Chroma. Księga kolorów

Odchodzić razem z kolorami.

Chroma. Księga kolorów to prapremierowy spektakl na podstawie prozy Dereka Jarmana o tym samym tytule, który w ramach MFF Nowe Horyzonty (jako wydarzenie towarzyszące) wystawiono we wrocławskim Teatrze Capitol. Autor książki, to zmarły w 1994 z powodu AIDS artysta awangardowy, malarz, performer, pisarz, reżyser, ojciec nowego kina queerowego, który jako pierwszy w Wielkiej Brytanii zdecydował się w swoich pracach publicznie podejąć temat homoseksualności. Twórca między innymi filmu Blue, który prócz Chromy… stał się inspiracją do powstania wrocławskiego spektaklu. Zapewne dlatego, że nakręcony został w czasie postępującej u Jarmana choroby i stał się swoistym testamentem reżysera. 

Sama książka natomiast, to zbiór esejów, autobiograficzny zapis opuszczających życie artysty kolorów – Jarman w wyniku AIDS zaczął tracić wzrok. nNe widzenie barw to trauma dla malarza i reżysera, który posługuje się nimi w swojej twórczości. Odchodzące kolory, czy wspomnienie o nich to fakt i jednocześnie metafora zbliżającej się śmierci, radzenie sobie z brakiem nadziei, oswajanie z nieuniknionym.

Równość

Temat śmierci i homoerotyczności jest szalenie ważkim wątkiem w kontekście społecznym i politycznym (premiera spektaklu odbyła się tydzień po pełnym agresji i nienawiści ze strony narodowców, Marszu Równości w Białymstoku). Różnice wyznania, orientacji seksualnej, wielkości zaplecza materialnego atomizują społeczeństwo. Śmierć jest czymś, co czyni wszystkich równymi. To ważna myśl płynąca ze spektaklu, którą należy podkreślić!

2019_07_26_FOTO_BTW_PHOTOGRAPHERS_MAZIARZ_RAJTER_“CHROMA_TM_CAPITOL”-307045_1-1

Intro

Do sceny w Capitolu — Restauracja docieramy przez oświetlony na niebiesko korytarz pełen wnęk, w których znajdują się instalacje artystyczne. Jest tam koń, maskotki, lalki. Psychodeliczne, ekscytujące. takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Jedynie wrażenie bo niestety nie zdążyłam zatrzymać się ani na chwilę przy żadnej z nich. Razem z resztą publiczności, minęłam je szybkim krokiem, w drodze na widownię. Szkoda… myślałam o tym scenograficznym preludium do spektaklu bardzo długo, nie mogąc odżałować pozbawienia mnie możliwości zatrzymania na nim wzroku na dłużej (autorem scenografii jest Rafał Matusz).

Kolory

Inkorporacja prozy odbywa się za pomocą dwóch aktorów i kamery. Spektakl dzieli się tym samym na przestrzeń realną i wyobrażoną. Przemysław Kozłowski i Błażej Wójcik grają Jarmana (Kozłowski) i jego alter ego (Wójcik), które przeprowadza artystę przez umieranie, które jest jego pielęgniarzem, kochankiem, przyjacielem, powiernikiem, czasami wrogiem. Przede wszystkim jednak pomaga mu w oswojeniu się i pogodzeniu ze śmiercią, z decyzją która zapadła bez jego udziału, z odstawieniem na margines uwagi. Obraz zarejestrowany przez kamerę intensyfikuje doznanie/poznanie, pogłębia go. Jarman tracił wzrok, wyobrażał sobie zapamiętane barwy. Nas natomiast te kolory zalewają, topimy się w nich. Odwrócono w ten sposób niewidzenie Jarmana i zmaksymalizowano to, co żyło wyłącznie w jego umyśle. Jakub Frączek (reżyser świateł) stworzył w ten sposób przepiękną wizualizację i interpretację fantazmatycznego poematu o kolorach. 

Dwójka aktorów przy akompaniamencie muzyki pod kierownictwem Piotr Dziubka przywołuje na scenę kolejne kolory. Zaczynamy od niebieskiego, blue. Przechodzimy przez biały, który był na początku wszystkiego, czerwony — krew, której coraz mniej w żyłach, która płynie przez kroplówkę (podczas czerwonej sceny, Jarnam przywiązany jest  długą rurką kroplówki do kolumny) i czerń, która ostatecznie pochłania wszystko.

Sceniczna interpretacja tekstu zawiera się w rozmowach umierającego artysty ze swoim alter ego — i są to rozmowy o śmierci — oraz w piosenkach (wszak jesteśmy w teatrze muzycznym).

I mimo pięknego męskiego wokalu, niezłego aktorstwa Błażeja Wójcika, świetnej, wspomnianej już pracy z kamerą i światłu, mam wrażenie, że z każdą sceną powoli ulatniała się, uchodziła myśl, zamazywał się pomysł na spektakl.

Obecność

Chroma. Księga Kolorów jest dziełem niezwykle wzruszającym, i mówiąc o nim w kontekście tekstu, niosącym za sobą niezwykły potencjał inscenizacyjny, teatralny. Dziełem, w którym temat odchodzenia zazębia się z ostracyzmem społecznym i wykluczeniem ze względu na orientację seksualną i AIDS. Niestety spektakl w reżyserii Rafała Matusza nie przekracza granic, jest przykładem teatru bardzo tradycyjnego, dosłownego. Mówi i nie pozostawia miejsca na budowanie skojarzeń, analiz. Jest bardzo bliski reprezentacji, przez co daleki od obecności. Podkreślić jednak należy, że temat podjęty przez twórców jest piekielnie ważny, szczególnie teraz, w dobie szalejących wokół osób LGBTQ, czy chorych na AIDS, stereotypów i kłamstw prowadzących do nienawiści. I za to dziękuję! 

fot. BTW Photographers / Teatr Muzyczny Capitol

No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig.

Nástio Mosquito, zaledwie trzydziestoletni artysta wizualny, autor performansów, happeningów, projekcji audiowizualnych, angolskiego pochodzenia. W swoich pracach, refleksję nad konfliktami targającymi współczesnym światem miesza z żartem, wyrażając tym samym swoje zaangażowanie polityczne. Jego projekty wystawiane były w największych ośrodkach sztuki współczesnej na świecie — MoMa w Nowym Jorku, czy Tate Modern w Londynie. W Polsce jego prace po raz pierwszy zaprezentowane zostały podczas Malta Festival 2019 (artysta był kuratorem Festiwalu i autorem tegorocznego idiomu: Armia Jednostki/Army of the Individual). To happening Waginokracja, do którego Mosquito zaangażował widzów. Poprosił ich o przesłanie filmów z narodzin ich dzieci, aby stworzyć z nich audiowizualny kolaż. Miał być on hołdem oddanym ludzkiej godności. Drugi ze wspomnianych performansów, to No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig, czyli najlepsza sesja karaoke na świecie, zapowiedziana przez kuratora w programie festiwalowym, tak: 

»KARAOKE JEST TO DUPY!!!«. Tak, przez ostatnie 25 lat tak właśnie myślałem o tej pozaspołecznej aktywności.

A teraz…

Nie mam zespołu.

Nie mam wstydu.

Nie mam żadnych interaktywnych umiejętności. Mam w dupie aplauz. Tylko miłość…

Mam coś, czym mogę się podzielić.

Mam piosenki i z nimi najlepszy występ karaoke na świecie.

Cóż…, miałbym, gdyby było to prawdziwe karaoke i gdybym faktycznie znał słowa piosenek.

maxresdefault

Kiedy wchodzimy w do Sali Wielkiej CK Zamek, Mosquito jest już na scenia, siedzi przy komputerze, zarządza muzyką i wyświetlanymi na tyle sceny obrazami. Zaczyna mówić. Mówi szybko, zrywami, tak jakby jego głos nie nadążał z werbalizowaniem myśli, markuje jąkanie. Jego monologi przypominają przyśpieszone nagranie z płyty, która co jakiś czas się zacina.  Formuła performansu ma przypominać prawdziwe karaoke. Z naciskiem na słowo przypominać. Nie jest to bowiem rozrywka do jakiej przywykliśmy, nie ma tu znanych melodii i zafałszowanych amatorskim głosem dźwięków. Muzyka, słowa i zdjęcia/filmy są autorstwa Mosquito i słyszymy je po raz pierwszy, nie włączamy się do jego performansu, choć on bardzo by tego chciał. Artysta próbuje nawiązać kontakt z publicznością, komentuje kasłanie, wychodzenie widzów, czy ich wibrujący w kieszeni telefon. Droczy się z nami, zaczepia nas, prowokuje do reakcji, chce rozmawiać. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie sprawdziłam jednak swojej hipotezy bo podobnie jak reszta festiwalowej publiczności siedziałam cicho na swoim miejscu, uśmiechając się tylko co jakiś czas pod nosem. Kluczem do analizy takiej formuły może być tekst kuratorski oraz wywiad, który z artystą przeprowadziła Natalia Szostak.* Mosquito mówi w nim o powracającej do korzeni, Polsce. Do tradycji, tylko nie tej, do której warto i o której zapomniano. Przypomina o podpisaniu w 1573 roku konfederacji warszawskiej zapewniającej wolność religijną i nazywa Polskę ówczesną cholerną mekką kosmopolitycznego świata. Szuka przyczyny tak silnego zwrotu ku konserwatyzmowi, kraju który w XVI wieku był tak postępowy i tolerancyjny. Mówi: [podpisana w XVI wieku konfederacja] to jest nowoczesne dziedzictwo, którym Polska powinna się chwalić na cały świat. A tymczasem politycy wolą się odnosić do nacjonalizmu, ksenofobii. Nie mogę tego zrozumieć. To według mnie jeden z ważniejszych cytatów tegorocznego Festiwalu.

Poza tym Polacy jako naród, raczej nie są zbyt ekstrawertyczni, otwarci, czy spontaniczni. Dlatego tym bardziej uważam, że Mosquito z premedytacją wybrał performanse, do których podczas Malty chciał włączyć polską, poznańską publiczność. Wszak najliczniejszą podczas Festiwalu była grupa poznańskich widzów właśnie. Pod względem koncepcyjnym przypomina to Drugi Spektakl w reżyserii Anny Karasińskiej z Teatru Polskiego w Poznaniu (premiera 13 maja 2016 roku), którym artystka kpi z mieszczańskości i sztywności Poznaniaków, wyciąga ich ze strefy komfortu.

No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig to chaotyczna, głośna sesja przeplatających się ze sobą form: przemowa, muzyka, film, śpiew. Karaoke, banalna rozrywka, która ma nas sprowokować do wyjścia ze swojego zamknięcia i spięcia. Tym razem się nie udało. Ale pewnie to kwestia czasu. W to chcę wierzyć!

Podsumowując, szczerze nie znoszę karaoke, to dla mnie jeden z najgorszych sposobów, w jaki mogłabym spędzać swój czas. Muszę przyznać, że No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig. było najciekawszą sesją karaoke na jakiej byłam w życiu i jedyną, którą chciałabym powtórzyć.

* Gazeta Wyborcza nr 126/2019 (31.05.2019)

fot. materiały prasowe Malta Festival 2019

The Foxes

Alice Joana Gonçalves to portugalska performerka, artystka wizualna i co ciekawe, prawniczka. Karierę prawną porzuciła jednak na rzecz sztuki. Studiowała taniec współczesny i klasyczny. Już jej pierwszy spektakl Apocalipse z 2012 roku spotkał się z fantastycznym odbiorem i zdobył nagrodę Young Creator Award 2012. Artystka w swoich pracach skupia się głównie na ciele. Na instynktach, emocjach go pobudzających i nim kierujących. Sama o sobie i swoich projektach mówi: W mojej pracy nie tylko stopniowo skupiam się na fizycznej obecności mojego ciała, ale rozwinęłam ideę własnego ciała jako formy sztuki; używania go jako instrumentu, transformowania go oraz zmieniania jego kształtów, używając moich anatomicznych ruchów w zgodzie z chęciami i potrzebami. To trudne by oddzielić moją sztukę od mojego życia. Moje życie karmi moją sztukę w takim stopniu, gdzie obydwie karmią synergicznie siebie nawzajem – są one jednością, tym samym. Moje ciało przez to staje się dziełem sztuki, rozproszonym zarówno w czasie jak i w przestrzeni, jednocześnie stając się ofiarą i sprawcą nieodzownego napięcia wywołanego jego fizyczną obecnością wydarzającą się w przestrzeni publicznej. Mój proces kreatywny podzielony jest na sferę intymną i sferę publiczną. Zawsze pracuję opierając się na emocji lub doświadczeniu zmysłowym należnym ludzkiej naturze, ostateczny rezultat pracy jest jak surowa emocja.*

Podczas Festivalu Malta zaprezentowała spektakl The Foxes. W krótkim filmie udostępnionym przez stronę Festivalu, mówi słowami wiersza: Jest siła w byciu kruchym. Jest siła w byciu cichym. Jest siła w byciu potrzebującym. Jest siła w byciu romantycznym. Jest siła w byciu wrażliwym. Jest siła w byciu głębokim. Bycie prawdziwym to jest siła. 

The Foxes jest kontynuacją spektaklu The Hunting z 2013 roku. Te dwa projekty opierają się na idei ciała, jako nośnika przeszłości. Żałuję, że nie miałam okazji zobaczyć pierwszej części historii, z którą The Foxes tworzy artystyczną całość.

23.06 : Alice Joana Gonçalves, The Foxes : fot. Maciej Zakrzewski 4

Na scenie nie znajduje się nic prócz dwóch stołów, które tworzą coś w rodzaju schronienia, oparcia, ochrony. Najpierw dla jednej kobiety, potem dla dwóch. Performans ten to gra dwóch nagich ciał, ciepłego, punktowego światła, sugestywnej muzyki i cienia. Ich ciała, ruch są bardzo eteryczne, tajemnicze, ale nie w wymiarze erotycznym. Są dziełem sztuki i narzędziem sztuki jednocześnie. Ludzkie i zwierzęce, jak podświadome i naturalne są instynkty. Już zresztą sam ruch, którym jedna z performerek otwierając spektakl skrada się przez scenę, przywodzi na myśl polującego drapieżnika — skupiona, czujna, bezszelestna, ostrożnie stawia każdy krok, wykorzystując do tego najmniejszy nawet mięsień. Brak w tym jednak napięcia, z jakiegoś powodu wiemy, że kobieta nie ma na celu łowów. Raczej inkorporuje nie swój ruch by sprawdzić możliwości swojego ciała. 

Spektakl dzieli się na trzy wyraźne części. Każda z nich mówi o cielesności i jej kruchości, a całość jest procesem. Pierwsza część, to przekraczanie materii — tak własnego ciała, przez to, że  porusza się nienaturalnym dla niego ruchem, jak i materii w sensie dosłownym — przedmiotu, przeszkody (w tym przypadku stołu). Druga część, to wtapianie się w materię, przystosowywanie swoich ruchów, ciała do kształtów z zewnątrz. Niezwykła plastyczność, która pozwala na oplatanie swoim ciałem przestrzeni wokół, tworzenie z nią całości.  Trzecia część, w której na scenie pojawia się twórczyni performansu, jest czymś w rodzaju pojawienia się nowej autonomii i anatomii. Dwie kobiety, dwa ciała, jedna liryczna opowieść, wrażliwość. Kobiety poruszają się synchronicznie, są takie same i różne jednocześnie. Łączy je nagość i cienie ciał, które rzucają. W poetycki sposób przechodzą od równoległości do zaznaczenia swojej wolności. Granice tych zmian, przechodzenie z jednoczesności do niezależności są ledwie zauważalne.

Podczas spektaklu nie dzieje się wiele pod względem akcji, jest ona raczej powolna, subtelna, cicha, łagodna. Sam spektakl trwa zaś zaledwie 45 minut. Jednak w ciałach performerek, w ich ruchach kryje się niesamowita subtelność i lekkość, której obserwowanie wystarcza za wartką fabułę. To przepiękne, kruche i niesamowite pod względem estetycznym wydarzenie. Bardzo hipnotyzujące. Poetycka opowieść o ciele jako instrumencie do opowiadania historii, ciele jako nośnika przeszłości, ciele jako autonomii.

http://www.alicejoana.com

fot. materiały prasowe Malta Festival Poznań

Hamlet

Hamlet u Mai Kleczewskiej jest Ukraińcem, mówi po polsku z wyraźnym wschodnim akcentem, jego matka, z którą łączy go kompleks edypalny, również. W spektaklu biorą też udział aktorzy pochodzący z Indii, Senegalu i aktorka z RPA. Horacjo jest sparaliżowany i porusza się na elektrycznym wózku inwalidzkim. Elsynor mieści się w Starej Rzeźni w Poznaniu. Widzowie mają na uszach słuchawki. Dużo jak na jeden spektakl. Po co? Reżyserka i dramaturg Łukasz Chotkowski tuż przed premierą w wywiadzie w Radio TOKFM* tłumaczyli obecność aktorów ze Wschodu dużą mniejszością ukraińską mieszkającą w Polsce, której nie zaprasza się do uczestnictwa w kulturze. Z tym się zgadzam. Jednak całość nie jest tłumaczona na język ukraiński, a sceny grane po ukraińsku, na polski. Ponadto artyści zaznaczyli, że zależało im, żeby to był spektakl wielokulturowy, wielojęzyczny, wielogłosowy, polifoniczny, ale na takiej zasadzie jakby partnerskiego tworzenia nowego świata — wielogłosowego, bez podziałów. Co do tej części mam spore wątpliwości… Ale od początku. 

Duński Elsynor mieści się w Starej Rzeźni. Zamek zamyka się w trzech przestrzeniach — dziedzińca, komnaty/sypialni królowskiej i jadalni. Całość scenografii autorstwa Zbigniewa Libery jest w stylu mocno orientalnym. Może to za sprawą czerwieni pokrywającej podłogę we wszystkich wspomnianych częściach Rzeźni i dywanów zawieszonych na ścianach. Widzowie mogą się tu przemieszczać swobodnie, jak w galerii sztuki. Reżyserka kolejny raz rezygnuje z zamknięcia spektaklu w czarnym pudełku, klasycznego podziału na scenę i widownię. Przesuwamy się tu za wątkami i podobnie jak w Golemie (trzeci, po Dybuku i Malowanym Ptaku, spektakl z tryptyku, realizowanego przez Maję Kleczewską i Łukasza Chotkowskiego w Teatrze Żydowskim) sami wybieramy historię i decydujemy na jak długo i jak blisko z nią zostaniemy. Ponadto możemy kontrolować przebieg spektaklu także za pomocą słuchawek z trzema kanałami, szybko przemieszczać się pomiędzy wątkami. Dzięki temu każdy z widzów ogląda tak naprawdę trochę inny spektakl i ma nad nim kontrolę. Całość trwa cztery godziny, ale bilety sprzedawane są na dwa wejścia — o 18 i 20 i co do zasady widzowie sami decydują o czasie trwania spektaklu. Jednak ci, którzy przyszli na 18 i chcieliby zostać do końca obejrzą Hamleta tak naprawdę dwa razy. 

61910906_2503582909651699_8530071093015216128_n

Hamlet Kleczewskiej to drugi w Poznaniu, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy (zaraz po Ja jestem Hamlet Agaty Dudy – Gracz), projekt artystyczny na podstawie najczęściej wystawianego dramatu Szekspira. Kleczewska i Chotkowski w przeciwieństwie do Dudy – Gracz nie piszą swojego tekstu. Ich Hamlet jest raczej wierny oryginałowi i rozwinięty o HamletaMaszynę Heinera Müllera, którego fragment: Byłem Hamletem. Stałem na brzegu i rozmawiałem z morzem PLEPLE rozpoczyna spektakl. Słowa te wypowiada postać zbiorowa złożona z postaci Szekspirowskich, aktorów niepolskiego pochodzenia i orkiestry smyczkowej. Po tym preludium aktorzy rozchodzą się, rozpoczyna się właściwa akcja spektaklu. 

W głównej roli obsadzono ukraińskiego aktora Romana Lutskiy. Towarzyszy mu sparaliżowany, poruszający się na elektrycznym wózku inwalidzkim, ucharakteryzowany na zmarłego  niedawno genialnego astrofizyka Stephena Hawkinga, Horacjo. Gra go młody aktor, student krakowskiej AST, Michał Sikorski. 

Hamlet opętany jest chęcią zemsty, złapania wszystkich w pułapkę, sam w nią wpada. Mówiąc to mam na myśli wyreżyserowane przez niego przedstawienie, na które zaprasza swoją matkę (aktorka rosyjskiego pochodzenia — Alona Szostak) i Klaudiusza (fenomenalny jak zawsze Michał Kaleta), brata zmarłego króla i nowego partnera królowej wdowy. Spektakl odbywa się w królewskiej sypialni. Przyjaciele Hamleta (ukraińscy aktorzy: Daria Polunina, Yurii Chebotarov, Oleg Sergeyev) odgrywają scenę ukartowanego przez Gertrudę i Klaudiusza zabójstwa króla, demaskując w ten sposób kłamstwo o ugryzieniu go przez żmiję. Królowej spektakl się nie podoba. Nie wiadomo do końca, czy odgadła zamiary syna i udaje pijaną, nieświadomą, czy faktycznie wino, którego nie przestaje pić przez cały spektakl skutecznie odcięło ją od rzeczywistości, znieczuliło. Wciąż się śmieje, udaje, że nie wie co się dzieje. Klaudiusz z kolei nie pozwala sobie na podobne słabości. Jest zimny, wyrachowany, zachowawczy. Opuszcza sypialnię — przedstawienie podczas sceny zabójstwa króla, co dla Hamleta jest jednoznacznym potwierdzeniem jego przypuszczeń o prawdziwej przyczynie śmierci ojca. Czuje się silny bo znalazł prawdę, obnażył bratobójstwo. Uważa, że to daje mu władzę i przewagę nad wujem. W istocie jednak Hamlet ze swoja wiedzą staje się dla niego niewygodny, zagrażający i przez to głównym celem i kolejną ofiarą. Klaudiusz mógłby go zabić lub zlecić zabójstwo w każdej chwili. Rozemocjonowany młodzieniec, przeżywający śmierć ojca, popadający w szaleństwo wydaje się być dość łatwym celem. Klaudiusz chce jednak kolejne zabójstwo dopracować po ostatni szczegół. W spokoju kalkuluje, rozmyśla, manipuluje. Widzowie, którzy nie decydują się śledzić tego wątku na żywo, mogą go obserwować w formie filmu, wyświetlanego na ścianie w holu głównym — dziedzińcu.

Hamlet umiera godzony floretem (którego koniec pokryty był trucizną) podczas szermierczego pojedynku z Laertesem (Piotr Kaźmierczak). Halmet wygrywa co prawda potyczkę (a więc umiera także Leartes) i jednocześnie ją przegrywa. Wszystko zostało dokładnie zaplanowane i ukartowane przez Klaudiusza. Bardzo łatwo udąło mu się zmanipulować bratanka, jak i Leartesa, który młodego księcia obwiniał o śmierć swojej córki Ofelii. Utopiła się w jeziorze po odrzuceniu przez Hamleta. Ofelii — Kobiecie na stryczku, Kobiecie z przeciętymi żyłami, Kobiecie ze śmiertelną dawką, Kobiecie z głową w piecyku gazowym. Kobiecie przez duże K poświęcona jest druga część dramatu Heinera Müllera i scena w spektaklu Kleczewskiej. Ofelia opętana jest szaleństwem, nie potrafi odnaleźć się w korowodzie kłamstw, bólu, zdrad, które funduje jej Hamlet i elsynorski dwór. Tuż przed samobójstwem mówi: Ciskam w ogień moje suknie. Wyrywam sobie z piersi zegar, który był moim sercem. Wychodzę na ulice odziana w swoją krew. Szaleństwo młodej kobiety jest świetnie zagrane przez bardzo dojrzałą już aktorkę Polskiego – Teresę Kwiatkowską. 

61940363_2503583312984992_3055349222233604096_n

Hamlet Kleczewskiej pełen jest sprzeczności. Z jednej strony bardzo dobre kreacje aktorskie, jak ta Kalety, Kwiatkowskiej, Lutskiy’ego, Szostak, Sikorskiego i z drugiej strony niewykorzystany potencjał reszty zaproszonych do spektaklu aktorów. Wydają się oni wchodzić jedynie w skład multikulturowej grupy statystów. Grupy, która w dodatku, wbrew temu, o czym powiedzieli twórcy, nie tworzy wielokulturowego, wielojęzycznego, wielogłosowego, polifonicznego (…) partnerskiego tworzenia nowego świata, a uwydatnia podziały! Oddziela nas od nich — egzotycznych, orientalnych, nie naszych. Powiela i wciska w stereotypy. Czarnoskóry mężczyzna występuje tu z piórami w nosie, Hindus przebrany jest w strój rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy, a przerwy pomiędzy scenami, wypełnia tendencyjną choreografią Kaya Kołodziejczyk – choreografka i kolejna statystka.

62013496_2503583239651666_2978385916550184960_n

Hamlet jest jedną z najważniejszych premier tego sezonu, z wieloma mocnymi scenami i aktorskimi majstersztykami, piękną scenografią. Hamlet jest wizją rozpadu Europy, chaosu, przemocy, agresji, grobu który sami sobie kopiemy, i do którego wpadniemy zabijając się nawzajem. Dlaczego jednak twórcy zaproszonych aktorów afrykańskiego, azjatyckiego pochodzenia obsadzili w kliszach, powielając ich kreacjami krzywdzące uprzedzenia i wyobrażenia? Tego nie rozumiem… 

 

*https://audycje.tokfm.pl/podcast/76534,Maja-Kleczewska-Hamlet-opowiada-o-kondycji-polskiego-artysty

fot. Magda Hueckel

Czerwiec

7.06 Dotknąć pustki, reż. Ewa Pilawska Andrzej Jakubas
Teatr Nowy w Łodzi

7.06 Kurt Gerron. Führer daje miasto Żydom, reż. Wiktor Rubin
Teatr Śląski w Katowicach

7.06 Hamlet, reż. Maja Kleczewska
Teatr Polski w Poznaniu

7.06 Romeo i Julia, reż. Michał Zadara
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

14.06 Studium o Hamlecie, reż. Przemysław Wasilkowski
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

14.06 Śpiewak jazzbandu, reż. Wojciech Kościelniak
Teatr Żydowski w Warszawie

14.06 Czego nie widać, reż. Paweł Świątek
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

15.06 Dziękuję za różę, reż. Alina Moś – Kreger
Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie

15.06 Dzień Walentego, reż. Łukasz Witt-Michałowski
Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze

15.06 Capri – Wyspa uciekinierów, reż. Krystian Lupa
Teatr Powszechny w Warszawie

15.06 Madama Butterfly, reż. Natalia Korczakowska
STUDIO teatrgaleria w Warszawie

21.06 My Way, My Dream, My Life – Moje marzenie
Teatr Barakah w Krakowie

22.06 Jezus, reż, Jędrzej Piaskowski
Nowy Teatr w Warszawie

22.06 Girls&Boys, reż. Mirek Kaczmarek
Teatr Nowy Proxima w Krakowie

22.06 Śledztwo, reż. Mirosław Różalski
Polski Teatr Tańca w Poznaniu

27.06 Hańba, reż. Maciej Podstawny
Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

28.06 Wszystko jest dobrze, jesteśmy szczęśliwi, reż. Natalia Sołtysik
Teatr Współczesny w Szczecinie

28.06 Jak wam się podoba, reż. Krystyna Janda
Teatr Wybrzeże w Gdańsku

29.06 Koncert marzeń, aranżacje muzyczne: Igor Nowicki
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

 

fot. mat. Teatr Polski w Poznaniu

Dziewczyny opisują świat

Zobaczyć, że jestem silna, że mam w sobie jakiś nieokiełznany, ponadziemski power, który rozpierdala wszystko z taką siłą, że ludzkie części ciała ludzkiego latają w przestworzach. Krew leje się bo idę ja i nikt mnie nie zatrzyma, bo bije ze mnie taka moc, jak wszystkie części Władcy Pierścieni i Matrixa razem wzięte. Więc nie zatrzyma mnie nic. Tak jebnę, z taką mocą, że przelecę na drugą stronę muru. Będę biec w zwolnionym tempie przez Jeżyce, Łazarz i Grunwald. I przelecę nad światem z takim hukiem, że gwiazdy się odwrócą. Tak zrobię.*

Jest moc w tych dziewczynach i w tym jak opisują świat. Jest też wrażliwość i intymność. I dużo silnych emocji — gorączkowego, egocentrycznego ADHD.

Spektakl Aleksandry Jakubczak to żywe archiwum dziewczyńskości i dziewczęcej, nieokiełznanej siły. To bardzo sentymentalna, rozbrajająca opowieść o dorastaniu, a dokładniej, o dorastających kobietach, o kształtowaniu się tożsamości i mających na nie wpływ czynników (jak dom, czy rówieśnicy). Ujmująca jest tu szczerość historii o eksperymentowaniu, poszukiwaniu przez dziewczyny określenia oraz poufność opowieści o tropieniu punktu odniesienia, przy jednoczesnym zachowaniu statusu wyjątkowości. Pogmatwane to wszystko, ale kto z nas przez to nie przechodził? Fakt podobnych doświadczeń, odwołanie do sentymentu, rozrzewnienie na myśl o dorastaniu, przeżywaniu kolejnych uczuciowych końców świata i… nieskażona dziewczyńska moc, pozwalają osiągnąć (tak trudne czasami) poczucie wspólnoty. I wiecie co jest najwspanialsze? Że bez patosu i melancholii!

JN5D2387-791x583

Dziewczyny opisują świat, to spektakl, który powstał na podstawie przesłanych na facebookowe wezwanie twórczyń, pamiętników, notesów dziewczyn oraz dziennika reżyserki. Jana Łączyńska stworzyła przestrzeń, w której nie ma podziału na scenę i widownię, przedstawienie odbywa się pośród publiczności siedzącej na miękkich gąbkach, rozsianych po całej sali. Sprzyja to wspomnianemu już poczuciu wspólnotowości, stwarza ciepłą atmosferę, idealną do wyjawiania sekretów. Aktorki (Paula Głowacka, Cristina Ferreira, Lena Schimscheiner) za pomocą tańca, rozmów, piosenek i krzyków przywołują z pamiętników nastoletnie wspomnienia. Opowiadają z perspektywy dorastających, kształtujących swoją personalność, kobiet. Wspomnienia, które wywołują uśmiech i te, na myśl o których spuszczamy głowę w zamyśleniu. Jest tu miejsce i na historię miłości, przygotowania do pierwszego razu z Marcinem, a także rozdzierające serce na milion kawałków, rozstanie z Piotrkiem. Tę tragedię ilustruje rozpaczliwy, wzbogacony o teatralne gesty, śpiew Total Eclipse of the Heart (polecam włączyć w tle, kiedy będziecie czytać:) ) i wyświetlane na ekranie zdjęcia idolów z lat 90 XX wieku — Eminema, Beyonce, Pink, czy Kurta Cobaina. Są tu też cytaty z rodziców całej Polski, krzyczących, że dom to nie hotel. Są pretensje do siebie i świata i kilka haseł o polityce zasłyszanych pewnie przy okazji któregoś z niedzielnych rosołów. Dziewczyny marzą o tym jak będzie wyglądać ich przyszłość oraz o tym co kupią w Piotrze i Pawle, jak już będą dorosłe i bogate. Wpływ na osiąganie emocjonalnej dojrzałości mają także te gorzkie wydarzenia, które dziewczyny przywołują w jednej z ostatnich scen — urodziny, podczas których ojciec odszedł z domu i kolejnych, o których zapomniał, depresja matki i próba poradzenia sobie z lawiną tych faktów przez rozedrganego, nastoletniego człowieka.

Prócz historii z pamiętników, Jakubczak ubiera dziewczyński świat w zdjęcia zapisanych kartek z przesłanych dzienników, które wyświetlane są na ekranie, szepty do ucha i wspólne czytanie. Piękne to, proste i bliskie.

Dziewczyny opisują świat to wzruszający spektakl o tworzeniu się kobiecego podmiotu i różnych modelach kobiecości funkcjonujących i przekazywanych przez pokolenia polskich kobiet.** To także bardzo ważna teatralna realizacja z punktu widzenia aktywności kobiet. Bo pamiętać należy, że:

Dziewczyny są sprawcze!

Dziewczyny mają moc!

Dziewczyny mogą!

Fajny ten spektakl, no!

*Z trailera do spektaklu

** Opis do spektaklu

fot. ma. Scena Robocza w Poznaniu

Ja jestem Hamlet

Muszę zacząć od tego, że tekst ten powstawał w wielkim trudzie i minęła chwila, zanim ustaliłam dlaczego. Otóż zdałam sobie sprawę, że po spektaklu Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk, który Agata Duda – Gracz zrealizowała w Poznaniu w 2017 roku, najzwyczajniej wpadłam w pułapkę wysokich oczekiwań. I bądźmy szczerzy, oczekiwań okrutnie trudnych (niemożliwych?) do spełnienia. Kamyk to przedstawienie fantastyczne ze wszech miar — tak w warstwie artystycznej, estetycznej, przekazie, jak i absolutnie dojmujące, pozostające pod skórą na długo. Realizacja kolejnego spektaklu, w tym samym teatrze, dla tej samej publiczności, mierzenie się z pozostawionym tu artystycznym majstersztykiem, to arcytrudne i pewnie na wskroś stresujące zadanie. Dlatego też postaram się odciąć wrażenie po Kamyku i skupić na Hamlecie. Bez porównywania, bo w owym, Ja jestem Hamlet, który przecież nie jest złym spektaklem, wypadłby raczej blado.

 Ja jestem Hamlet, to nie pierwszy dramat Szekspira, którym postanowiła zająć się Agata Duda – Gracz. Po adaptacjach Romea i Julii oraz Otella i spektaklach inspirowanych Burzą (Po burzy Szekspira), czy Troilusem i Kressydą (Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie Trojańskiej), przyszedł czas na Hamleta, czyli najczęściej wystawiane na świecie dzieło Szekspira. Ciekawe jest to, że spektakl wyrósł z awersji do duńskiego księcia — w jednym z wywiadów Agata Duda – Gracz, która jest reżyserką, autorką tekstu, scenografii i kostiumów do spektaklu, przyznała że Hamlet to postać, której szczerze nie znosi.* Po spektaklu znienawidzą go także ci, którzy pozostawali dotąd bezstronni. Ale do tego  wrócę zaraz. Po kolei.

ja_jestem_hamlet_13

Przestrzeń w spektaklu to teatr/świat w rozsypce, permanentnej awarii, świat w remoncie, pod folią malarską i gruzem, ciemność. Nie tylko scena i widownia, ale dosłownie cały teatr/pejzaż (foyer, bar, klatki schodowe, wejście do toalety) aż po sufit/horyzont, przykryte są czarną folią. Organizacja, którą starają się wdrożyć aktorzy zanim jeszcze publiczność weszła na widownię, przynosi skutek odwrotny. We foyer panuje dekoncentrujący chaos. Ktoś krzyczy, że mają podejść do niego osoby z rzędów siedem, osiem i dziewięć, ktoś inny krzyczy, że z trzeciego, kolejny przywołuje publiczność z balkonu. Przebiega ktoś przebrany za polskie godło. Gwar tu i dezorientacja. Ktoś tu próbuje zarządzać, ale nie wiadomo po co i dlaczego. Przecież byśmy sobie poradzili… Już za chwilę okaże się, że to tylko preludium.

Publiczność podzielona rzędami na dramaturgów, aktorów i krytyków bierze udział w próbach do Hamleta w reżyserii młodej gwiazdy, Ediego. Ja jestem Hamlet wydarza się zatem w dwóch rzeczywistościach równolegle. Jedna, to przygotowania do spektaklu, ćwiczenie ról i scen, swoisty przekrój przez zakulisowość teatru. Teatru nieszczerego, megalomańskiego, pysznego, którego ma się dość, który swoją powierzchownością i arogancją przyprawia o mdłości. I druga przestrzeń — ta poza próbami, w której wydarza się wszystko to, co międzyludzkie — pełen wachlarz emocji i bezrefleksyjność…

ja_jestem_hamlet_12

Tu zaczyna malować się właściwy pejzaż zdarzeń, kalejdoskop charakterów obnażający to, co w ludziach złe, co zatruwa codzienność i współżycie… i sztukę. To traktat o samym teatrze, ale także wnikliwe studium przypadku ludzkiego. Genogram pogardy, diagnoza agresji i egoizmu. Projekcja tego, co w nas najgorsze i co wyplute na zewnątrz, turbuje wszystko czego dosięgnie.

Upokorzenie

Taki jest Edi/Hamlet (wspaniały w tej roli Michał Kocurek) — rozhisteryzowany, w ciągłym procesie twórczym, który nie wiadomo co oznacza i co z niego ma wynikać, doktryner. Nieszczery i szalony. Agresywny i pozbawiony szacunku do czego- i kogokolwiek. Przekonany o swojej wyjątkowości. Poniża aktorów, doprowadza ich do płaczu. Słowem, zarządza ich emocjami. O stosunku do Ediego nie decydujemy jednak od razu. Twórcy spektaklu igrają z nami. Na początku bowiem współczujemy Ediemu — młodemu, zdolnemu, trochę zagubionemu chłopakowi, który na swoje nieszczęście skażony jest niezdrową relacją z ojcem. I swoją drogą, koniec końców zastanawiamy się kogo nie znosimy bardziej — Ediego, czy jego ojca, Arkadiusza (Ildefons Stachowiak) — zadufanej w sobie teatralnej gwiazdy, która to siłę do życia czerpie z upokarzania tak syna, jak i reszty świata.

Rozbuchane ego

Keif (Mariusz Zaniewski) nadęty, megalomański aktor; Marzena (Anna Langner) — prożna, zakłamana scenografka; Szrama (Jan Romanowski) — ,,przerastający talentem Szekspira”, dramaturg; Leokadia (Antonina Choroszy) — wyniosła matrona teatru, z najlepszymi pomysłami na chwytliwą sztukę: Gertrudę zagra mężczyzna, a może jakiś amator z upośledzeniem umysłowym. Słowem, rozhisteryzowana banda aroganckich artystów.

Powierzchowność

Krytycy, których twórcy diagnozują za pomocą nadużywanych w recenzjach ,,słów z waty”: transparentność, totalny, bezkompromisowy, dekonstrukcja; Żorżeta (Małgorzata Łodej – Stachowiak) — głos tych, którzy wiedzą wszystko o wszystkich, gdzie w parze z ocenami nie idzie analiza, ani empatia; efekciarskie sceny z prób do Hamleta Ediego, których zadaniem jest zrobić wrażenie; aktorzy o szerokiej skali emocji.

ja_jestem_hamlet_11

Egoizm

Aktorki z zespołu (Czuja — Julia Rybakowska, Bubu — Marta Herman, Amba — Alicja Juszkiewicz), które chętnie wezmą rolę Ofelii odziedziczoną po swojej koleżance (Dżesika — Anna Mierzwa), która poniżona publicznie przez Ediego wylądowała w szpitalu. Edi, Arkadiusz, Marzena, itd… egoizm cechuje ich wszystkich.

Tyle dobrego, a nie wspomniałam jeszcze o szukaniu ukojenia w alkoholu (Żaba — Bożena Borowska – Kropielnicka), czy znerwicowaniu (tu absolutnie fenomenalna w roli inspicjentki Iwony — Dorota Abbe)

Ja jestem Hamlet, to wspaniały zespół Teatru Nowego w Poznaniu, piękna muzyka autorstwa Łukasza Wójcika. To również aktualność Szekspira (pozbawionego jedynie rymów i specyfiki epoki). A co mniej przyjemne — bodzieć wywołujący ważne choć trudne pytania: czy wszyscy musimy być wyjątkowi? Czy za przeciętność należeć powinno się wykluczenie? Dlaczego jest tak, że ludzie czują się predysponowani do zarządzania emocjami, życiem innych? … Dlaczego ktoś sądzi, że ma prawo do słów: Strzeżcie się, zwykli ludzie, szarzy ludzie, bez tego czegoś w środku, zwyczajni ludzie, normalni, przeciętni zjadacze chleba, ludzie – ciułacze codzienni, strzeżcie się, ludzie – tak zwani wszyscy obywatele, ludzie – rodacy, sąsiedzi, bracia, jak każdy ogół w większości!
Ja jestem Hamlet, co wam dupska skopie czarownie, aż wam bebechy wyjdą przez wszystkie otwory wasze!
Ja jestem Hamlet, co się wam dobierze do wszystkiego, co wasze, a wszystko, co wasze, jest do dobrania się przeze mnie, bo ja wiem i znam was aż za dobrze! Miernoty nijakie i ni takie, ni siakie!
Ja jestem artystą, który się ponad waszym “niczym” unosi i pęcznieje sobą, czyli istotnością ponad wszelką wątpliwość! Ponad nijakością waszą i celem, który wam się wydaje ważny, ale jest bez znaczenia dla mnie, czyli – jest bez znaczenia w ogóle!
(…)
Nastał czas Hamletów! Pie***lcie się więc, umięśnieni koledzy ze szkoły, i wy, dziewczyny w złośliwie cielistych podkolanówkach, znajomi rodziców, mentorzy i wy, portrety noblistów gapiące się na mnie ze ścian sal wykładowych! Teraz ja!
Ja jestem Hamlet i wyreżyseruję wam taki świat, na jaki zasłużyliście!**

Zostawiam z tym Was i siebie, bo to refleksja, która przyda się nam wszystkim.

* Najważniejsi są aktorzy rozmowa Magdaleny Rewerenda z Agatą Dudą-Gracz [w:] Kultura u podstaw

** A. Duda – Gracz List do postaci Ediego [w:] Program do spektaklu

fot. Jakub Wittchen