Wielki Fryderyk

Polacy to naród niespokojny i zwariowany, z natury chciwy. Sami siebie zwalczają i rujnują. Czy chodzi im o katolicyzm, o króla, o wolność? Nawet i to nie. Wszędzie bici, jednak nie mądrzeją.

Jan Klata — mistrz od sampli, skrechów mentalnych i teatralnego remiksowania jest naprawdę w świetnej formie! Wielki Fryderyk na podstawie tekstu Adolfa Nowaczyńskiego, którego wyreżyserował w Teatrze Polskim w Poznaniu, to czterogodzinny kunszt słowa! Odpowiedzialnych za powodzenie tego spektakl jest więcej. Przede wszystkim to Wielki Jan Peszek w roli króla, który po 37 latach ponownie pojawił się w Polskim i świetny w roli biskupa Krasickiego (mam wrażenie, że w najlepszej roli w swojej karierze), Michał Kaleta. Na wyróżnienie zasłużył także występujący w Polskim gościnnie, aktor Narodowego Starego Teatru w Krakowie – Krystian Durman (jako ubiegający się o posadę lektora królewskiego, pochodzący z włoskiej, podupadającej szlachty Lucchesini).

Kolizje dramatyczne w sześciu obrazach z życia króla pruskiego, jak pisze we wstępie do dramatu Nowaczyński, ze względu na swoje pokaźne rozmiary nie jest tekstem nazbyt popularnym w teatrze. Do historii przeszły trzy role króla Fryderyka II — Ludwika Solskiego z 1909 roku, Jana Świderskiego z 1977 roku i Zbigniewa Zapasiewicza z radiowej interpretacji z 1994 roku. W 2018 roku do grona historycznych ról króla Prus dołączył fenomenalny Jan Peszek.

Fryderyk II von Hohenzollern — król Prus, najwybitniejszy władca oświecenia, twórca ówczesnej potęgi militarnej, za pomocą której konsekwentnie łączył rozrzucone na mapie Europy pruskie terytoria, zajmując kolejne ziemie polskie, co planował już od dzieciństwa, kiedy to rysował mapki bezwzględnie zaanektowanych przez Prusy polskich ziem. Polski się nie obawiał: Orzeł pruski w eterze szybuje i porywa, a barany polskie tylko beczą. Snuł za to plany o przyłączeniu terytoriów czeskich i austriackich. Stary, złośliwy i zrzędliwy despota i faszysta. Z drugiej strony wykształcony, zainteresowany muzyką i filozofią, konsekwentny, wybitny strateg i jednoczesny przykład przywódczej nieudolności, który przez cały okres panowania, opętany chorą ambicją, nie przygotował godnego siebie następcy. Fanatyczny miłośnik swoich psów, z którymi  życzył sobie być pochowany (scena pogrzebu jego ukochanej chartki Biszy, wokół której ciała spoczywającego na purpurowej poduszce, w kondukcie żałobnym na tle fantastycznej jak zawsze w spektaklach Klaty muzyki, kroczyli wszyscy aktorzy, była chyba zwyczajnie najpiękniejszą w całym przedstawieniu). Idol Adolfa Hitlera, do czego nawiązuje ozdobny, acz nie w guście Fryderyka, gobelin z podobizną Führera. Polaków nazywał Irokezami Europy, Rosjan uważał za barbarzyńców, za swoimi rodakami także nie przepadał, a już najbardziej nienawidził pruskiego szprechania. Chętnie za to przystawał z Francuzami, których język i węgorza w kapuście uwielbiał nader wszystko. Rola, którą stworzył Jan Peszek, charyzmatyczny wirtuoz aktorstwa, zbudowała niemal cały spektakl. Fryderyk w jego wykonaniu bawi, a nawet da się lubić. Może dlatego, że nie o starego Fryca tu chodzi, a o eksponowane przez niego narodowe wady Polaków.

TaRktkqTURBXy9kN2E0NDM5ZWY0NTg5NDU5ZmVkZGM1YzZjNjY4ZjZmZS5qcGVnkpUCzQMUAMLDlQIAzQL4wsM

A ułomności Polonusów Fryderyk wylicza naprawdę sporo. Po pierwsze pijaństwo, po drugie rozrzutność i życie ponad stan, które największe nawet przedsiębiorstwa i najbogatszą szlachtę doprowadzały do bankructwa. Weźmy za przykład takiego Gockowsky’ego (Edwin Petrykat) — rekina przemysłu porcelanowego, który fortunę przetracił na przyjęcia, obrazy Rembrandta, Rothko i innych, kończąc w areszcie. Albo codzienne biskupie bankiety, na które jednorazowo traciło się więcej niż Fryderyk wydawał w przeciągu miesiąca.

Tokaja i burgunda piją wszyscy, nawet biskup, który nagi, dygoczący jakby w stanie delirium, otwiera spektakl. Jak się później dowiadujemy, był to poranek po obfitym w alkohol przyjęciu.

Największą zaś przywarą Polaków jest romantyzm, przedkładanie uczuć nad rozsądek. Pomieścić w głowie króla nie może się fakt, że młody Tadeusz von Krasicki (Konrad Cichoń) — zdolny i obiecujący bratanek biskupa, chce zrezygnować z kariery militarnej dla ukochanej Justyny Gockowsky (nieudana, nużąca rola deklamującej Moniki Roszko), która nomen omen usiłuje z powodu ich rozłąki utopić się w jeziorze.

Polacy według króla, to naród bezrozumny i przekupny, bo nie ma takiego szelmostwa, którego by się pan Polski nie podjął za pieniądze, które potem garściami za okno będzie wyrzucał lub w karty przetraci i dla Polaków można mieć tylko współczucie. Sojusze można sobie zarezerwować dla innych. Przekupny jest nawet płaszczący się przed królem biskup — uosobienie chyba wszystkich przywar Polaków, który za błazenady i konformizm doczekał się spłaty przez króla swoich długów. Fryderyk uświadamia nam jeszcze jedną niezwykle bolesną prawdę — że na błędach Polaków uczą się wszyscy dookoła, tylko nie oni sami, czego katastrofalny politycznie, społecznie i kulturalnie przykład obserwujemy dziś. To bolesna diagnoza, która jest prawdziwa, bo aktualna od co najmniej 108 lat, kiedy to Nowaczyński napisał tę powieść dramatyczną.

Wielki Fryderyk, oprócz gorzkich prawd i fantastycznego aktorstwa, to także wizualny i inscenizacyjny majstersztyk, swoją scenograficzną skromnością niepodobny do spektakli Jana Klaty. Tworzą ją jedynie zwisające z sufitu arrasy, na których groźnie szczerzą kły zwierzęta. Wszystkie w złotych, zdobionych ramach, zwrócone ze swoją agresją do centrum scenicznych wydarzeń. Za fenomenalne kostiumy z epoki, scenografię i światła odpowiedzialna jest Justyna Łagowska. Za ruch sceniczny dopełniający estetycznego kunsztu — Maćko Prusak.

Polecam z pełną odpowiedzialnością! Fryderyk Wielki, jak zauważyła Agnieszka Pufalska, kuratorka wystawy Friederisiko/Fryderyzyko odbywającej się w 2012 roku w Poczdamie w ramach obchodów trzechsetnej rocznicy urodzin króla, z racji tego, że co najmniej połowa terytorium III RP to byłe tereny pruskie […] jest częścią naszej historii, czy tego chcemy, czy nie. Warto więc tę historię znać i zastanowić się czy jesteśmy w Europie naprawdę tak ważni, jak nam się wydaje.

Wróg ludu

Jakże ten Ibsen nadal aktualny! Niebywałe to i niepokojące zarazem, że od 1882 roku, treści Wroga ludu są wciąż obowiązujące.

Znajdujemy się w małym, norweskim miasteczku uzdrowiskowym, gdzie miejscowy lekarz dokonuje rujnującego wizerunek miasta, a w dalszej perspektywie także jego finansową katastrofę, odkrycia. Otóż główne źródło utrzymania uzdrowiska, czyli kąpielisko, z którego korzystają kuracjusze jest regularnie zanieczyszczane przez okolicznych przedsiębiorców, w wyniku czego kłębią się w nich niebezpieczne dla zdrowia bakterie i drobnoustroje. Na domiar złego okazuje się, że niezbędna jest przebudowa wodociągu, który został nieprawidłowo położony. Jeśli wyniki tych badań przedostały by się do sektora publicznego, wówczas nastąpił by  absolutny upadek miasteczka. Bowiem naprawa wodociągu i oczyszczanie wody, zajęło by grubo ponad dwa lata i pochłonęło ogromne środki finansowe, pozbawiając przy okazji lokalnych mieszkańców utrzymujących się z wynajmu domków pacjentom, zarobku. I tu pojawia się konflikt prawdy i interesu społeczności ucieleśniony w konflikcie doktora Tomasa Stockmanna (Juliusz Chrząstkowski) oraz Burmistrza miasteczka – Petera Stockmanna (Radosław Krzyżowski) – nomen omen rodzonych braci. Wydaje się, że jedynym sposobem, aby donieść o prawdzie, jest krzyk i bunt – natychmiastowy bunt!.

U Jana Klaty, rebelia ta odbywa się w przestrzeni kształtem przypominającej nieczynny basen.  Pozostałe na jego ścianach zacieki i dno pokryte zbieranymi przez lata odpadami i gratami, zapełniające się nimi niemal po brzegi, tworzy smutną pamiątkę po dawnej świetności tego miejsca. To widmo dawnego splendoru i uzdrowiskowej sławy norweskiego miasteczka.

Gdzieś, jakby zza ściany słychać głosy rodziny Doktora Stockmanna, gdzieś z oddali napływają na scenę kolejne osoby, wtapiając się zupełnie w śmietniskowy krajobraz. Spektakl rozpoczyna się z hukiem! Z hukiem łamiącego się w nogach łóżka Doktora Tomasa, z hukiem muzyki i uderzanych o metalowe beczki łańcuchów. Wiedz widzu, że coś się szykuje!

Okazuje się, że tylu dokładnie jest sprzymierzeńców doktora Stockmanna, co wrogów burmistrza. I o ile przedstawiciele tej grupy, czyli dziennikarze lokalnej gazety: Morten Kill (Zbigniew Ruciński) i redaktor Hovstad (Michał Majnicz) oraz przedstawiciel wspólnoty właścicieli domków dla kuracjuszy, a przy okazji miejscowy drukarz – pan Aslaksen (Zbigniew Kosowski) nie są świadomi konsekwencji z ujawnienia danych z badań doktora, jak najszybciej chcą ich ujawnienia i co się z tym wiąże, kompromitacji burmistrza i… skandalu, co przyczyni się do większej sprzedaży prasy. Ich pogląd zmienia się diametralnie, po rozmowie z Peterem Stockmannem, który uświadamia ich o wynikającym z oświadczenia odpływowi kuracjuszy oraz kosztowny remont wodociągu, co spowoduje absolutną budżetową klęskę.

A lud jak chorągiew… a lud, czyli my – publiczność, która za sprawą genialnej reżyserii Jana Klaty i dramaturgii Michała Buszewicza może się w lustrze sceny przejrzeć, jak w szklanym. Czy widok w nim nas zdziwi, zażenuje… ? W którym miejscu tej polityczno – ludowej machiny się odnajdziemy?

A może pomocnym w tej kwestii okaże się monolog doktora Tomasa, który przeradza się w rozmowę Juliusza Chrząstkowskiego z publicznością? W rozmowę o problemach i konfliktach aktualnie rażących, o doczesnych prawdach domagających się buntu – o gejach, o Żydach, o tych na u, czyli uchodźcach i mowie nienawiści, o smogu, partii rządzącej i ich ,,dobrym” zmianach, ,,dobrych” decyzjach tyczących się, m. in. wycinki drzew i równie kulturalnie katastrofalnej w skutkach wycince teatrów: Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Polski w Bydgoszczy, czy wreszcie Teatr Stary w Krakowie. Pojawia się tu nawet żart, że ryzykownie mieć w nazwie teatru przyimek polski (ja Wroga ludu oglądałam w Teatrze Polskim w Poznaniu podczas X Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi), choć to raczej humor z grupy tych posępnych, gdzie śmiech pojawia się, ale tylko przez łzy. Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną, ,,wymiatanie teatrów”, jak nazwał i zademonstrował politykę kulturalną w Polsce, Chrząstkowski, sprawia że jego monolog robi piorunujące wrażenie, jest przerażająco, mam wrażenie intymny, piekielnie smutny i oddaje szok i bezradność.

Wróg ludu Jana Klaty, to teatr fantastyczny, genialny, mądry i zaskakująco przy ilości obecnej ekstrawagancji, klarowny i przejrzysty. Pełen charakterystycznej teatrowi Klaty widowiskowości i popkulturowych odniesień. Głośny, kolorowy, ekscentryczny, zachwyca i przeraża jednocześnie swoją aktualnością. Jestem również pod ogromnych wrażeniem zespołu aktorskiego, który poprowadził ten spektakl pierwszorzędnie. Ogromne brawa dla wspomnianego już Juliusza Chrząstkowskiego, Radosława Krzyżowskiego, dla tajemniczej i fascynującej Małgorzaty Zawadzkiej w roli Pani Stockmann – żony Tomasa oraz intrygującej Moniki Frajczyk w roli Petry – córki doktora.

Z teatru wyszłam absolutnie zachwycona i totalnie, wewnętrznie poturbowana. Zachwycona spektaklem, jego formą, kolorem, dźwiękiem i sprytem reżyserskim, a emocjonalnie poobijana jego aktualnością. I to aktualnością niespodziewaną i świeżą – bowiem Wróg ludu został zagrany w Poznaniu zaledwie kilka dni po konkursie na nowego dyrektora Teatru Starego w Krakowie, który ku zdziwieniu wszystkich wygrał Marek Mikos, a dyrektorem artystycznym został Michał Gieleta. Nie jest to miejsce, aby rozpisywać się w nim o absurdalności tej decyzji, kompetencjach nowej dyrekcji, czy zasadności prowadzenia takiej polityki kulturalnej. Jednak wszystko to, jak i wygłoszone na koniec Oświadczenie zespołu artystycznego Teatru Starego w Krakowie sprawiło, że wróciłam do domu osłupiała, nie mogąc pozbierać się jeszcze długo…

Dziękuję, jest mi przykro, jestem zła i wolałabym, żeby to Oświadczenie nie musiało zostać nigdy odczytane.

fot. Magda Hueckel