Czerwone Nosy

Wymownym wydaje się fakt wystawienia Czerwonych Nosów akurat teraz i akurat w Teatrze Nowym w Poznaniu. Wymownym z kilku powodów. Dużo tu bowiem połączeń, zależności i odniesień. Zacząć jednak na pewno należy od wyjaśnienia, o co w dramacie (komedii by być bardziej precyzyjną) Petera Barnesa chodzi, po to aby następnie gładko przejść do wspomnianych połączeń.

Znajdujemy się w XIV-wiecznej Francji, gdzie szaleje właśnie epidemia dżumy – czarna śmierć. Ludzie umierają na ulicach, tracą wszelką nadzieję na powrót normalności, panuje głód. Kraj przemierzają biczownicy, którzy liczą, że dzięki samoumartwieniu i pokucie ściągną na ziemię Boże Miłosierdzie, Kruki – w chorobie upatrujący szansy na przebudzenie społeczeństwa i rewolucję oraz trupa księdza Flote’a – wesołkowie Pana Boga, tytułowe Czerwone Nosy. Oni z kolei chcą ulżyć ludziom w cierpieniu błazenadą i żartem. Wszystko to dzieję się pod okiem Kościoła i papieża Klemensa VI, który na czas pandemii daje dyspensę na tego typu aktywności, a Czerwonym Nosom błogosławi. Jest to oczywiście zagraniem, dziś powiedzielibyśmy, czysto pijarowym bo dzięki temu, że na czele trupy stoi duchowny, wizerunkowo zyskuje cały Kościół – w dobie epidemii – odważny, nieustraszony, blisko umierających. Kiedy dżuma zdaje się odpuszczać, Klemens VI zabiera się wreszcie do realizacji prawdziwej misji, czyli zbierania podatków i projektowania ustaw w myśl wyznawanej przez siebie zasady: chrześcijaństwo jest systemem zaprojektowanym przez geniuszy w taki sposób, by wcielali go w życie idioci.

Tak pokrótce wygląda oś fabularna, tak dramatu Barnesa, jak i poznańskiego spektaklu w reżyserii Jana Klaty. Szczegóły tej historii jeszcze się pojawią! Przejdźmy jednak do połączeń.  Skojarzenie z pandemią koronawirusa jest oczywiste. Trwające od roku ograniczenia, prace nad wynalezieniem szczepionki, izolacja i kryzys gospodarczy, którego oddech wszyscy czujemy na plecach; tęsknota za normalnością, codziennością bez maseczek i obostrzeń; niesmak wynikający z koncentracji Rządu wespół z Kościołem na umacnianiu swojej władzy. 

Co więcej, Czerwone nosy wystawione zostały w Teatrze Nowym w Poznaniu nie po raz pierwszy. W 1993 wyreżyserował je tutaj Eugeniusz Korin i sądząc po ówczesnych recenzjach, spektakl był prawdziwym, że się tak wyrażę, hitem! Przedstawienie w reżyserii Jana Klaty jest zatem pewnego rodzaju grą z sentymentem – tak widowni pamiętającej wystawienie Korina, jak i części aktorów, którzy w nim wystąpili. Szczególnie ważną i wymowną w tym kontekście wydaje się być rola Janusza Andrzejewskiego, który przed prawie trzydziestoma laty grał księdza Flote’a, a dziś gra Mistrza Din Don, który zamilkł i wypowiada się wyłącznie językiem dzwonków.*

I w końcu pojęcie i poczucie wspólnotowości tak mocno rezonujące szczególnie teraz, w warunkach wzmożonej ostrożności, kiedy spotkania w większym gronie są utrudnione, a relacje kuleją. Dostajemy tu spektakl o wspólnocie! Wspólnocie, która ma wymiar dwojaki bo odnosi się nie tylko do relacji, jakie łączą Czerwone Nosy, ale do widowni, gdzie wspólnota przeżywania jest dziś równie ważna jak sama sztuka.

Biorąc pod uwagę powyższe, choć sztuka jest francuska, rzecz dzieje się tamże, a chorobą, która rzuca cień na wydarzenia jest dżuma, a nie koronawirus, to staje się ona pomostem do opowiedzenia historii bardzo polskiej i teraźniejszej!

Spektakl rozpoczyna obraz jęczących z bólu, konających mieszkańców Auxerre. Ubrani są w ministranckie komże. To fakt warty zapamiętania bo ci sami (w tych samych kostiumach) pojawią się w jednej z ostatnich scen, w zbiorowej roli służby prewencji papieskiej, która z pałkami przy boku i tarczami policyjnymi w ręku będzie usiłowała zatrzymać Clownów, zamykając tak naprawdę całą historię dosłowną i metaforyczną – bo odnoszącą się bezpośrednio do ostatnich protestów społecznych – klamrą.  

Zanim jednak dotrzemy do ostatniej sceny…

Wśród umierających, na tle szpitalnych pionowych żaluzji – zgrabnej reprezentacji pandemicznej izolacji (scenografia autorstwa Justyny Łagowskiej) krąży medyk w kombinezonie ochronnym i zabezpieczeniu przed wirusem Covid-19 (Michał Grudziński) oraz ksiądz Flote (Łukasz Schmidt). Ten drugi zachodzi w głowę jak ulżyć chorym w cierpieniu i trochę z bezsilności zaczyna opowiadać żarty, z serii przychodzi baba do lekarza, a lekarz też baba. Szybko okazuje się, że jęki cichną, a w ich miejsce pojawia się cichy śmiech. To ostatecznie decyduje o stworzeniu Czerwonych Nosów. To Flote, nie Kruki grane tu przez Oliwię Nazimek i  Malinę Goehs – punkrockowe, rozwrzeszczane postaci, z gitarami elektrycznymi w ręku, jest tak naprawdę rewolucjonistą, to on buntuje się przeciwko bezsensowności choroby, cierpieniu jakie niesie i śmierci. I to on, miast gadać, działa.

Do jego trupy jako pierwsi dołączają Din Don, bardzo wyzwolona siostra zakonna Małgorzata (Julia Rybakowska) i wydelegowany przez arcybiskupa Monselet (Aleksander Machalica) – ksiądz Toulone (Jan Romanowski), który gdyby nie polecenie z góry nie wziąłby udziału w przedsięwzięciu. Toulone bowiem przybliżenia do Boga upatruje w cierpieniu (w jego wypowiedziach znajdziemy oczywiste nawiązania do nauk Jana Pawła II). Na scenie obserwujemy niesamowitą przemianę tej postaci z absolutnego sceptyka misji Flote’a do – ku zdziwieniu kościelnych monarchów – oddanego idei Wesołków, wiernego członka wspólnoty.

Reszta Czerwonych Nosów została wyłoniona podczas castingu. I tak w trupie znaleźli się jąkała Frapper (Dariusz Pieróg), siostry Boutros (Małgorzata Walenda) – niepełnosprawna ruchowo Agata, która lalkę personifikującą jej siostrę Beatę niesie na plecach, niewidomy żongler Le Gru (Łukasz Chrzuszcz) i jego sceniczny partner grający na wielkim bębnie – Bembo (Anna Langner) oraz najemnicy wojenni – Brodin (Dawid Ptak) i Rochfort (Michał Kocurek). Każdy z nich to reprezentant wyrzuconych na margines społeczeństwa, człowiek pogubiony i w jakiś sposób oderwany. Wspólna misja daje im cel, poczucie przynależności i sprawstwa. Wyraża się to najpełniej w ich kostiumach. Każdy z nich, zaraz po wstąpieniu do trupy, na znak inicjacji przywdziewa kolorowy, kreszowy dres i czerwony nos cyrkowego clowna. Kostium pełni tu rolę unifikującą, oznacza wspomnianą przynależność, ale też, jak się później okaże, współudział (za kostiumy odpowiedzialna jest Justyna Łagowska). Indywidualizm postaci zaś, wyraża się poprzez ruch, którego autorem jest Maćko Prusak. Każdy z Wesołków odznacza się charakterystyczną powierzchownością i sposobem scenicznej obecności, wśród których prym wiodą Din Don wykonujący choreograficzną sekwencje ruchów w rytm dźwięku dzwonków oraz Le Gru, w którego ruchu właśnie, a nie słowach najbardziej zawiera się jego pyszałkowaty charakter. 

Do Awinionu prowadzi ich niewidomy, któremu wbrew wszelkiej logice ufają wszyscy. Wymowny to bardzo ruch, nawiązujący do sytuacji politycznej w naszym kraju. Artyści unaoczniają nam z jaką łatwością przychodzi nam powierzenie swojej przyszłości w ręce ślepca, i jak wiele od tego wyboru później zależy. 

Ich wędrówce towarzyszy piosenka Horse With No Name zespołu America. Ten, jak i inne utwory, które Czerwone Nosy wykonują podczas swoich występów, to kompozycje mocno osadzone w pop-kulturze, uruchamiające sentyment. To piosenki Nirvany, The Cranberries, czy zespołu Metallica. Wykonywane są jednak po łacinie, przy akompaniamencie gitary i bębna djembe. Brzmi to jakbyśmy brali właśnie udział w średniowieczną mszy świętej! Jan Klata jest mistrzem sampli i skreczów. Tak tu, jak we wszystkich jego spektaklach muzyka jest nieprzypadkowa i odgrywa niebagatelną rolę. 

Żarty Clownów zaś przywołują skojarzenia z commedia dell’arte, czy nawet Arystofanejską Starą Komedią. Porównanie wydaje się nieprzypadkowe, jeśli weźmiemy pod uwagę określenie jej przez profesora Józefa Kelera jako tą polityczną, fantastyczną, groteskową, kabaretową, napastliwą, nieprzystojną, antywojenną.** Treści przedstawień Czerwonych Nosów  bywają bowiem dość anachroniczne, czasami wręcz niesmaczne. Być może Klata bada w ten sposób granice żartu, a może inkorporuje w ten sposób krzyk artystów, który – jak czytamy w opisie do spektaklu – jest podszyty nie tylko bezsilnością, ale i bezkompromisową potrzebą teatru, gry i sztuki. Pewne jest jedno – prowokuje widzów, precyzyjnie i z premedytacją uderza w niewybredne tony (wszak naśmiewa się z niepełnosprawności, jąkania, czy czarnoskórych, nazywając ich tu wprost Murzynami) po to by wytrącić widzów z ich strefy komfortu, po to by zmusić do zajęcia stanowiska, nie pozostawania biernym, do bycia uważnym na to, co dookoła – także na sferę polityczną! Bo pamiętać należy, że to od polityki właśnie, w dużej mierze zależy wolność i komfort naszego życia.

W drodze do Awinionu, prócz Biczowników (Janusz Grenda, Paweł Hadyński, Andrzej Lajborek) i Kruków, Wesołkowie spotykają także Kupców (Michał Grudziński i Zbigniew Grochal) – materialistów, którzy w chorobie upatrują zysków i ich żony – prostytutki (Martyna Zeremba – Maćkowska i Marta Herman), w końcu tych, którzy w dobie pandemii są najbardziej narażeni na zakażenie i społeczne wykluczenie. Tu są to Trędowate (Martyna Zeremba – Maćkowska, Małgorzata Walenda, Marta Herman), które w kostiumach tak sugestywnych, że przyprawiających o dreszcze, odbywają swój niemy taniec. To symbol wszystkich cierpiących, pozbawionych głosu… Krótka, ale wymowna i na wskroś przejmująca to scena.

Czerwone Nosy docierają w końcu do Awinionu, gdzie otrzymują błogosławieństwo Klemensa VI. Szybko okazuje się, że jedynie na czas epidemii, bo zaraz po jej zakończeniu, papież – wielki demiurg wydarzeń, wytrawny szachista, przewidujący kilka ruchów przeciwnika w przód nie potrzebuje już ani Biczowników, ani Kruków, ani w końcu trupy księdza Flote’a. Napotykając ich opór, wykorzystuje strategię błazna, która nie jest obca także dzisiejszym władzom w Polsce. Często zdarza się, że w szeregach partii jest osoba, której zachowanie jest kontrowersyjne, czy wręcz aroganckie. Taka osoba często przekazuje do opinii publicznej informacje, przesłanie partii. Kiedy wokół rzeczonej wypowiedzi zaczyna wrzeć, usprawiedliwienia zawsze można szukać w niepohamowanym charakterze posłańca, na jego grubiaństwo i nieokrzesanie zrzucić odpowiedzialność. U Klaty taką postacią jest Rochfort, który najpierw zdradza, a potem zabija swoich towarzyszy. Koniec Czerwonych Nosów jest przestrogą przed uzależnieniem kultury, czy sztuki od władzy – tak kościelnej, jak politycznej. Mówi o ogromnym niebezpieczeństwie, które wynika z takiej syntezy… 

Spektaklowi Jana Klaty nie brakuje tempa, pełno tu nieoczekiwanych zmian rytmu, co utrzymuje widownię w uważności. To potężne widowisko poruszające wrażliwość, opatrzone świetną muzyką, choreografią, kostiumami, ale przede wszystkim to aktorski popis załogi Teatru Nowego w Poznaniu. Manifest ich zespołowości! To spektakl parabola, który za pośrednictwem walki z dżumą we Francji pokazuje prawdę o zależnościach, które rządzą współczesną Polską. 


*https://www.rp.pl/Teatr/302119900-Jan-Klata-Jaselka-dla-wladzy-i-hierarchow.html?fbclid=IwAR1-n5_xtxxy-criBnllEVcxGCGsE77F9NN6BE9qRi-7_WyCBOykMB-Mt-Q

Jan Klata: Jasełka dla władzy i hierarchów [w:] Rzeczpospolita, publikacja: 11.02.2021

** J. Kelera, Krótka historia teatru w Europie, Wrocław 2018, s. 40

fot. Marcin Baliński

Artyści vs 2020 ~ Edyta Łukaszewska

Edyta Łukaszewska – absolwentka Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie na wydziale aktorskim. Od 2002 roku jest w zespole Teatru Nowego w Poznaniu, chociaż współpracowała z wieloma teatrami w Polsce, m.in.: Teatrem Polskim we Wrocławiu, Teatrem Dramatycznym w Warszawie, Teatrem na Woli w Warszawie, Teatrem Polskim w Poznaniu. Zadebiutowała w Teatrze Polskim we Wrocławiu rolą Grety w Przemianie F. Kafki w reż. Zbigniewa Brzozy. Pracowała u takich reżyserów jak: Eugeniusz Korin, Krystyna Janda, Waldemar Śmigasiewicz, Mikołaj Grabowski, Janusz Wiśniewski, Krzysztof Babicki, Michał Siegoczyński, Magda Miklasz, Marcin Wierzchowski, Jerzy Satanowski, Piotr Cieślak, Lena Frankiewicz, Grażyna Kania, Cezi Studniak, Agata Duda -Gracz, Radek Stępień.

Zagrała 18 głównych ról i wiele innych ról drugoplanowych oraz epizodów. Na Festiwalu Piosenki Aktorskiej w 1998 roku zajęła trzecie miejsce i otrzymała specjalną nagrodę Gazety Wyborczej, Zaiksu i ZASP-u za osobowość sceniczną i najlepszą interpretację piosenki polskiej. W 2017, na jednym z najważniejszych festiwali teatralnych w Polsce Boska Komedia w Krakowie nagrodzona została za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą w spektaklu Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk Agaty Dudy-Gracz.

W jakim momencie zastała Cię pandemia? 

Zagrałam trzy razy Porno. Kiedy władza decyduje, kim jesteś [MK: reż. Cezi Studniak, Teatr Nowy w Poznaniu], na szczęście! I następnego dnia po tym secie ogłoszono lockdown. W między czasie trwały też próby do Matki Witkacego [MK: reż. Radek Stępień, Teatr Nowy w Poznaniu].

Ale premiera odbyła się dopiero jesienią.

Tak, tak. I myśmy cały czas nie wiedzieli, naprawdę nie mieliśmy bladego pojęcia, co to będzie i kiedy znowu otworzą teatry. Była tylko mowa o tym, że na razie nie możemy grać, ale możemy próbować.

W 2020 zwolniłaś trochę, czy wręcz przeciwnie?

Teraz zaczynam zwalniać. Od paru miesięcy. Ale wcześniej nie, bo pracowałam w Radio Poznań. Robiliśmy wtedy słuchowisko Próba. To był projekt poznańskiego oddziału ZASP-u i Filipa Frątczaka razem z Piotrem Świątkowskim. Potem prowadziłam też funpage Słuchowiska na Facebooku i na Instagramie. 

W czasie lockdownu pojawił się też pomysł na Nieznaną Aktorkę? [kanał Edyty Łukaszewskiej Nieznana aktorka odpowiada na YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCMT7_xnjF7AXrwXGB2rt8sA]. 

Nie, nie! Pomysł pojawił się dużo wcześniej, kiedy po nagrodzie na Boskiej [MK: nagroda za najlepszą rolę kobiecą na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie za rolę Jusi zwanej Ścierwą w spektaklu Agaty Dudy- Gracz Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk] nie dostawałam zbyt wielu propozycji. Byłam bardzo rozpędzona, ale nic z tego nie wyszło. Musiałam się zatrzymać (śmiech).

A skąd w takim razie wziął się ten pomysł? Przy okazji chciałam zaznaczyć, że nie do końca zgadzam się z nazwą Twojego kanału. Nawet przeprowadziłam wśród znajomych krótką ankietę i wcale nie jesteś nieznana

Nieznana aktorka odpowiada powstała dlatego, że znam wielu cudownych aktorów, którzy kompletnie nie są znani szerszej publiczności. Siebie też uważam za taką aktorkę. Bo może jestem znana w Poznaniu, ale wyjeżdżam do Warszawy i jestem osobą anonimową.

Fantastycznie ogląda się Twoje filmy! Pewnie też dzięki relacjom, jakie łączą Cię z Twoimi rozmówcami, te spotkania są tak naturalne i pełne ciepła. 

Tak, bo to nie jest taka forma, w której ja wypytuje kogoś lub ktoś wypytuje mnie. To jest po prostu spotkanie. Gadamy sobie o tym, co nas nawzajem w sobie interesuje. Ja generalnie daję dużą swobodę, a moja kontrola jest raczej delikatna. Najważniejsze dla mnie jest, żeby ludzie, których zapraszam, rozluźnili się i byli sobą. Na przykład Misia [MK: Michał Grudziński] zapytałam czemu chciał zostać aktorem z tego powodu, że wiedziałam, że on odpowie w taki sposób, że to będzie jakieś szalone, wariackie. Jeżeli chodzi o Anię Mierzwę, to zapytałam ją o ulubiony kolor i tam żeśmy długo gadały, ale to była taka rozmowa, że nie mogłam puścić jej w całości (śmiech).

A jaki jest Twój ulubiony kolor?

Pomarańczowy i niebieski, ale ostatnio jeszcze zielony.

Podoba mi się bardzo ta niezobowiązująca formuła pogaduch w… basenie, czy garderobie!

Oj, ja bardzo lubię kicz i lubię brud. Mnie strasznie męczą te wszystkie sztywne rozmowy. Na razie jestem bezkonkurencyjna na rynku, choć nie wiadomo jak długo (śmiech). Przeczytałam ostatnio, że najfajniej jest kopiować kogoś, ale z już naprawdę dobrym pomysłem pociągnięcia tego dalej. Może będą następcy, którzy się dobrze znają na PR-e i będą potrafili to zrobić w taki sposób, że przyciągną miliony oglądających. Ale nie wiadomo, czy będzie taki luz! (śmiech)

Będzie tego więcej?

Tak, oczywiście! Ja się dopiero rozkręcam.

Skoro jesteśmy przy wideo, to porozmawiajmy może o teatrze online. Jaki jest Twój stosunek do teatru na ekranie?

Wiesz, w teatrze widz ma wolność. W teatrze widz może sobie wyłuskiwać, to co go interesuje najbardziej, to czemu chce się przyjrzeć, na co jest wrażliwy. W teatrze widz jest w procesie, nie jest bierny – no… chyba, że się uprze, ale jak chce może się odciąć od wszystkiego, od siebie samego, od świata, od kłopotów, w których jest zatopiony. Przychodzisz, siadasz i nurkujesz w zupełnie inny świat. Obecność drugiego człowieka w teatrze sprawia, że nasze energie się mieszają, łączą, spotykają, znoszą i to jest ta moc! Dlatego też, teatr nigdy nie zastyga, nie da się go zamrozić. Teatr jest rebeliancki! A obraz… jeszcze nikt nie wymyślił metody na przeniesienie tej samej temperatury, tego eteru teatralnego i tej wolności! Może musiałaby powstać jakaś nowa specjalizacja, żeby to miało większy sens. 

Dla mnie online jest dużo łatwiejszy, kiedy oglądam spektakl, który wcześniej widziałam już na żywo. Też mam jednak wrażenie, że dokumentacja spektaklu w formie wideo nie załatwia niestety sprawy. 

Nie! W ogóle! Chociaż ostatnio oglądałam przedstawienie, które mi się bardzo podobało – Ewelina płacze z TR Warszawa [MK: reż. Anna Karasińska]. Ale to był streaming i tam też kamera i szaleństwa operatorskie niewiele mogły popsuć (śmiech). Rzeczywiście się wciągnęłam i bardzo mnie to wzruszyło… takie prościutkie.

A co z tą energią, o której tak pięknie mówiłaś, kiedy grasz dla ograniczonej ilościowo widowni, do twarzy zasłoniętych maseczkami?

Dla mnie, jeśli chodzi o maseczki, to nie ma różnicy. Nie ma, dlatego że kiedy gram, to mieszam się z energią, nie potrzebuję widzieć twarzy publiczności Choć wiadomo, że na koniec, kiedy wychodzimy do ukłonów, to fajnie jest się spotkać. To ta liczebność, a właściwie jej brak przez pandemiczne ograniczenia jest przerażająca… Aczkolwiek, miałam bardzo dobre przedstawienie Porno, gdzie było 50 procent widowni i była taka energia niesamowita…. Spotkaliśmy się nawet ręka w rękę z widzem, który absolutnie mnie zachwycił! Kiedy zapytałam podczas spektaklu: kim jesteś?, to on powiedział swoje imię i nazwisko (śmiech). Ja uwielbiam takie momenty! W onlinie, to nigdy by się nie wydarzyło…

Czytałam ostatnio wywiad z Michałem Englertem i Mają Ostaszewską [Vogue Polska NR 1/2 (35-36 styczeń – Luty)], w którym Englert mówi o kinie w domu: (…) zdajemy sobie sprawę, że większość osób będzie oglądała je [MK: nasze filmy] na małym ekranie. Do pewnego stopnia tracimy kontrolę nad odbiorem. Z drugiej strony, dzięki dystrybucji cyfrowej możemy trafić do szerszego grona, kino stało się bardziej powszechne. Z teatrem online chyba jest bardzo podobnie?

Tak, tak. Myślę, że przekaz online, to jest taki sfałszowany obraz teatru. Nie da się tego porównać z doświadczeniem na żywo. Można zaryzykować takie stwierdzenie, że nie ma różnicy, albo że to wspaniale, że zasięg jest większy. Tylko, że każdy kto był w teatrze, albo kto widział to samo przedstawienie w teatrze i online zauważa ten brak temperatury, energii, tego czegoś, co cię zabiera wysoko do góry, do kosmosu. 

A planujecie w Nowym jakiś pokaz streamingowy? 

Ja bym bardzo chciała, żeby Porno miało streaming!

Streaming to wyzwanie? 

Nie! Bardziej się boję spektakli online (śmiech). Akurat streamingu Porno w ogóle bym się nie obawiała, bo jestem tam sama i wiadomo, że to ja bym prowadziła. Do Cezia mam też totalne zaufanie, on jest bardzo wrażliwy na aktora i mamy bardzo dobre porozumienie, więc pewnie byśmy się w kwestii streamingu dogadali. Ale nawet jeśli to się uda, to na Porno i tak trzeba przyjść koniecznie do teatru!

A co jest takiego w Nowym, że wypowiadasz się o nim zawsze tak ciepło?

Wiesz co, ja po prostu lubię teatr! Lubię widownię, lubię zapach kurzu, zapach kurtyny, lubię kulisy. Teatr mi się kojarzy z dzieciństwem, kojarzy mi się z miejscem, które gdzieś tam się zatrzymało, i dobrze! Teatr się zmienia oczywiście, ale jednak mimo wszystko jest oporny na pewne nowości. I na przykład bardzo bym nie chciała, żeby poniedziałek nagle przestał być wolnym dniem. Chciałabym, żebyśmy mieli szacunek do starszych aktorów, żebyśmy nie tracili tradycji spotkań, choć ona akurat jest coraz bardziej krucha. Teatr to jest takie czarodziejskie miejsce, są w nim ludzie, którzy często uciekają od innych miejsc pracy. Pamiętam Rysia –  naszego rekwizytora, który pracował w jakiejś fabryce i powiedział mi kiedyś, że uciekł z tej pracy, dlatego że go przerażali tam ludzie, a w teatrze znalazł taką niszę, gdzie czuł się dobrze i bezpiecznie. I mnie to rozczula. 

Ale dlaczego kocham Teatr Nowy? Powiem tak, ja zawsze będę kochać miejsce, w którym jestem. Zawsze będę kochać miejsce, w którym zostawiłam energię. To by było niezbyt inteligentne z mojej strony, gdybym nie lubiła miejsca, w którym jestem. Na pewno są momenty, w których mam dość, czasami jest trudno bo wszyscy jesteśmy bardzo silnymi osobowościami, ale chodzi o to, żeby być otwartym na siebie, na porozumienie. W Teatrze Nowym jestem najdłużej, ale mam na przykład takie wspomnienie z Teatru Polskiego we Wrocławiu, gdzie kochałam panią garderobianę! Kochałam ją! To była staruszka, wyglądała jak Pani Łyżeczka, taka malutka, w okularach jak denka od słoika i obraz kiedy niesie nasze kostiumy poskładane w kosteczkę… ja nie zapomnę tego widoku. To jest bardzo wzruszające…

W Nowym też mamy super garderobiany i ja muszę o nich powiedzieć! Bo to jest część tego Teatru. Ilonka, Ania i Basia są pierwsze w kontakcie z nami i to one widzą jak ten zawód wygląda. Jak się pocimy, jak jesteśmy chorzy i musimy wyjść na scenę. Widzą nas w różnych nastrojach… To są dziewczyny, które nas łapią w kulisach, przebierają nas, są naprawdę blisko i ja sobie nie wyobrażam (a wiem, że są takie miejsca, takie teatry), żeby nie było między nami takiego ciepłego kontaktu. To jest tak stresujący zawód, że nagle ta garderobiana, to jest taka mama, to jest osoba, która cię przytuli, uspokoi. To są wspaniałe dziewczyny, naprawdę kochane! Nasi rekwizytorzy, dwa anioły, piękni ludzie – Marcin i Ula (Rysiu odszedł już na emeryturę, to też był anioł). Widać w ich zaangażowaniu, że kochają teatr, że lubią nas aktorów, a to nam dodaje otuchy i energii, kiedy próby nie idą, albo reżyser zachował się w nie najlepszym stylu. Tak też bywa. Anula od układania repertuaru, rozwiązująca wiele jeszcze innych problemów, Rafał Michalczuk – promotechnik piarowski czyni cuda, bo wiadomo, że w teatrze na promocje nie ma kokosów.

Teatr jest jeszcze nadal ludzki i wszyscy strzelamy do jednej bramki, więc staramy się – z różnym skutkiem – ale być jedną drużyną. Teatr jest rodziną, która i kocha się i nienawidzi, i się rozwodzi, i bierze ślub, tu się dzieje wszystko, a szczególnie w takich teatrach zespołowych, które mam nadzieję, nigdy nie zostaną zlikwidowane, na co politycy mają coraz większą ochotę. W takich właśnie teatrach jest szansa, żeby powstało coś naprawde wybitnego, dlatego że ludzie tu się naprawdę znają, ufają sobie i potrafią zaryzykować. Mogą też poświęcić czas na dopieszczanie przedstawień, grać je, nie są zajęci innymi projektami. O teatrze i naszych pracownikach mogłabym długo opowiadać, bo mamy całkiem niezłą ekipę, zarówno artystyczną, jak i techniczną.

Wspieraliście, wspieracie się nawzajem w Teatrze w tym trudnym, pandemicznym czasie?

Tak, choć teraz jesteśmy raczej rozdzieleni… Ci, którzy obecnie próbują, pewnie się wspierają i na pewno rozmawiają o pandemii. Bardzo nas wszystkich wspiera i opiekuje się nami dyrektor. Mamy sytuację dosyć komfortową, jeśli chodzi o artystów, teraz – w czasie pandemii – bo znam historie innych zespołów teatralnych i różnie tam bywa. Bardzo współczuję tym, którzy w czasie pandemii nie mają etatu.

Dobrze słyszeć, że macie takie wsparcie. To bardzo budujące.

Tak! Mogę podziękować i to bez żadnej kokieterii. Dzięki temu, że mam etat i dzięki temu, że jestem właśnie w Teatrze Nowym, gdzie dyrektorem jest Piotr Kruszczyński, a dyrektorem administracyjnym Jacek Nadarzyński (nie wiem jakby było z innymi dyrektorami), to nie boję się o rachunki, czy o to, że nie przetrwam następnego miesiąca… Akurat w naszym teatrze nie jest źle, aczkolwiek wiadomo że się boimy i chcemy już pracować, grać przedstawienia, spotykać się z publicznością. Zależy mi na tym bardzo i już przebieram nogami z niecierpliwości! Już się nie mogę doczekać, kiedy znowu wejdę na scenę i stworzę nowe istnienie.

Jestem w bardzo dobrym wieku, mam mnóstwo energii, otwartości na nowe i nie chcę tego tracić na czekanie. Myślenie o tym, co będzie, czy politycy otworzą teatry, a jak otworzą, to czy ich znowu nie zamkną, dobija mnie… nie wiem dlaczego nagle teatry są teraz najbardziej niebezpiecznym miejscem w Polsce. Zadziwiające… Nie potrafię tego zrozumieć, że to akurat ozonowane teatry, gdzie uważnie przestrzega się wszystkich obostrzeń, gdzie wszyscy mieliśmy testy tak łatwo się zamyka.

W  ,Porno”, w genialnej roli, której z całego serca gratuluję, wychodzisz po oklaskach z manifestem dotyczącym decyzji Ministra Kultury w sprawie Teatru Polskiego we Wrocławiu, Starego w Krakowie. Apelowałaś wtedy o stawianie czoła i wspieranie wolności polskiego teatru. W październiku 2020 widziałam Cię na Placu Wolności na proteście kobiet przeciw decyzji TK w sprawie aborcji, a na jednym z filmów Nieznanej aktorki masz przypiętą do koszulki błyskawicę – symbol strajku kobiet. Słowem, nie jesteś obojętna. 

Oczywiście, że nie! Wiesz, Porno powstało z mojej inicjatywy i manifest był także moim pomysłem, ja jestem za niego w pełni odpowiedzialna! Ten spektakl, jest takim moim lękiem… moim lękiem, który zaczął się materializować. Dokładnie wtedy, kiedy rozpoczęliśmy próby, zaczęły się problemy w Teatrze Polskim i za chwilę w Teatrze Starym. Dotknęła nas ta sytuacja z Czarkiem Studniakiem, reżyserem Porno, kiedy władza decyduje, kim jesteś, bezpośrednio. Nasze przedstawienie było o tym, o sytuacji,  kiedy system ogranicza wolność artysty i wolność człowieka. Mieliśmy świadomość, że nie robimy przedstawienia, które jest wykonem aktorki (ja bardzo pilnowałam, żeby tak nie było), a opowiedzeniem historii. Chodziło o pokazanie potrzeby – tak wielkiej – zatrzymania wolności i nauczenia się z nią żyć. Bo mam wrażenie, że my nie potrafimy żyć w wolności, że wolność jest o wiele trudniejsza niż systemy totalitarne. To jest przerażające! Takie są moje wnioski… że większość ludzi woli żyć w zamordyzmie, dlatego że w wolności trzeba myśleć, dokonywać wyborów i brać za nie odpowiedzialność, i co ważne – dawać wolność innym, a to jest w moim poczuciu bardzo dojrzałe i trudne do zrealizowania. I teraz nie chodzi o to, żeby się przepychać ze swoimi koncepcjami na wolność, ale komunikować, na ile pozwalamy komuś wejść w swoją sferę wolności i na odwrót. Żyjąc tak, jak mi się podoba, muszę mieć świadomość, że mogę ingerować w czyjąś wolność, że uważność na drugiego człowieka jest najistotniejsza w relacji.

Co do polityki… ja nie jestem znawcą, ale interesuję się tym, co w polityce  się wydarza, chodzę na wybory, nie jest mi to obojętne. Dlaczego? Dlatego, że uważam, że polityka to nasze życie, to jest jakość naszego życia i nie można się od niej odcinać.

Wolność… nie jest nam dana na zawsze.

Broszkę natomiast dostałam od wspaniałej Aliny Sułkowskiej. Jest miedziana, a ja miedź kocham prawie tak jak bursztyn, bo jest nieoczywista, dużo ciekawsza niż złoto i charakterna! Alina napisała też książkę Zapiski z czekoladowego pamiętnika, do której robię audiobooka. Zapraszam do nabycia tej pozycji, jest przepięknie wydana, pachnąca! Można pocierać strony i wąchać czekoladę. Cudna!

Domyślam się, że po intensywnej pracy nad postacią, taką jak Porno, emocjonalnym zaangażowaniu, pojawia się potem potrzeba jakiegoś odreagowania, czy wyciszenia, jak to u Ciebie wygląda? 

Spokój na pewno odnajduję w medytacji, praktykuję Karma Kagyu od kilkunastu lat. Uszczęśliwia i wycisza mnie też przyroda, dlatego tak cieszy mnie ta moja ostoja na Mazurach, czy to, że w domu w Poznaniu czeka na mnie mój mężczyzna. Skupiam się na tym, co jest teraz, chcę zauważać te momenty, w których jestem szczęśliwa, a jest ich coraz więcej i to nie jest związane z moją pracą zawodową, bo w Teatrze przez ostatnie trzy lata dostałam dwa epizody (które też są cennym doświadczeniem). Wymyślam sobie zajęcia. Pandemia zatrzymała realizacje paru moich pomysłów na siebie.

Skoro już wspomniałaś o Mazurach! Tęsknisz za tym miejscem teraz jakoś bardziej?

Tak… Myślę, że prędzej czy później tam wrócę. Wiesz, ja się urodziłam na Mazurach, tam spędziłam całe swoje dzieciństwo, stawiałam pierwsze teatralne kroki. Tak samo zresztą jak Czarek Studniak. Dorastaliśmy razem, działaliśmy w Szczycieńskim Domu Kultury, chodziliśmy na różne warsztaty aktorskie, robiliśmy spektakle! Mój debiut to była Kózka w jakiś pastorałkach (śmiech).

Ja uwielbiam Mazury, dużo jezior, dużo lasów, kocham je za to, że są takie dzikie! Dobrze się tam czuję. Wśród natury zapominam, że jestem aktorką, jestem w stanie wreszcie odpocząć. Natura mnie bardzo uspokaja. Na Mazurach spędziłam ostatnio cały kwiecień i początek maja. Przeżyłam cudowne chwile też z tego powodu, że mieszkam na terenie Rezerwatu Galwica, gdzie żyje mnóstwo gatunków ptaków! I to jakie nagrania ja tam zrobiłam, to jest istne szaleństwo! Tam są ptaki, które śpiewają w nocy! Wyobraź sobie te symfonie, które trwają 24 godziny na dobę! Symfonie, nie jakieś tam parę śpiewających ptaszków. Moja mama mi o tym opowiadała, ale ja pierwszy raz to przeżyłam. To było niezwykłe doświadczenie, a mogłam być tam w tym czasie tylko dzięki pandemii tak naprawdę, bo najczęściej wtedy gramy i to bardzo dużo gramy.

Zauważyłaś jeszcze jakąś wartościową zmianę, coś jeszcze się udało, zmieniło w czasie pandemii?

Dzięki pandemii zrealizowałam wreszcie pomysł na ramówkę/domówkę NAO, czyli  Nieznana Aktorka Odpowiada. Pomyślałam, że może to jest dobry moment, żeby w końcu zrealizować pomysł, który chodził mi po głowie od dwóch lat. Zastanawiałam się, czy Nieznana Aktorka opowiada, czy odpowiada i nawet miałam pomysł, że będę to co chwilę zmieniała. Ale Nieznana Aktorka Odpowiada mi odpowiada dlatego, że jest tytułem dosyć prowokacyjnym. Bo nieznana aktorka – czyli anonimowa – jest pod gradobiciem pytań i w dzisiejszych czasach jesteśmy pociągani do różnorakich odpowiedzialności (śmiech). I ten zbitek słów mnie bardzo bawi. Po prostu mi ten tytuł pasuje (śmiech).

I prócz tego, że jest zabawny, stoi – jak dla mnie – w dużej kontrze do kultu jednostki.

Tak, tak! Zauważyłaś to! Dokładnie tak!!!

Chciałam zapytać jeszcze o lektorowanie, o którym piszesz na swojej stronie internetowej [https://edytalukaszewska.pl/]. To druga obok aktorstwa pasja? 

Tak. To moja pasja. Uważam, że nie urodziłam się z wyjątkowym, przyciągającym słuchacza głosem. Mój głos budził się i rozwijał razem ze mną. Traktuje go jak istotę, o którą trzeba dbać, przyjaciela, który jest moim lustrem. Praca z głosem to moja wielka pasja. Głos może wiele opowiedzieć o człowieku. Praca lektora jest dla mnie magiczna i fascynująca.

Na swoim Facebooku napisałaś: Just relax < Jestem kimkolwiek myślicie, że jestem. Nie robi mi to żadnej różnicy > Drukpa Kunley. Motto, czy komunikat dla tych, którzy liczą, że się czegoś z tego Facebooka o Tobie dowiedzą?

Drukpa Kunley był indyjskim  joginem, wędrownym adeptem tantry i medytacji. Żył w latach 1455-1529. Można o nim poczytać w książce Szalony Jogin Drukpa Kunlej, a cytat znaczy  dla mnie tyle, że jesteśmy tym, czym chcemy być, niezależnie od opinii innych. Ludzie mają różne koncepcje na temat innych, a zapominają o sobie, o swoim rozwoju, a w moim poczuciu tylko na to mamy wpływ. Nie zmienimy i nie poznamy w pełni drugiego człowieka, ale możemy tę swoją energię zużyć na rozpoznanie siebie. Bez trwonienia jej na często mylne i niekompletne opinie na temat innych ludzi. Bo to jest oczywiste, że ludzie będą o nas mówić i wkładać nas w coraz to inne szufladki. A człowiek jest żywą promieniującą i zmieniającą się energią! Nie ma sensu zamykać go w jakiejś ograniczającej, martwej koncepcji. 

Ktoś może powiedzieć o mnie ładna, ktoś inny, że brzydka, głupia lub mądra, egoistyczna lub współczująca. I co z tego? Istotne jest to co się wydarza pomiędzy mną samą, pomiędzy tą co myśli, że istnieje i myślami, które pędzą jak szalone często bez składu i ładu. Czasami też myślę o sobie źle, albo dobrze. To się nieustająco zmienia. Robię to, co uważam za najlepsze dla siebie, a na innych staram się być uważna. Z różnym skutkiem, bo nie jestem doskonała, uczę się, nieustająco uczę się być, żyć, uczestniczyć i doświadczać świata. 

Ale czy to znaczy, że jestem albo taka albo taka? Wiem jedno. Wszystko się zmienia i to ode mnie zależy, czy te zmiany będą dobre, czy pouczające na przyszłość. To jest niekończąca się opowieść (śmiech).


zdjęcie główne: Katarzyna Drejling Fotografia

Ja jestem Hamlet

Muszę zacząć od tego, że tekst ten powstawał w wielkim trudzie i minęła chwila, zanim ustaliłam dlaczego. Otóż zdałam sobie sprawę, że po spektaklu Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk, który Agata Duda – Gracz zrealizowała w Poznaniu w 2017 roku, najzwyczajniej wpadłam w pułapkę wysokich oczekiwań. I bądźmy szczerzy, oczekiwań okrutnie trudnych (niemożliwych?) do spełnienia. Kamyk to przedstawienie fantastyczne ze wszech miar — tak w warstwie artystycznej, estetycznej, przekazie, jak i absolutnie dojmujące, pozostające pod skórą na długo. Realizacja kolejnego spektaklu, w tym samym teatrze, dla tej samej publiczności, mierzenie się z pozostawionym tu artystycznym majstersztykiem, to arcytrudne i pewnie na wskroś stresujące zadanie. Dlatego też postaram się odciąć wrażenie po Kamyku i skupić na Hamlecie. Bez porównywania, bo w owym, Ja jestem Hamlet, który przecież nie jest złym spektaklem, wypadłby raczej blado.

 Ja jestem Hamlet, to nie pierwszy dramat Szekspira, którym postanowiła zająć się Agata Duda – Gracz. Po adaptacjach Romea i Julii oraz Otella i spektaklach inspirowanych Burzą (Po burzy Szekspira), czy Troilusem i Kressydą (Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie Trojańskiej), przyszedł czas na Hamleta, czyli najczęściej wystawiane na świecie dzieło Szekspira. Ciekawe jest to, że spektakl wyrósł z awersji do duńskiego księcia — w jednym z wywiadów Agata Duda – Gracz, która jest reżyserką, autorką tekstu, scenografii i kostiumów do spektaklu, przyznała że Hamlet to postać, której szczerze nie znosi.* Po spektaklu znienawidzą go także ci, którzy pozostawali dotąd bezstronni. Ale do tego  wrócę zaraz. Po kolei.

ja_jestem_hamlet_13

Przestrzeń w spektaklu to teatr/świat w rozsypce, permanentnej awarii, świat w remoncie, pod folią malarską i gruzem, ciemność. Nie tylko scena i widownia, ale dosłownie cały teatr/pejzaż (foyer, bar, klatki schodowe, wejście do toalety) aż po sufit/horyzont, przykryte są czarną folią. Organizacja, którą starają się wdrożyć aktorzy zanim jeszcze publiczność weszła na widownię, przynosi skutek odwrotny. We foyer panuje dekoncentrujący chaos. Ktoś krzyczy, że mają podejść do niego osoby z rzędów siedem, osiem i dziewięć, ktoś inny krzyczy, że z trzeciego, kolejny przywołuje publiczność z balkonu. Przebiega ktoś przebrany za polskie godło. Gwar tu i dezorientacja. Ktoś tu próbuje zarządzać, ale nie wiadomo po co i dlaczego. Przecież byśmy sobie poradzili… Już za chwilę okaże się, że to tylko preludium.

Publiczność podzielona rzędami na dramaturgów, aktorów i krytyków bierze udział w próbach do Hamleta w reżyserii młodej gwiazdy, Ediego. Ja jestem Hamlet wydarza się zatem w dwóch rzeczywistościach równolegle. Jedna, to przygotowania do spektaklu, ćwiczenie ról i scen, swoisty przekrój przez zakulisowość teatru. Teatru nieszczerego, megalomańskiego, pysznego, którego ma się dość, który swoją powierzchownością i arogancją przyprawia o mdłości. I druga przestrzeń — ta poza próbami, w której wydarza się wszystko to, co międzyludzkie — pełen wachlarz emocji i bezrefleksyjność…

ja_jestem_hamlet_12

Tu zaczyna malować się właściwy pejzaż zdarzeń, kalejdoskop charakterów obnażający to, co w ludziach złe, co zatruwa codzienność i współżycie… i sztukę. To traktat o samym teatrze, ale także wnikliwe studium przypadku ludzkiego. Genogram pogardy, diagnoza agresji i egoizmu. Projekcja tego, co w nas najgorsze i co wyplute na zewnątrz, turbuje wszystko czego dosięgnie.

Upokorzenie

Taki jest Edi/Hamlet (wspaniały w tej roli Michał Kocurek) — rozhisteryzowany, w ciągłym procesie twórczym, który nie wiadomo co oznacza i co z niego ma wynikać, doktryner. Nieszczery i szalony. Agresywny i pozbawiony szacunku do czego- i kogokolwiek. Przekonany o swojej wyjątkowości. Poniża aktorów, doprowadza ich do płaczu. Słowem, zarządza ich emocjami. O stosunku do Ediego nie decydujemy jednak od razu. Twórcy spektaklu igrają z nami. Na początku bowiem współczujemy Ediemu — młodemu, zdolnemu, trochę zagubionemu chłopakowi, który na swoje nieszczęście skażony jest niezdrową relacją z ojcem. I swoją drogą, koniec końców zastanawiamy się kogo nie znosimy bardziej — Ediego, czy jego ojca, Arkadiusza (Ildefons Stachowiak) — zadufanej w sobie teatralnej gwiazdy, która to siłę do życia czerpie z upokarzania tak syna, jak i reszty świata.

Rozbuchane ego

Keif (Mariusz Zaniewski) nadęty, megalomański aktor; Marzena (Anna Langner) — prożna, zakłamana scenografka; Szrama (Jan Romanowski) — ,,przerastający talentem Szekspira”, dramaturg; Leokadia (Antonina Choroszy) — wyniosła matrona teatru, z najlepszymi pomysłami na chwytliwą sztukę: Gertrudę zagra mężczyzna, a może jakiś amator z upośledzeniem umysłowym. Słowem, rozhisteryzowana banda aroganckich artystów.

Powierzchowność

Krytycy, których twórcy diagnozują za pomocą nadużywanych w recenzjach ,,słów z waty”: transparentność, totalny, bezkompromisowy, dekonstrukcja; Żorżeta (Małgorzata Łodej – Stachowiak) — głos tych, którzy wiedzą wszystko o wszystkich, gdzie w parze z ocenami nie idzie analiza, ani empatia; efekciarskie sceny z prób do Hamleta Ediego, których zadaniem jest zrobić wrażenie; aktorzy o szerokiej skali emocji.

ja_jestem_hamlet_11

Egoizm

Aktorki z zespołu (Czuja — Julia Rybakowska, Bubu — Marta Herman, Amba — Alicja Juszkiewicz), które chętnie wezmą rolę Ofelii odziedziczoną po swojej koleżance (Dżesika — Anna Mierzwa), która poniżona publicznie przez Ediego wylądowała w szpitalu. Edi, Arkadiusz, Marzena, itd… egoizm cechuje ich wszystkich.

Tyle dobrego, a nie wspomniałam jeszcze o szukaniu ukojenia w alkoholu (Żaba — Bożena Borowska – Kropielnicka), czy znerwicowaniu (tu absolutnie fenomenalna w roli inspicjentki Iwony — Dorota Abbe)

Ja jestem Hamlet, to wspaniały zespół Teatru Nowego w Poznaniu, piękna muzyka autorstwa Łukasza Wójcika. To również aktualność Szekspira (pozbawionego jedynie rymów i specyfiki epoki). A co mniej przyjemne — bodzieć wywołujący ważne choć trudne pytania: czy wszyscy musimy być wyjątkowi? Czy za przeciętność należeć powinno się wykluczenie? Dlaczego jest tak, że ludzie czują się predysponowani do zarządzania emocjami, życiem innych? … Dlaczego ktoś sądzi, że ma prawo do słów: Strzeżcie się, zwykli ludzie, szarzy ludzie, bez tego czegoś w środku, zwyczajni ludzie, normalni, przeciętni zjadacze chleba, ludzie – ciułacze codzienni, strzeżcie się, ludzie – tak zwani wszyscy obywatele, ludzie – rodacy, sąsiedzi, bracia, jak każdy ogół w większości!
Ja jestem Hamlet, co wam dupska skopie czarownie, aż wam bebechy wyjdą przez wszystkie otwory wasze!
Ja jestem Hamlet, co się wam dobierze do wszystkiego, co wasze, a wszystko, co wasze, jest do dobrania się przeze mnie, bo ja wiem i znam was aż za dobrze! Miernoty nijakie i ni takie, ni siakie!
Ja jestem artystą, który się ponad waszym “niczym” unosi i pęcznieje sobą, czyli istotnością ponad wszelką wątpliwość! Ponad nijakością waszą i celem, który wam się wydaje ważny, ale jest bez znaczenia dla mnie, czyli – jest bez znaczenia w ogóle!
(…)
Nastał czas Hamletów! Pie***lcie się więc, umięśnieni koledzy ze szkoły, i wy, dziewczyny w złośliwie cielistych podkolanówkach, znajomi rodziców, mentorzy i wy, portrety noblistów gapiące się na mnie ze ścian sal wykładowych! Teraz ja!
Ja jestem Hamlet i wyreżyseruję wam taki świat, na jaki zasłużyliście!**

Zostawiam z tym Was i siebie, bo to refleksja, która przyda się nam wszystkim.

* Najważniejsi są aktorzy rozmowa Magdaleny Rewerenda z Agatą Dudą-Gracz [w:] Kultura u podstaw

** A. Duda – Gracz List do postaci Ediego [w:] Program do spektaklu

fot. Jakub Wittchen

Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie

Pan Tadeusz jest premierą inaugurującą 95 – lecie Teatru Nowego w Poznaniu, ale to nie pierwsza adaptacja tego dzieła przez profesora Grabowskiego, którą mieli okazję oglądać Poznaniacy. W 2013 roku spektakl produkcji Teatru Starego w Krakowie wystawiony został w Teatrze Polskim podczas Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi.

Czesław Miłosz powiedział kiedyś o Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza, że jest to poemat metafizyczny mówiący o równowadze, porządku świata, w którym Soplicowo jest ogrodem Pana Boga. Pan Tadeusz w wydaniu Mikołaja Grabowskiego nie skupia się na tajemnicy i krzepieniu podupadłych polskich serc. Raczej odziera tekst z jego epopejowości. Wyciągając z niego na pierwszy plan humor, mocno ironizując, stawiając na komizm, śmiech i farsę, tworzy parodię romansu i kryminału. Oczywiście przy współpracy z fantastycznym zespołem aktorskim Teatru Nowego.

Jeśli już mowa o romansie, to oczywiście z udziałem Telimeny, Zosi, Tadeusza i Hrabiego!

Telimena (w tej roli wspaniała Anna Mierzwa) to kobieta dojrzała, pewna siebie, świadoma swoich walorów i atutów, także tych fizycznych, których nie kryguje się wykorzystywać. Jest zadziorna a jednocześnie namiętna i kochliwa, to intrygantka lawirująca między objęciami Tadeusza i Hrabiego. W dużym dekoldzie, na wysokich, czerwonych obcasach. Nie wiem tylko co by na to powiedział Mickiewicz, który przy tworzeniu Pana Tadeusza, czerpać miał z wątków autobiograficznych. I tak w postaci Telimeny na przykład, ukryć cechy, postawy i stosunek do swojej żony — Cecylii…

Zosia (świetna Alicja Juszkiewicz) u Grabowskiego jest zwykłą, wiejską dziewczyną, której raczej brak manier i dystyngowania. Wychowana z indykami i włażąca na drzewa. Przedstawienie Zosi w ten sposób, tworzy przezabawną polemikę i zmienia utarte (także przez ekranizację Pana Tadeusza, Andrzeja Wajdy) wyobrażenie Zosi — naturalnej, zgrabnej i zwiewnej nimfy. W spektaklu, daleko tej kreacji do złotowłosej Alicji Bachledy-Curuś i pojęcia damy, a już na pewno daleko do pojęcia kochanki. Kontynuując zaś wątek autobiograficzny wieszcza, w literackiej Zosi upatruje się zafascynowania Mickiewicza Ksawerą Deybel, z którą poeta miał wieloletni romans.

1YWpJWpQ

Podatny zaś na zaloty dużo starszej od siebie i dojrzałej Telimeny oraz urodę nieopierzonej jeszcze Zosi, Tadeusz, to debiut aktorski nowego aktora Teatru Nowego, Jana Romanowskiego, który radzi sobie z tą rolą koncertowo. Tadeusz w jego wykonaniu bez wątpienia zapada w pamięć. W przeciwieństwie do tego z epopei, gdzie choć stanowi tytułowego bohatera, zdecydowanie nie jest najważniejszą, ani najbardziej barwną postacią utworu. W spektaklu, Młody Soplica to dziecinnie zdziwiony, zachwycony wszystkim i wszystkimi, zadziorny chłopak, któremu wydaje się być już dojrzałym mężczyzną. W miłości niezdecydowany, za to w sprawie kawy ze śmietanką (absolutnie prześmieszna scena) już tak!

Hrabia to kolejna świetna kreacja aktorska, tym razem Mateusza Ławrynowicza. Postać podatna na wpływy, romantyczna i wrażliwa, zdecydowanie bardziej obyta wśród szlachty i kobiet niż Tadeusz.

Co do kryminału, to postaciami wokół których buduje się największe napięcie, są oczywiście ksiądz Robak (Mariusz Zaniewski) i Gerwazy (Ildefons Stachowiak). I te role, to kolejny przykład aktorstwa na naprawdę wysokim poziomie! Spowiedź Jacka Soplicy w drugiej części spektaklu, przedstawienie przez Zaniewskiego w tym krótkim monologu całej skomplikowanej konstrukcji biograficznej postaci, syntezy zbrodniarza i pokutnika, a wcześniej także cichego konspiratora, to duży aktorski sukces. Podobnie zresztą, jak atmosfera niepokoju i napięcie budowane przez Stachowiaka.

eqkOgPIQ

W odpowiedni nastrój wprowadza również scenografia spektaklu (Jacek Ukleja). To surowe wnętrze, powiedzieć można, że w stanie deweloperskim. Ledwo co wylana betonowa posadzka, wybielone ściany, w rogu betoniarka, w centrum sceny rusztowanie. Z boku sceny, pod rusztowaniową siatką ochronną znajduje się zespół kameralny, który gra muzykę na żywo. Tu dzieje się cała akcja, to Soplicowo – pomieszczenie w budowie, w które trzeba włożyć jeszcze sporo pracy by doprowadzić je do stanu wygodnego użytkowania. A opisywana przez Mickiewicza i hiperbolizowana przez Grabowskiego duma, pycha, warcholstwo i skłonność do kłótliwości polskiej szlachty raczej w tym nie pomaga. Budowa na scenie jest podkładem do grzybobrania, polowania, jest kościołem, jadalnią, karczmą Jankiela, lasem, łąką i świątynią dumania. Miejscem, które tworzy tło do fantastycznych aktorskich ról. To one, poza lekkością, której nadał epopei Grabowski, są największym, zdecydowanie najmocniejszym aspektem spektaklu.

Pan Tadeusz Mikołaja Grabowskiego na pewno nie jest artystycznym arcydziełem, nie jest też odkrywczy, ale jest zbawiennym, zabawnym oderwaniem od epopejowości dzieła, jego drugim, zdecydowanie bardziej humorystycznym dnem. Przekonuje, że nie taki wieszcz i 13-zgłoskowiec straszny jak go malują.

fot. Jakub Wittchen

Kanapka z Człowiekiem

Las czarnych, otwartych parasolek, kobiety śpiewające utwory Jacka Kaczmarskiego i wizualizacje w tle, po lewej stronie orkiestra pod kierownictwem Jacka Skowrońskiego, po prawej kącik z magnetofonem na kasety, stolikiem, fikusem i herbatą w szklance z metalowym koszyczkiem oraz Marcin Januszkiewicz jako alter – ego Kaczmarskiego. Czyli Kanapka z Człowiekiem Jerzego Satanowskiego.

Jacek Kaczmarski, którego piosenki w nowych aranżacjach muzycznych zaprezentowano w najnowszym spektaklu Teatru Nowego w Poznaniu — Kanapka z Człowiekiem, to mistrz słowa, metafory, poezji śpiewanej, kompozytor, artysta z ogromnych dorobkiem, autor znanej chyba wszystkim Polakom pieśni Mury. Zaczął tworzyć w latach siedemdziesiątych XX wieku, a jego teksty szybko stały się synonimem walki z komunizmem. Podczas stanu wojennego, głosem antykomunistycznej opozycji byli głównie mężczyźni. Po niespełna 30 latach od wyzwolenia się Polski spod czerwonego reżimu, na nowo przywołane utwory Kaczmarskiego, okazują się być przerażająco aktualne. Tym razem jednak głos oddano kobietom (jak powiedział o nich w jednym z wywiadów Jerzy Satanowski — wdowom pamięci po Kaczmarskim), parasolkami — symbolem solidarności kobiet w walce z próbami ograniczenia przez polityków ich praw — nawiązując do Czarnego Protestu. W Kanapce…, kobiety te, to obdarzone świetnymi głosami, wyraźne i autentyczne w swoich interpretacjach: Pamela Adamik, Bożena Borowska – Kropielnicka, Karolina Głąb, Oliwia Nazimek oraz Agnieszka Różańska.

kanapka_z_czlowiekiem

Spektakl ma formę koncertu, podczas którego zaśpiewane zostały 22 piosenki. Wśród nich te najbardziej, z dorobku Kaczmarskiego, znane: Obława, Nasza Klasa, Dzieci Hioba, czy wspomniane już Mury. Oś inscenizacyjną spektaklu stanowi połączenie pieśni z wizualizacjami Justyny Bieleckiej, prostym ruchem scenicznym polegającym jedynie na zmianach miejsc przez aktorki oraz wtrąceniami narratora — Marcina Januszkiewicza, komentującego poezję Kaczmarskiego z pokojowej przestrzeni po prawej stronie sceny, fantastycznie interpretującego także kilka z piosenek. Tu wspomnieć należy przede wszystkim mistrzowskie, emocjonalne, nie trącące tkliwością wykonanie przez niego utworu Raj. Słowem, bardzo oszczędna w środki realizacja. Z tym, że ta prostota jest tu uzasadniona, najważniejsze bowiem są język, rytm i rym, emocje towarzyszące interpretacjom oraz fakt ich nieprzerwanego (a może na powrót?) obowiązywania. Wspomniane wizualizacje stanowią tło i komentarz nawiązujący do kolejnych utworów. Są to między innymi obraz Edwarda Muncha Krzyk, Rozstrzelanie Andrzeja Wróblewskiego, czy Alegoria Malarstwa Jana Vermeera. Przywołane w kontekście tych obrazów utwory, noszą te same, co płótna tytuły i stanowią ich poetycką interpretację. Kostiumy Joli Łobacz  kolorem, charakterem, czy wprost — nadrukiem także nawiązują do obrazów, tworząc   wraz ze śpiewem i wizualizacjami sugestywną całość.

kanapka_z_czlowiekiem_9

Poezji Kaczmarskiego nie sposób interpretować w oderwaniu od kontekstu społeczno – politycznego. Wydaje się więc naturalnym komentować przywołane w Kanapce… utwory w odniesieniu do obecnych realiów politycznych i podziału Polaków. Interpretacja Bajeczki z perspektywki o malutkim tyranku, który to został prezydentkiem, staje się więc zaskakująco i okrutnie, niemal dosłowna. Pozostaje zatem zanucić wersy Obławy z nadzieją na zjednoczenie, w którym leży siła niezbędna by wpływać na bieg wydarzeń:
Nie dajcie z siebie zedrzeć skór! Brońcie się i wy!
O bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie!

fot. Jakub Wittchen

 

Porno

–  Pamięci rewolucji.
– Którą rewolucję masz na myśli?
– Wiem tylko o jednej jedynej. O tej, kiedy moje ciało wyzwoliło się spod brzemienia czasu i niezależnie ode mnie cieszyło się sobą.

To motto dramatu, które rozbrzmiewa w holu przed rozpoczęciem spektaklu, powtarzane jak mantra. Nie sposób go pominąć, tak jak nie sposób zignorować spektaklu w reżyserii Ceziego Studniaka.

Porno to tytuł spektaklu i pseudonim bohaterki jednocześnie. Porno przybija, Porno emocjonalnie zużywa i przeciąża. I sami wybierzcie, czy mówię o postaci, czy o spektaklu w ogóle, a każda odpowiedź będzie prawidłowa. Stwierdzicie zatem: eee, czyli nie warto! Otóż warto! Bardzo warto. Bo to jeden z tych spektakli, który odkłada gdzieś w pamięci, na długo pozostającą, wymagającą zastanowienia, w jakiś sposób dręczącą myśl. Jest to wymagający emocjonalnie teatr, którego nie powinniśmy się jednak bać. Zachęcam do stawienia mu czoła i nocnych analiz.

Porno to monodram, jedno z najtrudniejszych (jeśli nie najtrudniejsze) i najbardziej ryzykownych w sztuce aktorskiej, zadań, łatwo się na nim wyłożyć. Edyta Łukaszewska poradziła sobie z nim jednak fantastycznie. Postać przez z nią grana była angażująca, ciekawa, ekscytująca. Aktorce udało się uniknąć natarczywości i uciążliwej hiperbolizacji, niepotrzebnego i taniego efekciarstwa. Świat, który stworzyła na scenie, jest wartki, pociągający i uniemożliwiający obojętność. Po prostu dobra robota!

porno_10

Akcja spektaklu osadzona jest na Węgrzech, w czasie reżimu komunistycznego, poniżającej inwigilacji i cenzury. Porno, to pseudonim nadany przez służby bezpieczeństwa aktorce, której winą jest odgrywanie gdzieś w przestrzeni miasta przedstawień dla bezdomnych dzieci i dokarmianie ich. Postać grana przez Łukaszewską jest wielowymiarowa, wielowarstwowa. Raz irytuje, zaraz jej współczujemy, infantylna i dojrzała jednocześnie, niespokojna i nadpobudliwa, stawiająca opór i pogodzona z losem. Trudne to wyzwanie, zakończone sukcesem.

Jej rola ma nieuporządkowaną strukturę, jest zbitkiem myśli, wspomnień, przemyśleń, odgrywanych rozmów i ilustracji doświadczeń. Sceny dotyczące przedstawień, które  Porno gra dla dzieci, rozmów z sąsiadem, teściową, czy jej przemyśleń wydarzają się wewnątrz ustawionego w centrum sceny sześcianu – klatki (tak jakby Porno była więźniem przypisanego jej i odgrywanego bez jej zgody losu).  Przesłuchania natomiast mają miejsce na tle trzech ścian klatki, przy metalowym stoliku i pomalowanej farbą olejną, ściany. I to to miejsce, te wydarzenia, przesłuchania pozbawiające kobietę człowieczeństwa, odzierające, przez aparat władzy, z godności mają charakter porno – podniety. Nie nagie ciało aktorki, które w pierwszej scenie przedstawia nam rozkładając jego budowę na czynniki pierwsze, nie jej egzaltacja są dla kogokolwiek erotycznie pobudzające. To obsceniczne, chore sprawowanie kontroli, inwigilacja, tępienie wyimaginowanego zagrożenia i dyktatura jest największym, ułomnym, patologicznym i perwersyjnym stymulantem władzy.

porno_9

W miarę postępowania kontroli, okrutnych przesłuchań i zatracania się Porno w niemożności, klatkę wypełniają spadające przez rurę umocowaną przy suficie, maskotki, by ostatecznie przykryć sobą, wchłonąć kobietę bez reszty. To wymowne, bardzo dosłowne rozwiązanie sceniczne nawiązuje po trochu pewnie do infantylności Porno, jednocześnie unaoczniając przytłaczające, nieme, społeczne przyzwolenie, wydawałoby się niewinne działania, komentarze, które pomnożone przez setki potrafią osiągnąć efekt druzgocący. To symbol narzędzi do sprawowania przez partię kontroli, w postaci pluskiew, agentów, przemocy. Nie dajmy się zatem zwieść pozornej toporności tej pluszowej przenośni.

porno_8

Porno, która chce jedynie żyć, żyć swoim życiem i na własnych zasadach, w końcu przegrywa. Jej ciało i skołatany umysł nie wytrzymują natarcia. Kontrola, reżim tym razem wygrywa. Śmierć daje dziewczynie poszukiwany przez nią kolor i wolność. Przynajmniej w to chcemy wierzyć…

…moje ciało wyzwoliło się spod brzemienia czasu i niezależnie ode mnie cieszyło się sobą.

Po zakończeniu spektaklu, Edyta Łukaszewska przerywa oklaski, mówiąc że nie spodziewała się, że tekst, który chciała zagrać już na trzy lata przed premierą (czyli aż osiem lat temu) stanie się kiedykolwiek tak aktualny, jak w dniu premiery (30 września 2016 – przeddzień Czarnego Protestu) i pozostanie bieżący do dziś. W tym miejscu wspomniała o zniszczonym przez Ministra Kultury Teatrze Polskim we Wrocławiu,  Teatrze Starym w Krakowie, cenzurze politycznej, ideologicznej przemocowości w sferze teatru. Apelowała o stawianie czoła i wspieranie wolności polskiego teatru. Apeluję i ja.

 

fot. Materiały Teatr Nowy w Poznaniu

Wrzesień 2017

28.09 Kroniki Podwórkowe, reż. Aneta Adamska
Teatr Przedmieście w Rzeszowie

29.09 Szaberplac, moja miłość, reż. Tanja Miletić Orucević
Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego

29.09 Kocham operetkę Mów mi Ty!
Opera Bałtycka w Gdańsku

30.09 Pan Tadeusz/Impressia Experientia, reż. Mariusz Pilawski
Teatr Mały w Manufakturze w Łodzi

30.09 Ranny Ptaszek, reż. Dariusz Taraszkiewicz
Prom Kultury Saska Kępa w Warszawie

30.09 Nine, reż. Jacek Mikołajczyk
Teatr Muzyczny w Poznaniu

30.09 Petit Pierre, reż. Helena Radzikowska
Olsztyński Teatr Lalek

30.09 Burza, reż. Marek Zakostelecky
Wrocławski Teatr Lalek

30.09 More, chor. Ramona Nagabczyńska
Fundacja Ciało/Umysł, Warszawa

30.09 Balladyna, reż. Krzysztof Galos
Bałtycki Teatr Dramatyczny im. J. Słowackiego w Koszalinie

30.09 Św. Idiota, reż. Janusz Opryński
Teatr Polski w Bielsku – Białej

30.09 Iwona, księżniczka Burgunda, reż. Magdalena Miklasz
Teatr Nowy w Poznaniu

30.09 Mefisto, reż. Agnieszka Błońska
Teatr Powszechny w Warszawie

 

fot. Materiały Teatr Nowy w Poznaniu

Na obraz i podobieństwo swoje

Spektakl w reżyserii Piotra Trojana Na obraz i podobieństwo swoje otwiera następujący komunikat — wszystko, co zaraz zobaczymy, to historia prawdziwa, choć jeszcze się nie wydarzyła. Domyślamy się zatem, że jest to sprawa sąsiedzko wręcz popularna, że prawdopodobna jest w naszym mieście, na naszej ulicy, w mieszkaniu pod nami. Rzecz bowiem dzieje się w małym, polskim miasteczku XYZ, czyli wszędzie. Pojawia się tutaj ,,piękna pani z telewizji”, która realizuje właśnie programu o charakterze reality show. Dziennikarka rozmawia z mieszkańcami miasta w ich domach, podgląda ich codzienne życie, a relację jej projektu można obejrzeć w telewizji! już kilka dni po zakończeniu zdjęć. Zwieńczeniem przedsięwzięcia są puste ulice miasta i ,,szyby niebieskie od telewizorów”. Oraz… rywalizacja o wyprawę na Marsa. Inspiracją do powstania spektaklu była postać holenderskiego biznesmena Basa Lansdorpa i jego projekt MARS ONE, który zakładał budowę osiedla ludzkiego na Marsie. I to właśnie w miasteczku XYZ trwa casting mający wyłonić dwójkę najbardziej odpowiednich do owej misji, osób.

W ten sposób poznajemy mieszkańców miasteczka z imienia i ciała. Tak, ciała. Bo jego kult jest ważnym elementem spektaklu, na osi którego zbudowana została cała dramaturgia. Ciało oraz jego niedoskonałość i ułomność, wiążący się z tym wstyd i narastające poczucie niedostosowania, zaniżania samooceny, czy depresji.

Pierwszy prezentuje się Eryk (Grzegorz Gołaszewski). 19 — letni homo sapiens płci męskiej, z rodziny: kulturysta, rodzaju: drech, napinający przed nami swoje mięśnie, prężący się do kamery. Eryk spędza całe dnie na siłowni, tam dba o szybki przyrost masy mięśniowej. O jego muskulaturę troszczą się spożywane przez niego różnego rodzaju anaboliki oraz jego matka (Martyna Zaremba – Maćkowska)… kobieta zaborcza, manipulująca synem, która kocha w sposób chory, zachłanny i totalny, niemal kazirodczy. Sprawiając pozory liberalnej, nie radzi sobie z dorastaniem syna, zazdrosna o pojawiające się w jego otoczeniu kobiety. Przygnieciony bezlitosną miłością, Eryk, nie spotyka się z żadną dziewczyną, korzysta za to z usług infolinii erotycznej. W wolnych chwilach prowadzi vloga o wyciskaniu, uzupełniając go interaktywnym coachingiem.

O życiu na Marsie najbardziej marzy odszczepieniec Piotr (Nikodem Kasprowicz) — brat Eryka, całkowicie pomijany, nierozumiany przez bliskich i znajdujący się w  swojej rodzinie, jakby przez przypadek… Wyróżniający się intelektem i AIDS, śpi w pościeli w kosmiczny motyw, referuje naukowe, pozaziemskie wiadomości, które nikogo poza nim nie interesują. Zastosowany tu został bardzo stereotypowy, mocno spłaszczony i dosłowny zabieg zestawienia braci na zasadzie totalnych przeciwieństw. Proste to bardzo i banalne… jak kreacja reszty bohaterów, których ułomności rozwiązujemy po ich pierwszych słowach.

Na scenie pojawiają się dwie dziewczyny oraz ich babcia. Jedna z młodszych kobiet, bardzo szczupła, ubrana w kostium imitujący panterkę, druga cała w jeansie, diamencikach i doczepianych blond włosach. Klasyczny, choć powierzchowny, rzecz jasna, obraz dziewczyny dresa. Plotkują, śmieją się, wypełniają za wolno płynący czas i nudę dogryzaniem publiczności. Ich śmiech jest zaraźliwy, żarty kiepskie. Okazuje się jednak, że pod maską pewnych siebie i wulgarnych, kryje się wiele kompleksów i problemów z akceptacją siebie. Jednym z nich jest zaburzenie odżywiania – anoreksja. Cierpiąca na jadłowstręt psychiczny dziewczyna (mowa o tej ubranej w panterkę) poddaje się operacji zmniejszenia wagi w szemranej klinice, w wyniku czego traci nogę. W tej roli Alicja Juszkiewicz. Druga kobieta (tutaj debiutująca Anna Langner), o małomiasteczkowej mentalności, od lat wirtualnie spotyka się z Erykiem. Z ich pierwszej randki w realu nic jednak nie wychodzi. Nic oprócz gagu z reklamówką, która jest głównych tematem ich rozmowy i zainteresowania spotkaniem. To najbardziej udana scena w całym spektaklu, w czym duża zasługa świetnej kreacji scenicznej Gołaszewskiego.

Babcia dziewcząt (Irena Dudzińska), która gdy tylko pojawia się na scenie, w srebrnych butach ze świecącą na zielono podeszwą wiemy, że nieubłaganie zbliża się scena z nieakceptowaniem swojego wieku oraz starzejącego się ciała i wynikających stąd ograniczeń. Babcia zwierza się wnuczkom, że chce umrzeć, że nie znosi zapachu starej skóry, jej zwisów i wiotkości. Mówi, że brakuje jej seksu.

I wreszcie, na scenie pojawia się mężczyzna, wypowiadający się słowami Starego  Testamentu. Typuje Piotra i Babcię do misji na Marsa. Mówi do nich ,,idźcie i rozmnażajcie się!” Piotr chory na AIDS i kobieta po menopauzie. Czy to bóg? Czy to nasz holenderski bogacz? Kto jest twórcą projektu Mars One? Nie wiem… Wychodzi jednak na to, że bogu w trakcie aktu tworzenia ewidentnie coś nie wyszło. Albo, jeśli stworzył mieszkańców miasteczka XYZ, jak wszystkich innych na Ziemi, na obraz i podobieństwo swoje, nie może być doskonały…

Spektakl ten, to streszczenie społeczeństwa klasy B, bogaty w gagi i proste rozwiązania, wpisujący się w trend wykorzystania nowych mediów (w tym przypadku dziewczyna z kamerą i zbliżenia, które są absolutnie niepotrzebne i drażniące) i wulgarności podwórka. To mógłby być bardzo dobry spektakl o świadomości swoich niedoskonałości, rys i skaz, o podejmowaniu walki na przekór stereotypom i wstydowi. Dowiadujemy się za to, że taka walka zwyczajnie nie ma sensu, bo nie wiadomo co określa zwycięstwo, a wszechogarniający, wszechobecny kult ciała niszczy i zabiera jasność umysłu.

Fot. Jakub Wittchen


Mokradełko

Słysząc Mokradełko sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę się spodziewać… czy będzie to rzecz, najprościej, o molestowaniu seksualnym, gdzie akcja toczy się w czasie rzeczywistym, czy może jakaś forma analizy psychologicznej sprawcy lub ofiary na podstawie wspomnień i retrospekcji.

Okazuje się, że żadna z tych hipotez nie była trafiona. Odnoszę bowiem wrażenie, że to spektakl o konfrontacji z prawdą, która nieoczekiwanie wyszła na jaw. I to wyszła w sposób bezceremonialny, w sposób głośny i nachalny, w związku z czym nie można jej już ignorować, a powinno się do niej przynajmniej jakoś ustosunkować. Bo powiedzenie, że prawda niewypowiedziana nie istnieje, właśnie straciło swój sens.

Jednak starcie z tą zwerbalizowaną prawdą wydaje się być dla postaci spektaklu bardzo trudne, dlatego na pomoc przychodzi najprostszy z mechanizmów obronnych – wyparcie, dalej pomagają mu piętrzące się wątpliwości i usprawiedliwienia, aż doprowadzają do hucznego finału, czyli zamazania ujawnionej właśnie prawdy.
Mokradełko, które swoją premierę miało w listopadzie 2015 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu, to spektakl na podstawie reportażu Katarzyny Surmiak – Domańskiej o takim samym tytule. Zarówno w książce, jak i w teatrze, pisarka towarzyszy Halszce Opfer – w dzieciństwie molestowanej przez ojca za milczącą zgodą matki, w podróży do jej domu rodzinnego. W Mokradełku poznajemy Halszkę oczami jej bliskich: męża, sąsiadów, teściowej, matki… dowiadujemy się jak bliscy widzą ofiarę, a jakby ją sobie wyobrażali. Pewnym jest, że nie jako osobę, która głośno mówi o doznanej krzywdzie (i to w telewizji!), udziela wywiadów i wydaje książkę tej treści!

Halszka Opfer bowiem to pseudonim literacki, pod którym kobieta opublikowała głośną swego czasu książkę Kato – tato, gdzie opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa. Na swój kryptonim wybrała ofiarę – warto wiedzieć, że dokładnie to oznacza z niemieckiego słowo opfer.

Spektakl rozpoczyna się przyjazdem do Mokradełka reporterki (Marta Szumieł), która staje się uczestnikiem/obserwatorem zdarzeń. Sądząc po scenografii – klatka schodowa w bloku, pomalowana jakże znaną nam wszystkim farbą olejną w kolorze brudnego beżu – możemy znajdować się gdziekolwiek w Polsce. W kolejnych scenach pojawia się wersalka, niska ława i fotel – wystrój równie popularny jak olejna farba – zamieniając klatkę schodową w mieszkanie matki Halszki.

Na pierwszą połowę spektaklu składają się bardzo przerysowane kreacje męża Halszki (Sebastian Grek) – trochę gapowatego mężczyzny w średnim wieku, pod widocznym wpływem matki; jej teściowej (Daniela Popławska) – byłej nauczycielki, ociekającej dulszczyzną oraz perfekcyjnie przeciętnej sąsiadki z przeciwka. Opowiadają o swoich wątpliwościach co do rzetelności wyznań Halszki, podając w wątpliwość jej zwierzenia i dyskutując na temat postawy Halszki, która zdecydowanie odbiega od ich wyobrażeń na temat behawioru ofiary.

Teściowa oraz sąsiadka szczególnie mocno podkreślają, że w ich w opinii Halszka nie zachowuje się jak na ofiarę przystało. Pytanie brzmi, jak więc powinna… niechże pojawi się już na scenie Halszka! Niechże wyjaśni się, jakiż to rodzaj powierzchowności świadczy o niedowierzaniu w doznanie przez nią krzywdy.

Okazuje się, że Halszka Opfer to dojrzała kobieta, wygadana, wyzywająco, dość kiczowato ubrana, od której bije pewność siebie. Następuje właśnie zderzenie ze stereotypowym postrzeganiem ofiary. Zaraz nasuwa się kolejne pytanie, skąd ta standardowość w postrzeganiu skrzywdzonego się bierze… czy ofiara musi usuwać się w cień społeczeństwa swoją przepraszającą postawą? Postać Halszki świetnie zagrana przez Łukaszewską znakomicie oddaje ten  dysonans.

Totalnym przeciwieństwem postawy Halszki jest córka jej drugiego męża grana przez Gabrielę Frycz, która to jest wzorowym przykładem jak być ofiarą, żeby otoczenie uwierzyło w doznaną krzywdę – ascetyczna, skromna, zakutana szarym ubraniem – wszystko po to, żeby mniej było ją widać, słychać, mniej z problemami, wspomnieniami, krzywdami, było jej w ogóle.

Druga połowa spektaklu, to już spotkanie i próba konfrontacja Halszki (Edyta Łukaszewska) z matką (świetna w roli Maria Rybarczyk), która nie chce znać córki, po tym jak ta upubliczniła sprawy rodzinne. Wydaje się, że porozumienie między pełną żalu córką, a niedopuszczającą do granic świadomości i rozumienia faktu molestowania we własnej rodzinie, matką nie jest możliwe. Wydaje się tak przez niemal całą drugą połowę spektaklu. Kobiety rozmawiają ze sobą bez widocznego zbliżenia, ani do siebie, ani do faktów. Córka chce by matka przyznała, że wiedziała o wszystkim, matka pragnie jedynie, aby Halszka zamilkła – szczególnie publicznie.

I kolejne, ostatnie już w tej krzątaninie zdarzeń, pytanie – jak dobrze zakończyć taką dyskusję, taki konflikt, takie przedstawienie… ja nie wiem, naprawdę. Ale sposób, w jaki zrobił to reżyser (Mikołaj Grabowski), łącząc cierpienie i grozę z absurdem i przerysowaniem, wydaje się być pomysłem zbyt zabawnym. Ostatnia scena, w której Halszka, jej matka i reporterka siedzą na proscenium i przekomarzają się, czy Halszka powinna ubierać ciemne okulary do występów telewizji, czy nie, jest dość płaskie…

Spektakl nie jest odkryciem pod względem interpretacyjnym, nie jest też zjawiskiem estetycznym, nie wywołał też w mojej głowie burzy myśli i wulkanu emocji. Wpuścił jednak kilka pytań i dołożył kolejnych zmartwień do pudła, pt. kondycja psycho – społeczna współczesnego Polaka.

fot. Jakub Wittchen

Ambona Ludu

Słysząc Ambona Ludu (tytuł najnowszego spektaklu zrealizowanego w Teatrze Nowym w Poznaniu), zastanawiałam się co to może tak naprawdę oznaczać? Czy z ambony – na wzór kościelnej organizacji usłyszymy kazanie, czy może ktoś będzie moralizował i nauczał, mówił o rzeczach, których słuchać nie chcemy, albo co gorsze – głosił prawdy oczywiste? Czy to raczej z myśliwskiej, leśniczej perspektywy, ktoś będzie nas z tej ambony obserwował? Widziałam plakat – po biało czerwonych częściach materiału spiętych agrafką, domyślać się można było, że sprawa dotyczyć będzie Polaków, podzielonych Polaków.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną oraz bardzo wyraźny podział społeczeństwa, byłam zaintrygowana, a i pełna obaw o niepotrzebny patos i powtarzalność. Bałam się, że usłyszę jedynie wszystko to, czego mogę dowiedzieć się z wieczornych wiadomości. Szczerze mówiąc kilka ostatnich premier nie rozpieszczało artystycznie poznańskiej widowni, stąd mój niepokój o kolejne rozczarowanie i refleksję brzmiącą: ale po co?, narastał. Mimo obaw Ambona Ludu okazała się spektaklem świeżym, konsekwentnym, świetnie zagranym, porażająco groteskowym, niestety realnym.

Spektakl wyreżyserowany został przez dyrektora Teatru Piotra Kruszczyńskiego, który pełni tę rolę od 2011 roku. Tekst napisał znany polski pisarz, poeta, zdobywca prestiżowej nagrody literackiej Nike za swoją powieść Gnój, Wojciech Kuczok. Trzeba przyznać, że połączenie gwary poznańskiej, dresiarskiego slangu, pseudoartystycznego bełkotu oraz fragmentów z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, rysuje w rezultacie bardzo zabawne i co niezwykle ważne, interesujące, pociągające i wartkie w przebiegu dzieło. Dramaturgią zajął się Michał Pabian i przyznać trzeba, że stworzyli z Kuczokiem świetny duet.

Wchodząc na widownię, czuć było zapach… no właśnie, czego? Chyba najtrafniejsza odpowiedź, to jesieni. A to za sprawą liści, którymi przykryta była cała scena i brzozowych pni umocowanych blisko siebie, naśladujących las. Na środku metalowa, czerwona ambona. Zatem wiem już, że ktoś tu będzie kogoś obserwował, być może ktoś tu będzie na kogoś polował. Tę świetną scenografię wykonali Sandra Stanisławczyk i Krystian Szymczak.

W lesie tym, metaforze Polski spotykają się przedstawiciele różnych grup społecznych, skłóconych, nierozumiejących się, spierających nawzajem. W normalnych warunkach pewnie by ze sobą nie rozmawiali. W normalnych, ale ta brzezina to nie są zwyczajne okoliczności. Ci ludzie znaleźli się tu nie wiadomo dlaczego, ale wiadomo po co – żeby rozmawiać. Miała tu zapewne powstać pewna wspólnota. Tylko jak pogodzić stadionową łobuzerkę z artystami? Jak pogodzić patriotów namaszczonych katolicyzmem z liberałami? Jak pogodzić Polaków?!

Spektakl rozpoczyna się od polecenia ubranego na galowo chłopca (w tej roli zamiennie Daniel Brzozowski, Szymon Janicki, Ksawery Miecznik z Poznańskiego Chóru Chłopięcego) „Do hymnu!” i nie spodziewajmy się, że usłyszymy Mazurka Dąbrowskiego, otóż z głośnikach wybrzmiał hymn poznańskiego Lecha. Wewnątrz pytanie: czy to rzecz o kibicach? Też – o namaszczonych siłą, patriotyzmem, mających coraz więcej do powiedzenia kibolach. Porozumiewających się prosto, acz dobitnie, bo w końcu silniejszy wygrywa. Ale tylko między innymi o nich, bo jest ich, czyli reprezentantów różnych grup społecznych w tym spektaklu, jeszcze kilku.

Jest i polski piłkarz (Andrzej Niemyt) o mentalności europejczyka polskiego pochodzenia, piłkarz, bardzo przystojny i bardzo zaangażowany w swoją powierzchowność, pozujący do selfie z żoną Kasią (Karolina Głąb). Kasia nazywa się wymownie – Dzióbińska, jest wyzywająca, stereotypowo śliczna i stereotypowo próżna, wygodna i infantylna. Była dziennikarka magazynu dla kobiet, kręci teraz filmiki na swojego bloga o profilu kulturalnym. Dlaczego zajęła się kulturą? Bo chciała zająć się czymś ambitniejszym niż pozowanie dzióbków do selfie i pisanie o modzie. W brzozowym lesie kontynuuje swój cykl wywiadów z najmniej interesującymi ludźmi.

Są przedstawiciele światka artystycznego: aktorka z depresją przygotowująca się do roli Racheli z Wesela – Maria (Maria Rybarczyk), Mariusz (Mariusz Zaniewki) – aktor wazeliniarz oraz mój osobisty idol, jeśli chodzi o postać sceniczną, bełkoczący frazesami na temat swojej wizji dzieła – reżyser Mieszko (Mateusz Ławrynowicz). Na przeciw tego teatru, można by rzecz nowego, mamy aktora teatru rekonstrukcyjnego, historycznego, nomen omen ojca Dzióbka (Aleksander Machalica).

Zdaniem kibiców (a w spektaklu jest ich dwóch i w tych rolach Filip Frątczak oraz Marcin Kalisz), prawdziwych rzecz jasna patriotów, dla których Polska to matka, teatr nowy to tylko pedały jeżdżące na wrotkach, natomiast prawdziwy to teatr historyczny, polski, katolicki. Nie jest to zresztą jedyna dziedzina sztuki, na której temat kibice się głośno i stanowczo wypowiadają. Mamy jeszcze malarstwo, gdzie liczyć się, a i istnieć powinien wyłącznie Kossak i Matejko, a nie jakieś tam awangardowe bohomazy.

Z przedstawicieli kultury mamy jeszcze starszego pana, tytułującego się culture menager, niedoszłego aktora teatralnego (Zbigniew Grochol).

Na scenie jako pauza, głos narracji i obserwacji pojawia się dwa razy, starsza kobieta (Daniela Popławska) – zapewne naukowiec, która czyta w sposób pięknie zmanierowany tekst ilustrujący jej doświadczenia codzienne. Śmiejemy się z tych opowieści, choć są przerażające. Przerażające bo chyba każdy z nas doświadczył jakiejś gałęzi agresji, o której mówi i przerażające bo śmiejemy z tego się – a prawi o wulgarności, o imbecylach, o agresji fizycznej i werbalnej, o przemocy i znieczulicy przypadkowych uczestników i ich hipokryzji. Swoje wypowiedzi puentuje łamiącym się głosem, że… „pierdoli taki kraj, pierdoli taką Polskę, taką ojczyznę.” pewnie nie jeden widz pierdoli taki kraj razem nią…

Wydawałoby się, że na scenie mamy socjologiczny przekrój przez całą Polskę. I niby tak jest, choć jest to przekrój całkiem stereotypowy. Nasze zadanie by z tych stereotypów  rzeczywiście wyciągnąć prawdę.

Dlaczego stereotypowo?

A bo kibole, dresiarze, to łyse umięśnione, wulgarne półgłówki, dla których liczy się zaspokoić jedynie najniższe potrzeby z piramidy Maslowa; ich żony to wyzywająco umalowane, w kusych spódniczkach, też niezbyt mądre kobiety (choć obecna tu żona jest psycholożką nie odbiega bardzo od przytoczonego stereotypu – w tej roli świetna Małgorzata Łodej – Stachowiak).

A aktorzy to zadufani w sobie, będący zaangażowani jedynie w proces tworzenia roli ludzie. Nawet chęć romansu Marii z kibolem, wydaje się być nie do końca szczera. Być może aktorka chce w ten sposób mówiąc slangiem „wejść w rolę” – „wejść w romans z chłopem”.

A bo piłkarz ma pieniądze i ładną żonę, a żona piłkarza niezbyt rozgarnięta, ale za to… ładna.

A stary człowiek to konserwatywny tradycjonalista, prawiący o zuchwałym podejściu dzisiejszej młodzieży do historii.

I mówiąc to wszystko, nadal całkiem szczerze twierdzę, że to naprawdę przyzwoity spektakl, warty polecenia. Bo koniec końców do nas należy refleksja i do nas należy analiza, do nas należy weryfikacja wrażenia.

Zapraszam do Teatru Nowego w Poznaniu! Uśmiejecie się, a i wyjdziecie z tak zwanym czymś. A może ktoś z was znajdzie odpowiedź na pytania: jak rozmawiać, jak się porozumieć, jak stworzyć wspólnotę, jak żyć w jednym kraju i się nie pozabijać?

Ja permanentnie szukam…

P.S. a ta ambona, to trochę do obserwacji, trochę do postawy ad cathedra, a i trochę do kazania.

 

fot. Jakub Wittchen