatralne kroki. Tak samo zresztą jak Czarek Studniak. Dorastaliśmy razem, działaliśmy w Szczycieńskim Domu Kultury, chodziliśmy na różne warsztaty aktorskie, robiliśmy spektakle! Mój debiut to była Kózka w jakiś pastorałkach (śmiech).

Ja uwielbiam Mazury, dużo jezior, dużo lasów, kocham je za to, że są takie dzikie! Dobrze się tam czuję. Wśród natury zapominam, że jestem aktorką, jestem w stanie wreszcie odpocząć. Natura mnie bardzo uspokaja. Na Mazurach spędziłam ostatnio cały kwiecień i początek maja. Przeżyłam cudowne chwile też z tego powodu, że mieszkam na terenie Rezerwatu Galwica, gdzie żyje mnóstwo gatunków ptaków! I to jakie nagrania ja tam zrobiłam, to jest istne szaleństwo! Tam są ptaki, które śpiewają w nocy! Wyobraź sobie te symfonie, które trwają 24 godziny na dobę! Symfonie, nie jakieś tam parę śpiewających ptaszków. Moja mama mi o tym opowiadała, ale ja pierwszy raz to przeżyłam. To było niezwykłe doświadczenie, a mogłam być tam w tym czasie tylko dzięki pandemii tak naprawdę, bo najczęściej wtedy gramy i to bardzo dużo gramy.

Zauważyłaś jeszcze jakąś wartościową zmianę, coś jeszcze się udało, zmieniło w czasie pandemii?

Dzięki pandemii zrealizowałam wreszcie pomysł na ramówkę/domówkę NAO, czyli  Nieznana Aktorka Odpowiada. Pomyślałam, że może to jest dobry moment, żeby w końcu zrealizować pomysł, który chodził mi po głowie od dwóch lat. Zastanawiałam się, czy Nieznana Aktorka opowiada, czy odpowiada i nawet miałam pomysł, że będę to co chwilę zmieniała. Ale Nieznana Aktorka Odpowiada mi odpowiada dlatego, że jest tytułem dosyć prowokacyjnym. Bo nieznana aktorka – czyli anonimowa – jest pod gradobiciem pytań i w dzisiejszych czasach jesteśmy pociągani do różnorakich odpowiedzialności (śmiech). I ten zbitek słów mnie bardzo bawi. Po prostu mi ten tytuł pasuje (śmiech).

I prócz tego, że jest zabawny, stoi – jak dla mnie – w dużej kontrze do kultu jednostki.

Tak, tak! Zauważyłaś to! Dokładnie tak!!!

Chciałam zapytać jeszcze o lektorowanie, o którym piszesz na swojej stronie internetowej [https://edytalukaszewska.pl/]. To druga obok aktorstwa pasja? 

Tak. To moja pasja. Uważam, że nie urodziłam się z wyjątkowym, przyciągającym słuchacza głosem. Mój głos budził się i rozwijał razem ze mną. Traktuje go jak istotę, o którą trzeba dbać, przyjaciela, który jest moim lustrem. Praca z głosem to moja wielka pasja. Głos może wiele opowiedzieć o człowieku. Praca lektora jest dla mnie magiczna i fascynująca.

Na swoim Facebooku napisałaś: Just relax < Jestem kimkolwiek myślicie, że jestem. Nie robi mi to żadnej różnicy > Drukpa Kunley. Motto, czy komunikat dla tych, którzy liczą, że się czegoś z tego Facebooka o Tobie dowiedzą?

Drukpa Kunley był indyjskim  joginem, wędrownym adeptem tantry i medytacji. Żył w latach 1455-1529. Można o nim poczytać w książce Szalony Jogin Drukpa Kunlej, a cytat znaczy  dla mnie tyle, że jesteśmy tym, czym chcemy być, niezależnie od opinii innych. Ludzie mają różne koncepcje na temat innych, a zapominają o sobie, o swoim rozwoju, a w moim poczuciu tylko na to mamy wpływ. Nie zmienimy i nie poznamy w pełni drugiego człowieka, ale możemy tę swoją energię zużyć na rozpoznanie siebie. Bez trwonienia jej na często mylne i niekompletne opinie na temat innych ludzi. Bo to jest oczywiste, że ludzie będą o nas mówić i wkładać nas w coraz to inne szufladki. A człowiek jest żywą promieniującą i zmieniającą się energią! Nie ma sensu zamykać go w jakiejś ograniczającej, martwej koncepcji. 

Ktoś może powiedzieć o mnie ładna, ktoś inny, że brzydka, głupia lub mądra, egoistyczna lub współczująca. I co z tego? Istotne jest to co się wydarza pomiędzy mną samą, pomiędzy tą co myśli, że istnieje i myślami, które pędzą jak szalone często bez składu i ładu. Czasami też myślę o sobie źle, albo dobrze. To się nieustająco zmienia. Robię to, co uważam za najlepsze dla siebie, a na innych staram się być uważna. Z różnym skutkiem, bo nie jestem doskonała, uczę się, nieustająco uczę się być, żyć, uczestniczyć i doświadczać świata. 

Ale czy to znaczy, że jestem albo taka albo taka? Wiem jedno. Wszystko się zmienia i to ode mnie zależy, czy te zmiany będą dobre, czy pouczające na przyszłość. To jest niekończąca się opowieść (śmiech).


zdjęcie główne: Katarzyna Drejling Fotografia

Artyści vs 2020 ~ Aleksandr Prowaliński

Aleksandr Prowaliński – malarz, grafik, scenograf, reżyser światła. Urodzony w Białorusi. Absolwent Mińskiego Państwowego Uniwersytetu im. Glebowa na Wydziale Malarstwa i Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Grafiki. W swoich pracach i projektach teatralnych zwraca szczególną uwagę na rolę obiektów oraz organizację przestrzeni za pomocą barw, które ciężko umieścić na kolorystycznym spectrum. Jego wrażliwość oscyluje między monochromatycznymi płaszczyznami i głębią uzyskaną dzięki rozwarstwieniu i nabudowywaniu świetlnych planów – Prowaliński szuka w półcieniu, stroni od kategorycznych kolorów, zatrzymuje się o ton niżej, tam gdzie nie są one jeszcze w pełni wyartykułowane i dlatego podążyć mogą w każdą stronę.

Gdybyś miał opisać 2020 w trzech słowach?

To byłoby to rozczarowanie, niepewność, nadzieja. W takiej kolejności.

Czyli kończysz rok z nadzieją! Skoro jesteśmy już w tym miejscu, to jaka jest dla Ciebie końcówka tego roku?

Na pewno bardziej świadomie podchodzę do swojego czasu. Wiem, że naprawdę pomiędzy projektami potrzebuję przerw.

To się wydaje takie normalne i oczywiste, prawda?

Tak! A my kompletnie o tym zapominamy! Kompletnie! Wszyscy niby jesteśmy świadomi, a z doświadczenia wiem, jak trudno to zrealizować. Natura przewidziała, że po pracy jest potrzebny czas na odpoczynek, a nam się czasami wydaje, że możemy tę naturę oszukać.

Jesteś niesamowicie wszechstronnym artystą. Malujesz, projektujesz scenografię, kostiumy, oświetlasz. I to nie tylko scenę, bo oświetlałeś przecież także Pałac Kultury. Jak poradziłeś sobie z tym, że świat tak nagle zwolnił, zamknął wiele możliwości, pokrzyżował niejedne plany?

Faktycznie, wszystko zwolniło i świat zaczął funkcjonować w nieco innym trybie. Jakieś projekty odpadły, było też dużo przesunięć. Ale kilka propozycji pojawiło się zupełnie spontanicznie. Dzięki temu też, jakoś sobie w tym roku radziłem bo pracowałem przy projektach, które niezwiązane były z kalendarzem teatralnym, na przykład projektowałem oświetlenie dla Zachęty,  czy rzeźby do ekspozycji dla prywatnej firmy w Paryżu. 

Zwolniłeś trochę?

Zwolniłem. Pamiętam, że w poprzednich latach bywało naprawdę intensywnie. Jeździłem z miasta do miasta, kończyłem produkcję w jednym teatrze, od razu wsiadałem w pociąg i ruszałem do kolejnego. Teraz nabrałem trochę innej perspektywy. Ten pierwszy lockdown nauczył mnie doceniać czas spędzony z bliskimi i ten przeznaczony na odpoczynek, o którym już mówiłem. Teraz dopiero widzę, jak bardzo tego potrzebowałem, zauważyłem w jakim szybkim rytmie żyłem. Ale nie tylko ja, bardzo wielu moich znajomych, artystów to potwierdziło. Ten lockdown to był punkt krytyczny! 

A coś zmieniło się Twoim zdaniem w samym teatrze?

Wydaje mi się, że przez to, że ludzie zaczęli bardziej świadomie traktować swój czas, to chyba planowanie jest bardziej skrupulatne.

Myślisz, że ma to związek z teatralną nadprodukcja w sieci?

No na pewno ma to z tym związek. Propozycji do obejrzenia w sieci jest tyle… spektakle, warsztaty, rozmowy, festiwale, że widz zaczyna selekcjonować. Ja, szczerze, nie jestem w stanie oglądać przedstawień online. Oglądam tylko nieliczne, wybrane tytuły, które z góry wiem, że były przygotowane specjalnie pod kamery, albo założenie, idea była taka, że kamery są bohaterem. Widziałem takie przedstawienia dwa, albo trzy. 

Ja uważam, że teatr jest stworzony po to, żeby doświadczać go na żywo, a to że teraz oglądamy go na ekranie, świadczy tylko o tym, że przywykliśmy, dostosowaliśmy się to sytuacji. I oczywiście to dobrze, bo nie stracimy dzięki temu pracy, a teatry utrzymują kontakt z widzami. 

Mnie się wydaje, że otwieramy w ogóle jakieś bardzo ciekawe kierunki, przełamujemy pewną konwencję bo takiej rewolucji, jak teraz w teatrze, nie było pewnie od lat 90. Te rejestracje wideo mogą być zalążkiem nawet pewnej idei – podziału świata teatralnego na dwie grupy odbiorców. Jedna część będzie wolała przedstawienia online, a druga wybierze pójście do teatru. Teatr w gruncie rzeczy jest bardzo niebezpieczną materią, on zadaje pytania, stawia często w niezręcznych, trudnych sytuacjach, prowokuje. Kiedy siedzisz na widowni, to to ci zupełnie inaczej ustawia emocje, zaangażowanie, niż gdybyś oglądała to samo w domu. I teraz albo ktoś ogląda bezpiecznie, albo lubi i wybiera to ryzyko. 

A malowałeś więcej?

Absolutnie więcej! Malowałem dużo, kiedy jeszcze studiowałem na Akademii, potem trochę mniej, bo pochłonęła mnie praca w teatrze. Ale podczas pandemii, wreszcie miałem czas, żeby  wrócić do tego w pełni! I to mi dało bardzo ważne spostrzeżenie, że w wirze pracy, braku czasu, zapominamy o tym, co jest dla nas bardzo ważne – jak dla mnie malarstwo. Mogłem w tym roku poświęcić temu dużo więcej czasu i poczułem, że w tej materii mam pełną swobodę. Jako scenograf, czy reżyser światła uzależniony jestem od decyzji reżysera, innych twórców, z którymi pracuję nad wspólnym projektem, a w malarstwie jestem sam ze sobą, ze swoim płótnem i narzędziami. I to jest szalenie istotne, bo buduje niezależność. To ważne, żeby twórcy, którzy pracują dla innych, czy z innymi nie zapominali o swoich własnych, osobistych projektach, które pozwalają spełniać się na zupełnie innym poziomie.

I to też chyba daje dystans.

Tak, dokładnie!

A więc do trzech słów, które wymieniłeś na początku, można by jeszcze dodać powrót do korzeni, powrót do siebie, do swojego wnętrza.

Tak! I wracanie do swoich marzeń, do swojej natury. Nawet ostatnio odbyłem taką rozmowę, w której zastanawiałem się, dlaczego w pewnym momencie ja zacząłem się tak potwornie stresować, niepewnie się czuć! Mimo że zawodowo, w teatrze, według mnie i wnioskując po opiniach, rozwijałem się super, czułem że cały czas idę do przodu, odkrywam nowe rejony i tak dalej. Zdałem sobie sprawę, że zapomniałem właśnie o tych swoich korzeniach, o swoich marzeniach, czyli malarstwie. I dopiero dzięki pandemii, która na poziomie funkcjonalnym przyniosła niepewność i rozczarowanie, zacząłem osiągać wewnętrzny spokój, mogłem skupić się na prostych, ale szalenie istotnych sprawach, jak dom, rodzina, bliscy i malarstwo, któremu poświęciłem przecież ogromną część mojego życia.

A odkryłeś coś nowego o sobie?

Na pewno osiągnąłem wreszcie ten wewnętrzny spokój, przestałem się tak potwornie stresować. Dla mnie końcowy etap pracy w teatrze, to niewyobrażalny stres, wręcz fizycznie odczuwalny. I faktycznie przez ostatnie pół roku zauważyłem, że to się bardzo zmieniło.

To jest ciekawe bo cały świat zaczął panikować, a Tobie 2020 przyniósł wytchnienie i spokój.

Wiesz, stresujesz się niepewnością, ale wewnętrznie przyjmujesz naturę rzeczy. Przyjmujesz, że nie na wszystko masz wpływ. Ostatnio przeczytałem gdzieś takie buddyjskie motto: ,,Kiedy jesteś spokojny to otwiera się przed tobą cały wszechświat” i to prawda! 

Niemal w każdym swoim wywiadzie powtarzasz, jak ważni są dla Ciebie bliscy i jak duży wpływ mieli niektórzy z nich na kształtowanie twojej artystycznej tożsamości. Udało ci się być z nimi blisko pomimo utrudnień i obostrzeń?

Tak, mimo wszystko jakieś spotkania były. Przyjaciele są dla mnie bardzo istotni bo to dzięki nim ten świat staje się po prostu milszy! (śmiech). Ale w tym roku poznałem też mnóstwo nowych ludzi, których gdyby nie pandemia, pewnie bym nie spotkał, bo to na przykład ekipy filmowe, nagraniowe. Dostałem też propozycję wejścia do operowego świata, z którym nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. 

A twoja rodzina?

Moja rodzina mieszka w innym kraju, więc w jakimś sensie moją rodziną tutaj, są przyjaciele. Bez nich bym zwariował! Tu zbudowałem swój dom, chociaż mój dom rodzinny znajduje się w miejscu, do którego nie mogę teraz nawet pojechać! 

2020 nie był łatwy po względem społecznym, politycznym dla Polaków, tym bardziej dla Białorusinów. Przeżywasz to mocno? 

Wiesz co, tu nie jest najlepiej, ale tam… Bardzo przeżywam to, co dzieje się w Białorusi! Strasznie. Kiedy były te protesty, siedziałem całymi dniami przed komputerem i oglądałem wszystkie relacje. Agresja, coś potwornie strasznego! Okropna przemoc wobec prostych ludzi, kobiet, emerytów. To wpłynęło na mnie bardzo. W Polsce jest jakaś opozycja. W Białorusi została zlikwidowana w dwa tygodnie, wycinka inteligencji pod korzeń.

Ten strach i niepokój odbija/odbije się jakoś w Twojej twórczości?

Na pewno!

Jesteś zwolennikiem teatru politycznego?

Chyba nie do końca. Artyści powinni flagować tematy polityczne, ale to trzeba robić naprawdę bardzo umiejętnie, inteligentnie, nienachalnie, nie po to, żeby komuś coś udowodnić. Teatr daje sygnały.

Skłaniać do myślenia, a nie podawać gotowe rozwiązania.

Tak, bo odbiorcy teatru nie są idiotami! I nie można dzielić teatru na sztukę dla artystów, twórców i krytyków i sztukę dla publiczności, co niestety czasami ma miejsce. Wiele razy mi się zdarzyło, że krytycy czegoś nie kupili, ale trafiło to do widzów! Jeśli przekaz nie działa na ludzi spoza teatru, to jest to wtedy sztuka dla sztuki. Tyle.

Tak, kiedy przekonujemy przekonanych, to komunikat krytyczny nie przedostaje się dalej…

Ideą teatru jest kierowanie treści do wszystkich, a nie do tych, którzy naszym zdaniem je zrozumieją. To wyższościowe podejście! Ja odbieram krytyczne recenzje jako opinię widza, nie jako wyrocznię. Każdy powinien podjąć własną decyzje.

Skąd ty czerpiesz tyle energii?

Robię to co lubię. Kiedy robisz to, co lubisz, nie potrzebujesz się ładować.

A inspiracje?

Inspiracja pojawia się naturalnie wobec procesu, idei która się tworzy podczas pracy nad spektaklem. To jest oparte w dużej mierze na mojej intuicji. Wiele czerpię od ludzi, z którymi pracuję, dużo z nimi rozmawiam o wizji, kontekstach. Wtedy dopiero zastanawiam się w jaki sposób przełożyć to na obraz świetlny. Proces jest niesamowicie ważny.

A jak już się to wszystko wreszcie skończy, to?

To pojadę na plaże! Do słońca! (śmiech)


zdjęcie główne: Sisi Cecylia

Artyści vs 2020 ~ Oskar Malinowski

O sposobach na przetrwanie pandemii i swojej pracy opowiada Oskar Malinowski – aktor, tancerz, choreograf, absolwent Wydziału Teatru Tańca Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Współpracuje z Komuna/Warszawa („Cezary idzie na wojnę”, reż. Cezary Tomaszewski, 2017  oraz  „Rodos”, chor. Wojciech Grudziński, 2019); Nowy Teatr w Warszawie („Języki Przyszłości/Future Tongues” chor. Ania Nowak, 2018); Teatr Fredry w Gnieźnie („Historia Przemocy” reż. Ewelina Marciniak, 2019); Zachęta Narodowa Galeria Sztuki w Warszawie („Topologia Pożądania”, chor. Agnieszka Kryst, 2019); Instytut Teatralny w Warszawie („Święto wiosny na aturi i mimozy wstydliwe”, reż. Klaudia Hartung-Wójciak, 2020).

Jak sobie radzisz w 2020?

2020… jak sobie radzę… cieszę się, że się wreszcie kończy. Myślę, że jak większość osób bo ten rok dużo narozrabiał.

A jakie emocje, jakie stany towarzyszyły Ci w ostatnim roku?

Oj! Przeróżne! I dramatyczne i euforyczne, zagubienia, i smutku, nostalgii. Wiesz, zależy, o którą część roku też chodzi bo tak naprawdę początek nie zapowiadał się tragicznie, wręcz przeciwnie. W styczniu byłem w Nowym Jorku z Cezarym [MK: ,,Cezary idzie na wojnę” w reż. Cezarego Tomaszewskiego prezentowany na scenie LaMaMa] i prócz tego, że bałem się, że przywiozłem stamtąd Covida (na szczęście jednak tylko anginę), to byłem dobrej myśli, miałem plany, projekty. A potem przyszedł marzec, lockdown. Nagle okazało się, że wszystko, co planowałem jest odwołane, że teraz moim światem będą te cztery ściany na Pradze. To nie był łatwy moment.

No tak, bo Ty jesteś cały czas w ruchu – próby, teatry, galerie, imprezy.

Dokładnie! To jest właśnie to! Cały czas w ruchu, cały czas coś się dzieje, wyjazdy… i takie nagłe zatrzymanie się jest po prostu drastyczne. Z dnia na dzień masz odcięte wszystko!

Jak wobec tego dostarczałeś sobie bodźców?

W różny sposób. Pracowałem ze swoim ciałem, tańczyłem, robiłem treningi online, poszerzałem też swoje umiejętności kulinarne i ogrodnicze. W pewnym momencie zrobiłem całkowite  przemeblowanie w mieszkaniu, żeby zmienić przestrzeń wokół siebie. Ale na początku to w ogóle oswajałem temat. Słuchałem wiadomości, czytałem artykuły, śledziłem statystyki. I dopiero po tym wszystkim stwierdziłem, że może to jest dobry czas, żeby po prostu wrócić do siebie i odszukać w sobie spokój.

I jak to robiłeś?

Przez rutyny. Wstajesz, masz czas na śniadanie. Ja staram się zawsze mieć czas na śniadanie, ale teraz masz czas na zajebiście długie śniadanie, na pierwszą kawę, na drugą kawę, możesz coś spokojnie obejrzeć, przeczytać, posłuchać. Taka celebracja życia, ale w zamknięciu. 

Powiedziałeś przed chwilą o powrocie do siebie. Czy w tym czasie, którego miałeś dużo więcej niż zwykle zrewidowałeś jakoś myślenie na temat siebie, swojej przyszłości, swoich planów, kariery? Czy zupełnie inny powrót do siebie miałeś na myśli?

Tak naprawdę, to w pewnym momencie myślałem, że to już jest koniec (śmiech). Niezłą huśtawkę nastrojów miałem. Projekt z ,,Cezary idzie na wojnę” był bardzo długi, miałem wtedy okazję pojeździć po świecie, zagrać na wielu prestiżowych festiwalach, na ważnych scenach i nagle dotarło do mnie, że muszę zmierzyć się z wizją, że długo, może nigdy nie wyjdę na scenę. W swojej głowie robiłem pożegnanie ze sceną bo spanikowałem! Jak zresztą prawie wszyscy moi bliscy na początku pandemii.

Czyli zacząłeś przyzwyczajać się do myśli, że teatr nigdy już nie będzie tym miejscem, które znamy?

Tak. Wiesz, bałem się tego, że wszystko zostanie zamknięte, ograniczone na dużo dłużej. Mnóstwo myśli, co dalej… Teraz mamy koniec roku, drugi lockdown, sytuacja epidemiologiczna jest jeszcze gorsza, ale głowa, przynajmniej moja, trochę się uspokoiła, zaakceptowała obecną sytuację.

Kiedy zapytałam Cię o emocje, to powiedziałeś, że z jednej strony był to smutek, panika, przerażenie, a z drugiej euforia. Co miałeś na myśli mówiąc o euforii, z czego ona wynikała?

Bo mnie rozpierało! Chociaż może euforia to faktycznie nie jest najlepsze słowo na określenie moich emocji wtedy. Bardziej chodziło mi o jakiś taki narkotyczny stan, w którym nie panujesz nad czasem, nie wiesz która jest godzina. I teraz myślę, że to rozpieranie wcale nie było pozytywne. Miałem energię, której nie potrafiłem, nie nauczyłem się jeszcze pożytkować.

Chcesz przez to powiedzieć, że 2020 to tylko złe emocje?

Nie, nie, absolutnie. Cieszę się bardzo, że udało mi się na przykład wreszcie spotkać z partnerem, spokojnie i zwyczajnie pobyć razem.

Wasz związek zyskał na tym, że byliście ze sobą tak dużo i intensywnie?

Tak, z tej perspektywy, doceniam ten lockdown. Często wyjeżdżamy w ramach różnych projektów i rzadko mieliśmy taki czas, kiedy po prostu siedzieliśmy w domu. I ta pandemia była dla nas swego rodzaju testem, egzaminem, mogliśmy się na nowo poznać. Trochę jak w reality show.

A jak sobie radzisz z niepewnością? Bo nie jesteś zatrudniony na etacie w żadnym teatrze, nie masz, nazwijmy je – podstawowym – zabezpieczenia materialnego.

Wiadomo, życie na freelansie ma swoje plusy i minusy. Wszystkie jego minusy wyszły w 2020. Bo albo masz oszczędności, albo ich nie masz, albo masz podpisane umowy, albo nie. Więc musiałem sobie jakoś radzić… i to w sumie zabawne, bo gdzieś mi mignęła reklama Vinted, wiesz, tej aplikacji [MK: sklep internetowy z odzieżą używaną]. A że miałem duuużo czasu i przestrzeni, żeby… zrobić porządki, zdecydowałem się, że założę tam konto i to był strzał w dziesiątkę.

Otworzyłeś butik?

Tak, zacząłem sprzedawać ciuchy! I nawet nie spodziewałem się, że będę mieć taki ruch! Bo wiadomo, wszyscy mieli wtedy więcej czasu, sklepy, galerie handlowe były pozamykane, więc naprawdę dużo ludzi przeglądało ubrania w tej aplikacji. Dzięki temu pozbyłem się nieużywanych już rzeczy, ale też nie ukrywajmy, miałem jakiś zarobek, pomoc w utrzymaniu się. Były takie okresy, że biegałem do paczkomatu trzy, cztery razy dziennie!

Widziałam, że byłeś też bardzo aktywny na Instagramie i Tik Toku (konto Oskara na IG: oskarmalinowski_).

No tak, na pewno intensywniej niż teraz. W tym czasie to była dla mnie taka przestrzeń kreatywna. Lubię to bardzo, tę możliwość kreowania siebie w totalnie różnych odsłonach. To trochę praca ze sobą, trochę nauka akceptacji siebie. Zacząłem też filmować małe performanse. I czasami pokazywałem w tych filmach swój faktyczny, obecny stan, albo kontrę do niego, a czasami jakąś tęsknotę. Ta przestrzeń Instagrama stała się dla mnie czymś więcej niż galerią zdjęć, a… dziennikiem. Postanowiłem też zmierzyć się z Tik Tokiem (śmiech).

Widziałam Britney Spears w Twoim wydaniu!

To było chwilowe, tydzień efektu wow, a później się złapałem na tym, że wrzucam tam same głupoty i pomyślałem ,,serio?! Ja to wrzuciłem?!” Całe szczęście można to usunąć.

Oczywiście, ale z jakiegoś powodu jednak decydowałeś się na to. Może to kwestia potrzeby wystawienia się dla widza, dostarczenia sobie bodźca w postaci obserwujących?

Tak! Jak najbardziej! Chciałem mieć odbiorcę, jakiś rodzaj konfrontacji z widzem. I wiadomo, że to są zupełnie nieporównywalne doświadczenia – żywy widz, a reakcja w Internecie, ale dawało mi to jakieś poczucie działania. A Tik Tok, to takie wesołe miasteczko w sumie. Trzeba mieć specyficzną energię, żeby się w to bawić (śmiech).

Skoro jesteśmy już przy zabawie, to czytałam, że Sylwestra spędzasz w Krakowie?

No mam nadzieję! 

Powiesz mi coś więcej o tym, co przygotowujecie z Cezarym Tomaszewskim?

Akurat podczas drugiego lockdownu jestem w próbach, co jest super! [MK: w przygotowaniu spektakl w reżyserii C. Tomaszewskiego ,,Cud mniemany czyli Krakowiacy i Górale” w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie]. Te próby też niestety różnie wyglądają ze względu na Covid bo w obsadzie jest bardzo dużo osób i część z nich albo było na kwarantannie, albo byli chorzy. Teraz póki co wszyscy są zdrowi i działamy. Zobaczymy co będzie dalej.

Znając stylistykę Tomaszewskiego to pewnie będzie się działo?

Oj będzie się działo! Premiera będzie streamingowa i odbędzie się na Boskiej Komedii [MK: 12 grudnia 2020, godz. 18], zapraszam!

Będziesz Krakowiakiem czy Góralem?

Gram Pastucha i Kościuszkę! Nie chcę zdradzać za wiele, ale na pewno będzie to bardzo roztańczony Pastuch i Kościuszko w trochę innej odsłonie. 

Próby do streamingu wyglądają jakoś inaczej niż te regularne?

Na pewno operatorzy, którzy będą filmować spektakl na żywo, będą musieli być przez dłuższy czas z nami na próbach, żeby wiedzieć co się dzieje w poszczególnych scenach, bo tu będzie naprawdę dużo akcji, kilka planów. 

Przygotowujesz się do tego jakoś wyjątkowo, inaczej?

Póki co, jeszcze o tym nie myślę bo jesteśmy na innym etapie prób. Temat streamingu i pytania czy ja mam performować do kamery, jak wzbudzić w sobie emocje, kiedy nie ma odbiorcy, przyjdą pewnie potem. Czasami zastanawiam się na ile to będzie doświadczenie teatru, a na ile planu filmowego, tak naprawdę. Czy jeszcze robimy teatr, czy już bardziej film… bo o ile multimedia, sztuki wizualne weszły już bardzo do teatru, to zawsze był ten kontakt. Nic nie jest w stanie zastąpić żywej wymiany energii.

Jaki masz stosunek do teatru online? Jako artysta i jako widz?

Zmierzyłem się z kilkoma spektaklami online, ale to nie było proste. Koncentracja. Nie byłem w stanie skupić się tak, jak w teatrze. Wiesz, oglądasz serial, film i zmieniają się obrazy, są kolorowe, pełne akcji, a teatr na ekranie jest bardziej statyczny. To są nagrania często z jednej kamery, ewentualne zbliżenia. Żeby wejść w teatr online, trzeba bardzo chcieć bo to wymaga od widza naprawdę dużego wysiłku żeby być uważnym przez dwie godziny, czasami dłużej. I wiesz, tu chodzi właśnie o to spotkanie, o którym mówiłem! Oddziaływanie scena – widz. A teatr online to jest spotkanie z obrazem, z komputerem, relacją. Wiadomo, teraz też rozmawiamy przez internet bo to jest jedyna opcja i wspaniale, że technologia nam to umożliwia, ale jak pięknie byłoby rozmawiać przy kawie… A jako artysta, trochę czuję, że to zwyczajnie jedyna dostępna możliwość, żeby jakkolwiek ratować, utrzymać kulturę. 


zdjęcie główne: fot. Bartek Zalewski

pozostałe zdjęcia: archiwum prywatne Oskara Malinowskiego

Zakonnice odchodzą po cichu

Agnieszka, Dorota, Joanna, Magdalena. Cztery kobiety, które łączy jedno – wszystkie wybrały życie zakonne i wszystkie z niego zrezygnowały. 

Źródłem świadectw byłych sióstr i ich historii, które posłużyły do stworzenia spektaklu jest genialny reportaż Marty Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu, z którego został zaczerpnięty także jego tytuł. Opolska inscenizacja jest już zatem drugim przetworzeniem historii kobiet.

Daria Kopiec – reżyserka wraz z dramaturżką Martyną Lechman podejmują w nim próbę zrozumienia powołania, poświęcenia swojego życia w służbę Bogu. Obnażają przy tym system, w którym kobieta jest zmuszona do posłuszeństwa. Manipulowana, tłamszona, uległa. 

Realizują to poprzez podzielenie spektaklu na dwie wyraźne części, rozdzielone rytualnym nałożeniem habitów. Aktorki przechodzą od monologów na temat wiary, które mogą być tak ich własnym doświadczeniem, jak dopowiedzeniem, kreacją wspomnień granych przez nie kobiet, do interpretacji opisanych w książce historii, w drugiej połowie. Wprowadzenie do wydarzeń pierwszej części jest bardzo inteligentnym pomysłem bo przyczynia się do zbudowania relacji – aktorek i widowni z opisywanymi bohaterkami. Dzięki temu prostemu zabiegowi nie mamy wrażenia nienaturalnego skoku prosto w niezrozumiały nam świat.

Wydaje się, że do drugiej – głównej części spektaklu wybrane zostały historie o największym potencjale scenicznym, choć to oczywiście nie jedyne moim zdaniem kryterium. Celem było też przedstawienie możliwie najszerszego przekroju charakterów i dojrzałości kobiet, ich motywacji.

Joanna (Joanna Sokołowska) młoda dziewczyna, słodka, urocza, nieświadoma swojej seksualności. Jej charakter został dobrze uchwycony w kostiumie – biała, dziewczęca sukienka z cekinowym sercem na udzie. W zakonie najpierw zaprzyjaźnia się z inną nowicjuszką – Magdaleną (Karolina Kuklińska), potem podczas wakacji, pomiędzy kobietami wybucha pożądanie. Spędzają razem noc, zakochują się w sobie. Magdalena tak w reportażu, jak i w aktorskiej kreacji Kuklińskiej zdaje się być od Joanny bardziej dojrzała, przebojowa i mniej naiwna. Jej habit to czarna suknia, mocno podkreślająca talię, której biała górna część jest odpinana. Po jej zdjęciu odkryty zostaje pełen dekolt kobiety. To fantastyczny zabieg stylistyczny, który pokazuje tak kobiecość, jak i w szerszym rozumieniu – człowieczeństwo i wynikające z niego potrzeby i popędy. Rozdzielenie zakonnic, ich inwigilacja przez inne siostry, poniżanie na forum przez matkę przełożoną, doprowadzają Magdalenę do myśli samobójczych. Kobiety decydują się na opuszczenie zakonu. Razem.

Dorota (wybitna rola Małgorzaty Mikołajczak) – wygadana, dowcipna, młoda kobieta z małej wsi. W zakonie chciała doświadczyć wspólnoty. Tymczasem jedyne co otrzymała, to tłamszenie, przemoc psychiczną, roztrzaskane poczucie własnej wartości skutkujące nerwicą, depresją, leczeniem psychiatrycznym i… wydaleniem z zakonu. Siostra przełożona poleciła Dorocie prowadzenie dzienniczka, w którym zapisywać miała swoje grzechy i postanowienia poprawy. W książce Abramowicz zostały zacytowane jego fragmenty w kolejności chronologicznej, co pozwala zarejestrować i przyjrzeć się stopniowemu postępowaniu choroby przy jednoczesnym braku zainteresowania pozostałych sióstr jej stanem, czy jakiejkolwiek formy wsparcia. Intensyfikujące się gesty, ruchy, powtórzenia, miotanie się, zmieniające się nastroje, strach i płacz w wykonaniu Małgorzaty Mikołajczak mistrzowsko ilustrują zapadanie się w szaleństwie i depresji, w końcu utratę powołania i wiary. W jednej z ostatnich notatek Dorota pisze: Żyję w wielkiej ciszy. Z nikim nie rozmawiam. Nikt do mnie nic nie mówi. Żyję osobno. To byłoby dobre, gdyby był Bóg. Ale jego nie ma.* Dorota ma na sobie koronkową, białą suknię i długi, ażurowy welon. To panna młoda porzucona przez Boga (swojego oblubieńca) i wspólnotę. Może dlatego jej welon skojarzył mi się z pogrzebowym woalem.

Agnieszka (Cecylia Caban), to kobieta pewna siebie, zaradna, przebojowa. Do zakonu wstąpiła, żeby nieść pomoc potrzebującym. Jej wizja funkcjonowania zakonów była mocno… romantyczna. Szybko okazało się, że zgromadzeniu nie była miła praca na rzecz potrzebujących. A przecież siostry miały piękny, jasny charyzmat: służyć biednym, pielęgnować chorych, otaczać miłością samotnych i wykluczonych.** Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Biedni posiłek owszem dostawali, ale odpłatnie; chorym siostry pielęgniarki robiły zastrzyki, ale nie za darmo. Przykładów można by mnożyć. Bunt Agnieszki przeciw zakonnym zasadom, był walką z wiatrakami. Każda próba wyjścia ze schematu kończyła się karą. Agnieszka to przykład idealistki, prawdziwej społeczniczki. Pewnie z tego względu jej habit to szerokie spodnie – wygodne i funkcjonalne. Odeszła po tym, jak po rozdzieleniu jej z siostrami wyznającymi podobne wartości, zaczęła się gorzej czuć.

Figury byłych sióstr zostały przeze mnie jedynie nakreślone. Znacznie ważniejszym wydaje się bowiem być sposób w jaki twórczynie zdecydowały się kobiety pokazać i jakiś środków do tego użyły. Bo pomysłów, prócz adekwatnych, wspomnianych już kostiumów Patrycji Fitzet, jest więcej. 

Jednym z nich jest muzyka na żywo, szalenie sugestywna! Pianistka – Natalia Czekała jest na scenie cały czas i jej rola nie kończy się na grze na instrumencie. Jest ona kimś w rodzaju demiurga, głosu wewnętrznego kobiet, ich ukrytych obaw, czasami przemocowym tonem siostry przełożonej, innym razem powierniczką. Ciekawa to rola, mocno dynamizująca całe przedstawienie także z uwagi na wspaniały biały śpiew Czekały. Zupełnie niekościelny, w kontrze do naturalnych skojarzeń. Pianistka w niektórych scenach tworzy z siostrami chór, co stanowi o wspólnocie. Temat wspólnoty przewija się zresztą przez cały spektakl. Relacje między zakonnicami się zacieśniają, kobiety wspierają się nawzajem, te które odeszły zdejmują welony pozostałym. Jest to raczej wyrazem myślenia magicznego twórczyń spektaklu, ich wyobrażeń, które chciałyby przekuć w samospełniające się proroctwo. Byłe zakonnice znikają bowiem bez śladu, w przestrzeni publicznej (w odróżnieniu od byłych księży) po prostu nie istnieją, nie ma dla nich grup wsparcia. 

Młode siostry mają przyjmować wszystko na wiarę i o nic nie pytać.*** Do zakonów przyjmuje się młode dziewczyny, zaraz po szkole średniej, pozwolenie na studiowanie należy do wyjątków. Nie ma obyczaju wyjaśniania przepisów, reguł i poleceń. Tak ma być i już. Wola Boska.**** Zostają złamane, stają się bezbronne, zawstydzone i zagubione. Słowem, zinfantylizowane przez zakon. Bardzo dobrze uchwycone zostaje to w choreografii autorstwa Anety Jankowskiej, która zawiera się tak naprawdę jedynie w przyruchach, drobnych gestach, postawie. Skromna, ascetyczna jest też scenografia. Pianino i cztery krzesła, dyskretne światło są jedynie tłem – prostym, nienarzucającym, wpisującym się w wyobrażenie powściągliwego wnętrza zakonnych cel.

Zakonnice odchodzą po cichu to spektakl, który unaocznia też przemoc wynikającą z kościelnej hierarchii – nowicjuszki są tłamszone, karami i pokutą zmuszane do posłuszeństwa (ich przykłady przybliża świadectwo każdej z obecnych w przedstawieniu sióstr). Po wyjściu z teatru wydaje się, że sacrum znajdziemy prędzej na ulicy niż w klasztorze, czyli tam, gdzie spodziewalibyśmy się jego urzeczywistnienia. Gdzieś między słowami wybrzmiewa tu także  patriarchat tak mocno zakorzeniony w kościele. Wszelkie decyzje, także te związane z zakonami żeńskimi są przecież podejmowane przez mężczyzn.

To zaś co wydaje się być (nie)zamierzonym efektem ubocznym spektaklu, to pytanie, czy można sobie wyobrazić pełnię życia bez wiary i czy wiara musi być związana z religią. Historie wszystkich czterech kobiet pokazują, że istnieje wiara w sensowność bez potrzeby religijności. 

Polecam gorąco!


* M. Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017, s. 47

** tamże, s. 70

*** tamże, s. 171

**** tamże, s. 17

fot. Krzysztof Ścisłowicz

Trzy epizody z życia

Granice między fikcją a rzeczywistością zostały zmiecione. Trzy epizody z życia to doświadczenie dobitne, bolesne i bezlitosne. 

Markus Öhrn wraz z zespołem analizuje w nich temat molestowania seksualnego i terroru w miejscu pracy. To nie pierwszy projekt, w którym Öhrn podejmuje problem toksycznych relacji i przemocy. W tryptyku „Conte d’Amour” (2010), „We love Africa and Africa loves us” (2012), „Bis zum Tod” (2014) rozprawia się z przemocą domową, europejskim wzorcem rodziny opartym na patriarchacie. Podobnie jak wtedy, w Trzech epizodach z życia podkreśla odpowiedzialność za zbrodnie wszystkich milczących obserwatorów. 

Cały projekt podzielony jest na trzy trwające nieco ponad godzinę, części.

Przedmiotem pierwszej są starania tancerki (Janet Rothe) o przyjęcie do kompanii tanecznej. Musi przekonać reżysera/choreografa (Jakobe Öhrman) i resztę zespołu, który tworzą trzy inne kobiety. Podczas próby mężczyzna tłumaczy istotę przekraczania granic, otwartości na sygnały płynące z ciała. Kobiety wchodzą w proces coraz mocniej, wypełniają wszystkie wizje reżysera. Markują kopulację, zdejmują z siebie ubrania, smarują swoje nagie ciała płynami ustrojowymi  (sperma, krew menstruacyjna, kał – symbolizujące kolejno – życie, kobiecą siłę i sprawczość, żyzność i ziemię). Płyny są według reżysera atrybutami pozwalającymi tancerkom na kolejne przekroczenia i przejście od reprezentacji do obecności.

Epizod ten kreślony jest przez Öhrna obrazem — cztery kobiece nagie ciała w transie, oblane papką z wydalin. Motyw fekalny urzeczywistniający się przy użyciu czekolady, soku, jogurtu i orgiastyczne, tantryczne ruchy tancerek, obserwujący je ubrany mężczyzna… wszystko to jest bardzo wymowne. Podobnie jak Rodrigo García w swoim kontrowersyjnym przedstawieniu Zabić, żeby zjeść, twórcy łamią tu umowności wynikające z przebywania w teatrze. García zabija na scenie homara, mówiąc o poczuciu winy i odpowiedzialności; Öhrn pozuje seks, pokazuje waginy, płyny ustrojowe mówiąc w ten sposób o cenie produkcji sztuki. 

Nie da się przeoczyć tu też odniesień do oświadczenia tancerzy Troubleyn, w którym oskarżają legendę europejskiego teatru Jana Fabre’a o seksizm, molestowanie, mobbing (więcej przeczytać można w Dwutygodniku, w tekście Katarzyny Tórz Bunt Wojowników Piękna)*. Naiwnym byłoby jednak twierdzić, że projekt Öhrna odwołuje się do jednego wydarzenia. Pierwsza część Epizodów z życia, to raczej pytanie o to, co jest sztuką i gdzie są jej granice — dla artysty, dla widza. Ile performer  jest w stanie przyjąć i zrealizować przy zaufaniu do geniuszu reżysera. 

W drugim epizodzie nowa tancerka odwiedza reżysera w jego pokoju hotelowym. Mężczyzna przygotował się do spotkania, ogolił sobie mosznę, kupił prosecco i prosciutto. Okryty białym szlafrokiem wita kobietę. Nie trzeba dużej wyobraźni, żeby wiedzieć jak skończy się to spotkanie. Zanim jednak dojdzie to seksu (oralnego) wbrew woli tancerki, twórcy przygotowali dla nas serię dość groteskowych zdarzeń – rozlewanie alkoholu, zabawa wędliną, masowanie stóp kobiety (mimo obaw, że jej stopy śmierdzą bo przyszła do hotelu pieszo). Z minuty na minutę napięcie sceny rośnie. Ta część zbudowana jest przede wszystkim przez genialną, dojmującą muzykę. Na żywo grają na pianinie – Arno Waschk i na thereminie – Dorit Chrysler. 

Część trzecia to proces sądowy. Mężczyzna zostaje oskarżony przez nową tancerkę o molestowanie seksualne. Na sali sądowej obecne są także trzy kobiety znane nam z pierwszego epizodu. Mężczyzna jest tu główną postacią, przedstawia siebie jako ofiarę. Zaś kobieta, która wniosła zarzuty – faktyczna ofiara przemocy – nie odzywa się wcale, w milczeniu zmuszona jest przeżywać traumę na nowo. Mówi to wiele o opresyjności systemu. Linią obrony choreografa jest oskarżenie wszystkich odbiorców jego sztuki o współodpowiedzialność. Markus Öhrn w wywiadzie z Piotrem Gruszczyńskim dostępnym na facebookowym fan page’u Nowego Teatru** podkreśla ten wątek bardzo mocno. Scena ta w formie jest zupełnie inna od pozostałych, to przede wszystkim treść i przekaz. Bez wabiącego obrazu, bez obecności muzyków, jakby oparta na słowach Philipa Zimbardo z Efektu Lucyfera: Podejmując problem zła, zwykle koncentrujemy się na agresywnych działaniach sprawców, lecz brak działania także może być formą zła, gdy trzeba udzielić pomocy, sprzeciwić się, okazać nieposłuszeństwo lub ujawnić zło. Jedną z najistotniejszych, a najmniej uznawanych przyczyn zła, poza głównymi sprawcami, protagonistami krzywdy, jest milczący chór, który patrzy lecz nie widzi, który słucha, lecz nie słyszy.***

Trzech epizodach z życia, Öhrn nakłada performerkom i preformerowi maski — wielkie kuliste bryły, z otworami na oczy i usta, o zdeformowanych, makabrycznych kształtach (przypominają te z Sonaty Widm — spektakl, który swoją premierę miał w 2017 roku w Nowym Teatrze). Wszystkie epizody są nagrane i wyświetlone w formie niemego filmu przerywanego jedynie napisami. Öhrn zasłania więc twarze aktorek i aktora — organ ludzkiego ciała najbardziej intymny bo wyrażający emocje i wycisza głos – narzędzie te emocje artykułujące. Przy pomocy niebanalnych środków, niespodziewaną narracją Markus Öhrn torpeduje treścią – dobitnie i wprost. 


* Katarzyna Tórz, Bunt Wojowników Piękna, Dwutygodnik, wydanie 249

https://www.dwutygodnik.com/artykul/8070-bunt-wojownikow-piekna.html

** https://www.facebook.com/MCKNowyTeatr/videos/785117765579769

*** P. Zimbardo Efekt Lucyfera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008

fot. mat. Nowy Teatr w Warszawie

Jutro przypłynie królowa

Wyspa Pitcairn — terytorium zamorskie Korony Brytyjskiej, cztery kilometry kwadratowe lądu na środku Pacyfiku. Lasy mandarynkowe, spora liczba nienazwanych jeszcze roślin, piękna zatoka. Produkowanym tu miodem podobno zajada się sama Elżbieta II. Jest tu jedna droga, kilka quadów, brak lotniska, czy portu. 

Na wyspie żyje zaledwie pięćdziesiąt kilka osób, z których większość (ci prócz przyjezdnych, czyli Obcych i Przechrztów) to potomkowie buntowników ze statku Bounty i uprowadzonych przez nich dwieście lat temu Tahitańczyków i Tahitanek. 

Wydawać by się mogło, że Pitcairne to raj na ziemi, ma wszystko by stać się oczywistą mekką wielbicieli prostego, spokojnego życia w komunie, w bliskim kontakcie z naturą, zbiegów systemu.

Dlaczego więc tym rajem nie jest i przed czym ostrzegano Mariusza Wasielewskiego, autora reportażu ,,Jutro przypłynie królowa” przed przyjazdem na wyspę? Dlaczego mówi się o niej, że jest przeklęta?

Powodów jest kilka — bieda, spadek demograficzny, brak wygód, rozbijające się o skalne brzegi wyspy, statki. Lecz najważniejszym z nich jest… tradycja. Tradycja kazirodztwa i pedofilii.  Jedna z niepisanych zasad Wyspiarzy brzmi: ,,Dzieci są otaczane troską do czwartego roku życia. Wtedy najbardziej kształtuje się ich charakter. Odtąd gotowe są służyć wspólnocie całe życie.”* O ile jedni, czyli mężczyźni służą wspólnocie budując domy, tak kilkunastoletnie (a czasem nawet kilkuletnie) dziewczynki wykorzystywane są seksualnie. Za przyzwoleniem rodziców są brutalnie gwałcone przez sąsiadów, wujków, kuzynów… W tej ocenie nie ma miejsca na relatywizm kulturowy. Wyspiarze żyjący w odosobnieniu ustanowili własne prawa i zwyczaje. Miarą sprawiedliwości jest tu siła — ta fizyczna. Kto ma jej więcej, może wszystko.

Spektakl Wrocławskiego Teatru Współczesnego w reżyserii Piotra Łukaszczyka o tytule tym samym co książka, nie tylko mówi, o tym co wydarzyło się na Pitcairn, ale zadaje pytanie — dlaczego. Podkreśla też wątek mileczenia jako współodpowiedzialności za zbrodnię.

Wyspa zbudowana jest tu na planie koła, wyznaczonego przez tory — wspomniana wcześniej jedna droga, po której porusza sie na trzykołowym rowerze Rusty (Miłosz Pitruski). To bezbłędna metafora przynależności do wyspy i wspólnoty. Mężczyzna może poruszać się nim tylko tutaj i wyłącznie jedyną dostępną trasą… brak tu miejsca na  ewentualną ucieczkę, czy poszukiwanie alternatywy, zmianę planów. Nad nią kaskadowo zawieszone stare, podziurawione karnistry po benzynie, gary, konewki, które po zapaleniu umieszczonych w nich żarówek stają się księżycem i rozgwieżdżonym niebem (reżyseria świateł Jędrzej Bączyk). Wszędzie porozrzucane są jakieś sprzęty, śmieci, gdzieś z boku sceny co jakiś czas odzywa się radio. Scenografia autorstwa Michała Araszewicza bardzo dobrze oddaje krajobraz nakreślony przez Wasielewskiego w reportażu. 

Wszyscy aktorzy — Wyspiarze są na scenie od początku do końca. Ten zabieg perfekcyjnie oddaje kolektywność społeczności, tworzonej przez nich codziennej tkanki. Równocześnie nie pozostawia złudzeń — wszyscy, każdy z mieszkańców wyspy, bez wyjątku, doskonale wie o obowiązującej tu ,,tradycji”. Żyjąc w mocno związanej komunie, na tak małej powierzchni wspólnych zależności, po prostu nie sposób nie wiedzieć. Każdy odwracający plecy i wkładający watę w uszy mieszkaniec Pitcairne jest współodpowiedzialny za zbrodnie wyrządzone dziewczynkom, niewyobrażalną traumę dorosłych kobiet. Jest tu taka scena, w której aktorzy zakładają  na głowy tetrowe pieluchy, tworzą okrąg wokół gwałconej właśnie przez Wujaszka (Bartosz Woźny) Veroniki (świetna Maria Kania). Tetrowe pieluchy, przez które przebija obraz i każdy dźwięk…

Ból dziecka (wzruszające rozmowy sióstr Lisy — Jolanta Solarz – Szwed i Veroniki) uzasadniony jest zwyczajem. Donna (Anna Błaut) — matka dziewczyn, ich strach i cierpienie tłumaczy koniecznością dbania o wspólnotę. Bo bez wspólnoty człowiek nic tu nie znaczy, ludzie są od siebie zależni. Przez pryzmat Donny twórcy spektaklu pokazali wszystkich rodziców oddających swoje córki w ręce oprawców. Punkt ciężkości został tu jednak nie bez powodu położony na Donnę — matkę — kobietę, czyli najbardziej cierpiącą część zaburzonego systemu. Kobieca wspólnota naznaczona jest tu więc i bólem i niewypowiedzianym porozumieniem. Zostało to bezbłędnie zobrazowane w szaleńczym tańcu Wyspiarek, z całym wachlarzem gestów, przyruchów, grymasów (choreografia autorstwa Tomasza Wesołowskiego).

Każda próba odejścia od ustalonych przez patriarchat zasad jest tłamszona w zarodku. Jak uczucie Kretyna (Jakub Mikulak) do Abigail (Diana Kozłowska). Kiedy para zostaje przyłapana na flirtowaniu, męska część społeczności poniżaniem, przemocą i groźbą wykluczenia, zmusza go do zgwałcenia dziewczyny. 

Akcja spektaklu nabiera innego tempa, kiedy do Wielkiej Brytanii docierają informacje o pitcairneńskich zbrodniach. Rozpoczyna się wtedy prawdziwy korowód wzajemnego zrzucania na siebie winy i odpowiedzialności, racjonalizacji wydarzeń i oczyszczania. Prym w hipokryckim tłumaczeniu i miotaniu się wiedzie pastor Lu, mąż Donny zagrany doskonale przez Krzysztofa Boczkowskiego. Osoba duchowna, która winna stać na straży sacrum, jest tą, która swoje zachowanie (pastor nie gwałcił, ale jedynie… podglądał) tłumaczy ideologią i ludzką słabością. Mówi, że ,,obserwacje życia czynią jego kazania bardziej wiarygodnymi”. Obrzydliwość i nieodparte wrażenie, że skądś to znamy. Przed oczami sceny z filmów braci Sekielskich. Pastor broni się tak, jak bronią się dziś w Polsce księża pedofile. 

Na koniec Veronika — spokojnym, kojącym wręcz głosem wygłasza monolog. Nastrojem oderwany od obrazów i treści, które właśnie do nas dotarły. Monolog o nadziei. Na ucieczkę, na długi most, którym przejdzie nad oceanem do innego życia, na spokój.

,,Jutro przypłynie królowa” to utrzymany w poetyce mitu, legendy wstrząsający spektakl o wyjaśnianych kulturą wynaturzeniach. O wspólnocie i współodpowiedzialności każdego z jej członków za zbrodnię, która wydarzyła się pod okiem Boga i brytyjskiej Królowej. Podczas spotkania z twórcami spektaklu pojawiło się pytanie, czy można przełożyć historię małej wysepki otoczonej wodami Oceanu Spokojnego na polską rzeczywistość. Ja odpowiem na nie pytaniem — czy trzeba to robić, żeby spektakl odłożył się w naszym ciele i skłonił do refleksji? 


*M.Wasielewski ,,Jutro przypłynie królowa”, Wydawnictwo Czarne 2020, s. 127 

fot. Natalia Kabanow

Życie intymne Jarosława

A pierwsze zamknienie

To moje spojrzenie,

Że ja ciebie nie chcę znać.

A drugie zamknienie

To wysokie sienie,

Po których muszę stąpać.

A trzecie zamknienie

To siwe kamienie,

Pod którymi muszę spać.

Słowa ,,Pieśni kurpiowskich” Karola Szymanowskiego brzmią już kiedy wchodzimy na widownię Malarni Teatru Wybrzeże. Trzy męskie głosy cicho, jakby w zamyśleniu śpiewają o śmierci…  Półprzezroczystość dymu i ciepłe światło (Damian Pawella) nadają scenie miękkości i liryczności. Na dole sceny siedzi półnagi, przystojny, dobrze zbudowany, młody mężczyzna. Pozą przypomina rzeźbę greckiego boga; kolejnych dwóch leży na rozstawionych z tyłu sceny podestach.

Metalowo — drewniane rusztowanie, rozwieszona w tle gruba folia malarska (scenografia autorstwa Kornelii Dzikowskiej) i bałagan kabli przy stanowisku muzyka Rafała Ryterskiego przypominają budowę/kulisy. Tworzą metaforę nawarstwienia tematów i emocji, a także pewnego rodzaju tabu. 

Młody mężczyzna okazuje się nie żyć i przygotowywany jest właśnie do pochówku. To Jurek Błeszyński — największa miłość i muza Jarosława Iwaszkiewicza, jak pisał o nim — ,,mój jedyny, mój najdroższy”. Tanatotoaletę z namaszczeniem, miłością do ludzkiego ciała, ale też dużą wprawą i zwyczajowością wykonuje Dziad Szpitalny (Robert Ciszewski). Wszystkiemu przygląda się starszy mężczyzna w szarym, wełnianym garniturze. To Jarosław Iwaszkiewicz grany przez Krzysztofa Matuszewskiego (wiemy to, chociaż w całym spektaklu ani razu nie pada nazwisko pisarza). Tą mocno sensualną sceną rozpoczyna się “Życie intymne Jarosława” w reżyserii Kuby Kowalskiego, na podstawie tekstu Magdy Kupryjanowicz i Michała Kurkowskiego. Nielinearna opowieść o Iwaszkiewiczu, jego żonie Annie i wspomnianym Jurku Błeszyńskim; o uczuciach, skomplikowanych relacjach, przywiązaniu, ,,(…) miłosnym poszukiwaniem świętego Graala”*.

Spektakl Kuby Kowalskiego powstał na podstawie korespondencji, dzienników i wątków z opowiadań Iwaszkiewicza. W ,, Życiu intymnym Jarosława” Jurków jest trzech. Ten grany przez Piotra Biedronia jest zbuntowany i nieufny, Marcina Miodka najbardziej zmysłowy, uwodzicielski, efemeryczny, Jana Napieralskiego bierny. Różnice te najlepiej widać chyba w scenie przy stole w mieszkaniu Iwaszkiewiczów. Opisany zabieg teatralny ma na celu (podobnie zresztą jak scenografia) pokazanie wielowątkowości relacji Iwaszkiewicza i jego o prawie cztery dekady młodszego kochanka. Z jednej strony jest to wynikająca z relacji duchowość, inspiracja i twórcze uskrzydlenie poety; z drugiej pociąg seksualny, próba życia w zgodzie ze swoimi potrzebami, a wbrew PRL-owskiej ideologii wypierającej ze zbiorowej świadomości istnienie homoseksualizmu. To też niepewność, pasywność i wyrachowanie — Błeszyński był żonaty i miał dzieci. Iwaszkiewiczowi znany był też jego autodestrukcyjny tryb życia, liczne kochanki. Z racji złej sytuacji materialnej, Jurek często korzystał z pomocy finansowej pisarza. Natomiast gruźlica, na którą chorował Jerzy, intensyfikowała dodatkowo zakazaną znajomość bo uświadamiała o czasowości jej trwania. Błaganie młodszego kochanka o miłość wydaje się być w tym kontekście niezwykle smutne i tragiczne.

Choroba i pewna interesowność Jurka, ale też jego wiek sprawiały, że stawał się dla Iwaszkiewicza często nieuchwytny, nieosiągalny. Jego ciało było młode, skóra jędrna.  Popychało to poetę tak w zachwyt, jak w zażenowanie. Sprawiał wrażenie jakby kwestia fizyczna ich romansu interesowała go najmniej (może wcale), co widać wspaniale, między innymi w scenie, gdzie zafrasowany opowieścią Iwaszkiewicz zdaje się nie zwracać uwagi na uwodzenie, rozbierającego go właśnie kochanka. Pisarz odwraca się, zakrywa, opowiada dalej. Czuły w słowach. Jak czytamy w wywiadzie z reżyserem w Gazecie Wyborczej: ,,Iwaszkiewicz ~przepisywał~ w „Dzienniku” swoje życie intymne, sam przed sobą je niejako uwznioślał, często ukrywał czy bagatelizował seksualną stronę relacji z Błeszyńskim i próbował nadać jej wyłącznie charakter duchowy. Jest coś niezwykłego w tej mieszance hipokryzji, pruderii, uwewnętrznionej homofobii i utopijnego marzenia o pokrewieństwie dusz, o wzniesieniu się ponad brudną cielesność. Coś naszego, polskiego.”* Urzeczywistnia się to także w choreografii autorstwa Katarzyny Sikory, w której trzech synchronicznych Jurków wymyka się poecie, jest zawsze krok przed nim. Są szybsi, zmysłowi, wyzywający, eteryczni, zgodni. 

Opowieść i układ dopełnia postać Anny Iwaszkiewicz (świetna rola Anny Kociarz) — żony pisarza, z którą spędził ponad pięćdziesiąt lat i miał dwie córki. Anna, czy jak nazywał ją poeta — ,,Hania” doskonale wiedziała o romansie męża z Błeszyńskim, nie tylko mu się przyglądała, ale umożliwiała jego dalsze trwanie. ,,Anna odgrywa rolę drugoplanową i zasadniczą zarazem. (…) przez całe życie Iwaszkiewicza (…) była jego oparciem, najbliższą rodziną, najbliższą przyjaciółką.”* Postać wielowymiarowa. W spektaklu przesuwa się między scenami, przeciera metalowe elementy scenografii ściereczką, krytyczna i poważna, wypowiada się i zachowuje z rozwagą. Dla Błeszyńskiego bywa matką, choć wydaje się, że czasami wolałaby być kochanką, poczuć ożywienie, o którym tak wiele mówił jej mąż. Kowalski poprzez sceny niedopowiedzianego flirtu Błeszyńskiego z Anną pokazuje pewien margines ustalonego systemu. Przez cały spektakl jednak Anna stanowi dla obu mężczyzn opokę i wsparcie. Spokoju szuka zaś w modlitwie. Jest w niej jakaś niejasna siła, a zarazem subtelność. 

,,Życie intymne Jarosława” jest, jak chciał i zapowiadał reżyser, ,,poetycką opowieścią”*. I choć nie jest politycznym czy społecznym manifestem, na krótki moment wyrasta w niej odniesienie do tragicznego podziału Polek i Polaków, nagonki na środowisko LGBT+. Na tle przerobionej przez Ryterskiego, bo zaskakująco lirycznej wersji piosenki Y.M.C.A. zespołu Village People, przez środek widowni z tęczową taśmą gimnastyczną w ręku, przechodzi Robert Ciszewski z głośnym apelem: ,,Do czego doszło, że musimy walczyć o tak podstawowe prawa, jak prawo do kochania?”.

*,,Jarosław Iwaszkiewicz i jego życie poza normami” 

Z Kubą Kowalskim rozmawia Przemysław Gulda

Gazeta Wyborcza, 22 lipca 2020

https://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35611,26142962,jaroslaw-iwaszkiewicz-i-jego-zycie-poza-normami-w-queerowej.html

fot. Dominik Werner

Marzec 2020

6.03 Wracać wciąż do domu, reż. Magda Szpecht
TR Warszawa

7.03 Inni Ludzie, reż. Paweł Miśkiewicz
Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie

7.03 Piknik pod Wiszącą Skałą, reż. Mira Mańka
Teatr Współczesny w Szczecinie

7.03 Być jak Thelma i Louise, czyli w stronę Meksyku, reż. Łukasz Zaleski
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

7.03 Jednorożec, reż. Adam Orzechowski
Teatr Powszechny w Łodzi

7.03 Rozbitkowie, reż. Justyna Łagowska
Teatr Ludowy w Krakowie

7.03 Gwałtu, co się dzieje! reż. Jacek Głomb
Teatr im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim

7.03 Cyrano de Bergerac, reż. Paweł Aigner
Teatr Polski w Bielsku-Białej

13.03 Mykwa, reż. Karolina Kirsz
Teatr Żydowski w Warszawie

13.03 Udając ofiarę, reż. Krzysztof Dracz
Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie, filia we Wrocławiu

13.03 Ślub, reż. Radosław Rychcik
Teatr Zagłębia w Sosnowcu

14.03 Błękitny Pies, reż. Agata Skowrońska
Teatr Polski we Wrocławiu

14.03 Bracia Karamazow, reż. Marta Streker
Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie

14.03 I tak nikt mi nie uwierzy, reż. Wiktor Rubin
Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie

19.03 Oszuści, reż. Jan Englert
Och-Teatr w Warszawie

20.03 Opętani, reż. Igor Gorzkowski
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

21.03 PRAWDA PRAWDA PRAWDA PRAWDA PRAWDA PRAWDA PRAWDA PRAWDA,
reż. Agata Duda-Gracz
Teatr Śląski w Katowicach

21.03 Pensjonat pana Bielańskiego, reż. Marek Gierszał
Teatr Dramatyczny w Białymstoku

21.03 Nad Niemnem, reż. Jędrzej Piaskowski
Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie

21.03 Nana, reż. Monika Pęcikiewicz
Teatr Polski w Poznaniu

25.03 Najczęściej zadawane pytania. Rewia Drag Queen, reż. Piotr Soroka
Novy Ruch Teatr we Wrocławiu

27.03 Jezioro, reż. Daria Kopiec
Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

27.03 Powrót Tamary, reż. Cezary Tomaszewski
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

27.03 Ożenek, reż. Robert Czechowski
Lubuski Teatr w Zielonej Górze

27.03 Matka, reż. Radosław Stępień
Teatr Nowy w Poznaniu

27.03 Inni Ludzie, reż. Maciej Gorczyński
Teatr Barakah w Krakowie

27.03 Ludwiczek, reż. Daniel Malchar, Rafał Szumski
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

27.03 Cenci, reż. Seb Majewski
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

27.03 Wyzwolenie, reż. Włodzimierz Staniewski
Europejski Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice

27.03 Oresteja, reż. Grzegorz Jaremko
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

28.03 Kariera Nikodema Dyzmy, reż. Piotr Ratajczak
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

28.03 Iwona, księżniczka Burgunda, reż Waldemar Śmigasiewicz
Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

28.03 Widok z mostu, reż. Janusz Kijowski
Teatr Drmatyczny w Płocku

28.03 Kazuko, reż. Laura Sonik
Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie

28.03 Dowcip, reż. Bożena Suchocka
Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu

28.03 Matka Joanna od Aniołów, reż. Wojciech Faruga
Teatr Narodowy w Warszawie

 

fot. mat. TR Warszawa

Fantazja

Anna Karasińska w wywiadach powtarza, że zanim rozpocznie pracę w danym teatrze, najpierw stara się zapoznać z miastem, z atrybutami jego mieszkańców i ich potrzebami. Co takiego odnalazła, zdiagnozowała w Warszawie, gdzie w TR premierę dwa lata temu miała Fantazja? W rozmowie z Marceliną Obarską (Culture.pl), reżyserka mówi, że: był to smutek i dehumanizacja miasta, które jakimś cudem odbudowało się na cmentarzu, ale tego nie przepracowało, bo nie miało jak. I teraz, takie jak jest, z tym cmentarzem pod chodnikiem, wstydzi się siebie i chce być nie sobą, tylko zachodnią Europą. (…) Czułam, że potrzebny jest spektakl, który będzie sprzyjał nawiązywaniu utraconego kontaktu. Ze sobą i z innymi.*

Fantazja to projekt/przypomnienie o codziennym doświadczaniu niepowtarzalnej a ignorowanej przez nas sytuacji bycia tu i teraz. Jego forma zaś rozmontowuje utarte, tradycyjne rozumienie teatru.

Fantazja jest spotkaniem nie tylko aktorów, aktorek i reżyserki, ale także zaangażowaniem do tego spotkania widowni. Oś spektaklu opiera się na wyobraźni i niejako wymusza na partycypujących w tym doświadczeniu widzach, empatyzowanie, fantazjowanie na temat konkretnych ludzi, w konkretnych sytuacjach, kreślonych z offu przez obecną w teatrze Karasińską. Reżyserka od razu wyjaśnia, że spektakl jest rodzajem eksperymentu, że nie ma wyraźnego scenariusza i opiera się na żywym reagowaniu przez nią nad przebiegiem. Z racji tego, że dzieje się tu i teraz, niewykluczone, że się zaśmieje albo pomyli. Podczas spektaklu, który ja oglądałam zamierzenie to zostało zaburzone przez wyświetlane nad sceną, angielskie tłumaczenie, które dyktowało pewną kolejność, rozstroiło dowolność reżyserki, spontaniczność podejmowanych przez nią decyzji. Nie mniej, można powiedzieć, że sposób ten odkrywa przed nami pewne profanum teatru, czyli rozmowy reżysera z aktorami, przygotowania, momentami przypomina improwizację. Co najważniejsze, taka forma skutecznie rozwiązuje uprawomocniającą się po wejściu do teatru, umowę pomiędzy aktorem a widzem, gdzie zwykle role są jasno określone i dzielą się na oglądanych i oglądających, oświetlonych i schowanych bezpiecznym półmroku. Tu światła nad widownią nie gasną w chwili rozpoczęcia akcji, co umożliwia nieprzerwany kontakt wzrokowy, porozumienie między sceną a widownią.

Fantazja_348

Nie ma tu specjalnej akcji, motywem spektaklu jest odnajdywanie się aktorów w dyktowanych przez Karasińską sytuacjach. Reżyserka zwraca się do sześciu, cały czas obecnych na scenie aktorów i aktorek (Dobromir Dymecki, Monika Frajczyk, Rafał Maćkowiak, Maria Maj, Agnieszka Roszkowska, Adam Woronowicz) po imieniu, przypisując im kolejne emocje i konteksty. Mówi trochę do nas, a trochę do aktora, na przykład: Dobromir (Dobromir Dymecki) gra teraz białego niedźwiedzia, z którym każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Albo: Adam (Adam Woronowicz) jest teraz widzem, który właśnie przyszedł do teatru i za cholerę nie wie, co się tutaj dzieje. Do Moniki Frajczyk: Monika wstydzi się tańczyć do piosenki, którą lubi.

To przykłady sytuacji, krajobrazów mentalnych, w których każdy z nas potrafi się z łatwością umiejscowić. Karasińska fantazjuje na tematy prawdopodobne, ale też te mniej realne, bliskie, jak polecenie wejścia w skórę wyzyskiwanego w fabryce rodzynek, dziecka.

Za pośrednictwem abstrakcji zaś, reżyserka wprowadza element grozy, który silniej atakuje naszą wyobraźnię. Przykładem jest historia chłopca, która rozpoczyna się poleceniem przez Karasińską Monice Frajczyk wczucia się w rolę łyżeczki, która nabiera dżem i trafia do ust małego chłopca siedzącego na tarasie. Reżyserka pozwala nam go polubić, popłynąć razem z nim w melancholijną podróż do jednego z tych pięknych, letnich poranków, kiedy sami byliśmy dziećmi. Po to tylko, żeby zaraz powierzyć Marii Maj rolę osy szepczącej owemu chłopcu do ucha, że za moment zabije całą jego rodzinę. Właśnie te abstrakcyjne sytuacje, jak żadne inne, są pryzmatem naszej obojętności i rutyny, w której nie skupiamy się na otoczeniu. Zajęci sobą nie zauważamy niczego prócz czubka własnego nosa. Społeczeństwo jest, jak przez analogię do Warszawy opisała to Karasińska: bardzo drogie, uprane i uprasowane, aseksualne, nikt nikogo nie widzi, a uprzejmość służy demonstrowaniu tego, że ma się klasę, a nie nawiązywaniu realnych kontaktów między ludźmi.* Twórcy pokazują nam w ten sposób egocentryzm i samotność, której dobrowolnie się oddajemy.

Twórcy spektaklu maksymalnie koncentrują się na relacji, odcinają wszystko co w takim kontakcie pośredniczy. Nie ma tu scenografii ani specjalnych kostiumów – Paula Grocholska ucharakteryzowała aktorów i aktorki tak, żebyśmy możliwie najmocniej poczuli poufny i nieoficjalny charakter spotkania z aktorami i aktorkami. Wyglądają oni bowiem tak, jakby znaleźli się na scenie przez przypadek, wstępując do TR w drodze na zakupy – we własnych ubraniach, butach, trochę zaskoczeni obecnością widowni. Poza kilkoma scenami, nie ma też muzyki. Ramą spektaklu jest język, a nie zbudowana z niego fabuła.

Twórcy spektaklu sprawnie przemieszczają się między aktorstwem a prywatą, widać że dobrze się ze sobą czują, że dobrze się bawią – nierzadko doprowadzają do łez (ze śmiechu oczywiście) nie tylko publiczność, ale też siebie nawzajem. 

Fantazja to zabawny, ale też wzruszający spektakl oparty na doświadczeniu bycia częścią wspólnoty, skupieniu na nawiązaniu kontaktu, dostrzeżeniu drugiego człowieka, empatyzowaniu z nim. Uchwyceniu cudzych emocje przy jednoczesnym powstrzymaniu się od oceny. To projekt koncentrujący się bardziej na nakłonieniu do uważności i refleksji niż na opowiedzeniu jakiejś historii.

A ty? Kogo dziś zobaczyłeś w drodze do pracy? Ale tak naprawdę zauważyłeś?

*Rozmowa Marceliny Obarskiej z Anną Karasińską, Culture.pl

https://culture.pl/pl/artykul/karasinska-w-polsce-jeden-rodzaj-teatru-jest-traktowany-powaznie-wywiad

fot. mat. TR Warszawa

Luty 2020

1.02 Nina Paul, reż. Roxana Miner
Teatr Miejski w Gliwicach

2.02 Znikomość, reż. Konrad Michalak
Teatr Nowy w Łodzi

7.02 Tancerz, reż. Kinga Dębska
Teatr Powszechny w Radomiu

7.02 Balladyna, reż. Paweł Świątek
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

8.02 Oskar i Pani Róża, reż. Mateusz Olszewski
Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie

8.02 FABULA RASA czyli się powie o tym wolniutko, a Ty tylko słuchaj – na podstawie tekstów Edwarda Stachury, reż. Andrzej Bienias
Teatr im. S. I. Witkiewicza w Zakopanem

8.02 Boska Komedia, reż. Krzysztof Garbaczewski
Teatr Powszechny w Warszawie

8.02 Inni ludzie, reż. Maciej Stuhr
Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie – Filia we Wrocławiu – spektakl dyplomowy studentów IV roku

14.02 Biesy VR, reż. Natalia Korczakowska
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

14.02 Solaris. Wspomnienie z przyszłości, reż. Klaudia Hartung – Wójciak
Teatr Ochoty w Warszawie

15.02 Protest, reż. Aldona Figura
Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

15.02 Woyzeck, reż. Piotr Cieplak
Teatr Narodowy w Warszawie

16.02 Inteligenci, Radosław Maciąg
Teatr Wybrzeże w Gdańsku

18.02 Przechowalnia pod dziurawym Parasolem, reż. Adam Opatowicz
Teatr Polski w Szczecinie

21.02 Stan podgorączkowy. Bibobit/Osiecka, reż. Piotr Kruszczyński
Teatr Nowy w Poznaniu

21.02 Żona potrzebna od zaraz, reż. Dominik Nowak
Nowy Teatr w Słupsku

22.02 Gargantua i Pantagruel, reż. Jakub Skrzywanek
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu
Koprodukcja z Teatrem im. Jana Kochanowskiego w Opolu

22.02 Tańcz mnie. Cohen, reż. Sławomir Gaudyn
Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie

22.02 Dzieci widzą duchy, reż. Mariusz Grzegorek
Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

22.02 Schwarzcharakterki, reż. Remigiusz Brzyk
Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

22.02 Trzej muszkieterowie, reż. Rafał Szumski
Teatr Miejski w Gdyni

22.02 Śmierć Iwana Iljicza, reż. Franciszek Szumiński
Teatr Wybrzeże w Gdańsku

22.02 Fanny i Aleksander, reż. Łukasz Kos
Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy

22.02 Głębiej, reż. Małgorzata Wdowik
Narodowy Stary Teatr w Krakowie

22.02 Wielce Szanowna Pani, reż Martyna Peszko
Teatr Polski w Bydgoszczy

28.02 Żeglarz, reż. Wojciech Rodak
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

28.02 Dialogi polskie, reż. Mikołaj Grabowski
Teatr Bagatela w Krakowie

fot. mat. Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu