Czerwone Nosy

Wymownym wydaje się fakt wystawienia Czerwonych Nosów akurat teraz i akurat w Teatrze Nowym w Poznaniu. Wymownym z kilku powodów. Dużo tu bowiem połączeń, zależności i odniesień. Zacząć jednak na pewno należy od wyjaśnienia, o co w dramacie (komedii by być bardziej precyzyjną) Petera Barnesa chodzi, po to aby następnie gładko przejść do wspomnianych połączeń.

Znajdujemy się w XIV-wiecznej Francji, gdzie szaleje właśnie epidemia dżumy – czarna śmierć. Ludzie umierają na ulicach, tracą wszelką nadzieję na powrót normalności, panuje głód. Kraj przemierzają biczownicy, którzy liczą, że dzięki samoumartwieniu i pokucie ściągną na ziemię Boże Miłosierdzie, Kruki – w chorobie upatrujący szansy na przebudzenie społeczeństwa i rewolucję oraz trupa księdza Flote’a – wesołkowie Pana Boga, tytułowe Czerwone Nosy. Oni z kolei chcą ulżyć ludziom w cierpieniu błazenadą i żartem. Wszystko to dzieję się pod okiem Kościoła i papieża Klemensa VI, który na czas pandemii daje dyspensę na tego typu aktywności, a Czerwonym Nosom błogosławi. Jest to oczywiście zagraniem, dziś powiedzielibyśmy, czysto pijarowym bo dzięki temu, że na czele trupy stoi duchowny, wizerunkowo zyskuje cały Kościół – w dobie epidemii – odważny, nieustraszony, blisko umierających. Kiedy dżuma zdaje się odpuszczać, Klemens VI zabiera się wreszcie do realizacji prawdziwej misji, czyli zbierania podatków i projektowania ustaw w myśl wyznawanej przez siebie zasady: chrześcijaństwo jest systemem zaprojektowanym przez geniuszy w taki sposób, by wcielali go w życie idioci.

Tak pokrótce wygląda oś fabularna, tak dramatu Barnesa, jak i poznańskiego spektaklu w reżyserii Jana Klaty. Szczegóły tej historii jeszcze się pojawią! Przejdźmy jednak do połączeń.  Skojarzenie z pandemią koronawirusa jest oczywiste. Trwające od roku ograniczenia, prace nad wynalezieniem szczepionki, izolacja i kryzys gospodarczy, którego oddech wszyscy czujemy na plecach; tęsknota za normalnością, codziennością bez maseczek i obostrzeń; niesmak wynikający z koncentracji Rządu wespół z Kościołem na umacnianiu swojej władzy. 

Co więcej, Czerwone nosy wystawione zostały w Teatrze Nowym w Poznaniu nie po raz pierwszy. W 1993 wyreżyserował je tutaj Eugeniusz Korin i sądząc po ówczesnych recenzjach, spektakl był prawdziwym, że się tak wyrażę, hitem! Przedstawienie w reżyserii Jana Klaty jest zatem pewnego rodzaju grą z sentymentem – tak widowni pamiętającej wystawienie Korina, jak i części aktorów, którzy w nim wystąpili. Szczególnie ważną i wymowną w tym kontekście wydaje się być rola Janusza Andrzejewskiego, który przed prawie trzydziestoma laty grał księdza Flote’a, a dziś gra Mistrza Din Don, który zamilkł i wypowiada się wyłącznie językiem dzwonków.*

I w końcu pojęcie i poczucie wspólnotowości tak mocno rezonujące szczególnie teraz, w warunkach wzmożonej ostrożności, kiedy spotkania w większym gronie są utrudnione, a relacje kuleją. Dostajemy tu spektakl o wspólnocie! Wspólnocie, która ma wymiar dwojaki bo odnosi się nie tylko do relacji, jakie łączą Czerwone Nosy, ale do widowni, gdzie wspólnota przeżywania jest dziś równie ważna jak sama sztuka.

Biorąc pod uwagę powyższe, choć sztuka jest francuska, rzecz dzieje się tamże, a chorobą, która rzuca cień na wydarzenia jest dżuma, a nie koronawirus, to staje się ona pomostem do opowiedzenia historii bardzo polskiej i teraźniejszej!

Spektakl rozpoczyna obraz jęczących z bólu, konających mieszkańców Auxerre. Ubrani są w ministranckie komże. To fakt warty zapamiętania bo ci sami (w tych samych kostiumach) pojawią się w jednej z ostatnich scen, w zbiorowej roli służby prewencji papieskiej, która z pałkami przy boku i tarczami policyjnymi w ręku będzie usiłowała zatrzymać Clownów, zamykając tak naprawdę całą historię dosłowną i metaforyczną – bo odnoszącą się bezpośrednio do ostatnich protestów społecznych – klamrą.  

Zanim jednak dotrzemy do ostatniej sceny…

Wśród umierających, na tle szpitalnych pionowych żaluzji – zgrabnej reprezentacji pandemicznej izolacji (scenografia autorstwa Justyny Łagowskiej) krąży medyk w kombinezonie ochronnym i zabezpieczeniu przed wirusem Covid-19 (Michał Grudziński) oraz ksiądz Flote (Łukasz Schmidt). Ten drugi zachodzi w głowę jak ulżyć chorym w cierpieniu i trochę z bezsilności zaczyna opowiadać żarty, z serii przychodzi baba do lekarza, a lekarz też baba. Szybko okazuje się, że jęki cichną, a w ich miejsce pojawia się cichy śmiech. To ostatecznie decyduje o stworzeniu Czerwonych Nosów. To Flote, nie Kruki grane tu przez Oliwię Nazimek i  Malinę Goehs – punkrockowe, rozwrzeszczane postaci, z gitarami elektrycznymi w ręku, jest tak naprawdę rewolucjonistą, to on buntuje się przeciwko bezsensowności choroby, cierpieniu jakie niesie i śmierci. I to on, miast gadać, działa.

Do jego trupy jako pierwsi dołączają Din Don, bardzo wyzwolona siostra zakonna Małgorzata (Julia Rybakowska) i wydelegowany przez arcybiskupa Monselet (Aleksander Machalica) – ksiądz Toulone (Jan Romanowski), który gdyby nie polecenie z góry nie wziąłby udziału w przedsięwzięciu. Toulone bowiem przybliżenia do Boga upatruje w cierpieniu (w jego wypowiedziach znajdziemy oczywiste nawiązania do nauk Jana Pawła II). Na scenie obserwujemy niesamowitą przemianę tej postaci z absolutnego sceptyka misji Flote’a do – ku zdziwieniu kościelnych monarchów – oddanego idei Wesołków, wiernego członka wspólnoty.

Reszta Czerwonych Nosów została wyłoniona podczas castingu. I tak w trupie znaleźli się jąkała Frapper (Dariusz Pieróg), siostry Boutros (Małgorzata Walenda) – niepełnosprawna ruchowo Agata, która lalkę personifikującą jej siostrę Beatę niesie na plecach, niewidomy żongler Le Gru (Łukasz Chrzuszcz) i jego sceniczny partner grający na wielkim bębnie – Bembo (Anna Langner) oraz najemnicy wojenni – Brodin (Dawid Ptak) i Rochfort (Michał Kocurek). Każdy z nich to reprezentant wyrzuconych na margines społeczeństwa, człowiek pogubiony i w jakiś sposób oderwany. Wspólna misja daje im cel, poczucie przynależności i sprawstwa. Wyraża się to najpełniej w ich kostiumach. Każdy z nich, zaraz po wstąpieniu do trupy, na znak inicjacji przywdziewa kolorowy, kreszowy dres i czerwony nos cyrkowego clowna. Kostium pełni tu rolę unifikującą, oznacza wspomnianą przynależność, ale też, jak się później okaże, współudział (za kostiumy odpowiedzialna jest Justyna Łagowska). Indywidualizm postaci zaś, wyraża się poprzez ruch, którego autorem jest Maćko Prusak. Każdy z Wesołków odznacza się charakterystyczną powierzchownością i sposobem scenicznej obecności, wśród których prym wiodą Din Don wykonujący choreograficzną sekwencje ruchów w rytm dźwięku dzwonków oraz Le Gru, w którego ruchu właśnie, a nie słowach najbardziej zawiera się jego pyszałkowaty charakter. 

Do Awinionu prowadzi ich niewidomy, któremu wbrew wszelkiej logice ufają wszyscy. Wymowny to bardzo ruch, nawiązujący do sytuacji politycznej w naszym kraju. Artyści unaoczniają nam z jaką łatwością przychodzi nam powierzenie swojej przyszłości w ręce ślepca, i jak wiele od tego wyboru później zależy. 

Ich wędrówce towarzyszy piosenka Horse With No Name zespołu America. Ten, jak i inne utwory, które Czerwone Nosy wykonują podczas swoich występów, to kompozycje mocno osadzone w pop-kulturze, uruchamiające sentyment. To piosenki Nirvany, The Cranberries, czy zespołu Metallica. Wykonywane są jednak po łacinie, przy akompaniamencie gitary i bębna djembe. Brzmi to jakbyśmy brali właśnie udział w średniowieczną mszy świętej! Jan Klata jest mistrzem sampli i skreczów. Tak tu, jak we wszystkich jego spektaklach muzyka jest nieprzypadkowa i odgrywa niebagatelną rolę. 

Żarty Clownów zaś przywołują skojarzenia z commedia dell’arte, czy nawet Arystofanejską Starą Komedią. Porównanie wydaje się nieprzypadkowe, jeśli weźmiemy pod uwagę określenie jej przez profesora Józefa Kelera jako tą polityczną, fantastyczną, groteskową, kabaretową, napastliwą, nieprzystojną, antywojenną.** Treści przedstawień Czerwonych Nosów  bywają bowiem dość anachroniczne, czasami wręcz niesmaczne. Być może Klata bada w ten sposób granice żartu, a może inkorporuje w ten sposób krzyk artystów, który – jak czytamy w opisie do spektaklu – jest podszyty nie tylko bezsilnością, ale i bezkompromisową potrzebą teatru, gry i sztuki. Pewne jest jedno – prowokuje widzów, precyzyjnie i z premedytacją uderza w niewybredne tony (wszak naśmiewa się z niepełnosprawności, jąkania, czy czarnoskórych, nazywając ich tu wprost Murzynami) po to by wytrącić widzów z ich strefy komfortu, po to by zmusić do zajęcia stanowiska, nie pozostawania biernym, do bycia uważnym na to, co dookoła – także na sferę polityczną! Bo pamiętać należy, że to od polityki właśnie, w dużej mierze zależy wolność i komfort naszego życia.

W drodze do Awinionu, prócz Biczowników (Janusz Grenda, Paweł Hadyński, Andrzej Lajborek) i Kruków, Wesołkowie spotykają także Kupców (Michał Grudziński i Zbigniew Grochal) – materialistów, którzy w chorobie upatrują zysków i ich żony – prostytutki (Martyna Zeremba – Maćkowska i Marta Herman), w końcu tych, którzy w dobie pandemii są najbardziej narażeni na zakażenie i społeczne wykluczenie. Tu są to Trędowate (Martyna Zeremba – Maćkowska, Małgorzata Walenda, Marta Herman), które w kostiumach tak sugestywnych, że przyprawiających o dreszcze, odbywają swój niemy taniec. To symbol wszystkich cierpiących, pozbawionych głosu… Krótka, ale wymowna i na wskroś przejmująca to scena.

Czerwone Nosy docierają w końcu do Awinionu, gdzie otrzymują błogosławieństwo Klemensa VI. Szybko okazuje się, że jedynie na czas epidemii, bo zaraz po jej zakończeniu, papież – wielki demiurg wydarzeń, wytrawny szachista, przewidujący kilka ruchów przeciwnika w przód nie potrzebuje już ani Biczowników, ani Kruków, ani w końcu trupy księdza Flote’a. Napotykając ich opór, wykorzystuje strategię błazna, która nie jest obca także dzisiejszym władzom w Polsce. Często zdarza się, że w szeregach partii jest osoba, której zachowanie jest kontrowersyjne, czy wręcz aroganckie. Taka osoba często przekazuje do opinii publicznej informacje, przesłanie partii. Kiedy wokół rzeczonej wypowiedzi zaczyna wrzeć, usprawiedliwienia zawsze można szukać w niepohamowanym charakterze posłańca, na jego grubiaństwo i nieokrzesanie zrzucić odpowiedzialność. U Klaty taką postacią jest Rochfort, który najpierw zdradza, a potem zabija swoich towarzyszy. Koniec Czerwonych Nosów jest przestrogą przed uzależnieniem kultury, czy sztuki od władzy – tak kościelnej, jak politycznej. Mówi o ogromnym niebezpieczeństwie, które wynika z takiej syntezy… 

Spektaklowi Jana Klaty nie brakuje tempa, pełno tu nieoczekiwanych zmian rytmu, co utrzymuje widownię w uważności. To potężne widowisko poruszające wrażliwość, opatrzone świetną muzyką, choreografią, kostiumami, ale przede wszystkim to aktorski popis załogi Teatru Nowego w Poznaniu. Manifest ich zespołowości! To spektakl parabola, który za pośrednictwem walki z dżumą we Francji pokazuje prawdę o zależnościach, które rządzą współczesną Polską. 


*https://www.rp.pl/Teatr/302119900-Jan-Klata-Jaselka-dla-wladzy-i-hierarchow.html?fbclid=IwAR1-n5_xtxxy-criBnllEVcxGCGsE77F9NN6BE9qRi-7_WyCBOykMB-Mt-Q

Jan Klata: Jasełka dla władzy i hierarchów [w:] Rzeczpospolita, publikacja: 11.02.2021

** J. Kelera, Krótka historia teatru w Europie, Wrocław 2018, s. 40

fot. Marcin Baliński

Artyści vs 2020 ~ Edyta Łukaszewska

Edyta Łukaszewska – absolwentka Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie na wydziale aktorskim. Od 2002 roku jest w zespole Teatru Nowego w Poznaniu, chociaż współpracowała z wieloma teatrami w Polsce, m.in.: Teatrem Polskim we Wrocławiu, Teatrem Dramatycznym w Warszawie, Teatrem na Woli w Warszawie, Teatrem Polskim w Poznaniu. Zadebiutowała w Teatrze Polskim we Wrocławiu rolą Grety w Przemianie F. Kafki w reż. Zbigniewa Brzozy. Pracowała u takich reżyserów jak: Eugeniusz Korin, Krystyna Janda, Waldemar Śmigasiewicz, Mikołaj Grabowski, Janusz Wiśniewski, Krzysztof Babicki, Michał Siegoczyński, Magda Miklasz, Marcin Wierzchowski, Jerzy Satanowski, Piotr Cieślak, Lena Frankiewicz, Grażyna Kania, Cezi Studniak, Agata Duda -Gracz, Radek Stępień.

Zagrała 18 głównych ról i wiele innych ról drugoplanowych oraz epizodów. Na Festiwalu Piosenki Aktorskiej w 1998 roku zajęła trzecie miejsce i otrzymała specjalną nagrodę Gazety Wyborczej, Zaiksu i ZASP-u za osobowość sceniczną i najlepszą interpretację piosenki polskiej. W 2017, na jednym z najważniejszych festiwali teatralnych w Polsce Boska Komedia w Krakowie nagrodzona została za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą w spektaklu Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk Agaty Dudy-Gracz.

W jakim momencie zastała Cię pandemia? 

Zagrałam trzy razy Porno. Kiedy władza decyduje, kim jesteś [MK: reż. Cezi Studniak, Teatr Nowy w Poznaniu], na szczęście! I następnego dnia po tym secie ogłoszono lockdown. W między czasie trwały też próby do Matki Witkacego [MK: reż. Radek Stępień, Teatr Nowy w Poznaniu].

Ale premiera odbyła się dopiero jesienią.

Tak, tak. I myśmy cały czas nie wiedzieli, naprawdę nie mieliśmy bladego pojęcia, co to będzie i kiedy znowu otworzą teatry. Była tylko mowa o tym, że na razie nie możemy grać, ale możemy próbować.

W 2020 zwolniłaś trochę, czy wręcz przeciwnie?

Teraz zaczynam zwalniać. Od paru miesięcy. Ale wcześniej nie, bo pracowałam w Radio Poznań. Robiliśmy wtedy słuchowisko Próba. To był projekt poznańskiego oddziału ZASP-u i Filipa Frątczaka razem z Piotrem Świątkowskim. Potem prowadziłam też funpage Słuchowiska na Facebooku i na Instagramie. 

W czasie lockdownu pojawił się też pomysł na Nieznaną Aktorkę? [kanał Edyty Łukaszewskiej Nieznana aktorka odpowiada na YouTube: https://www.youtube.com/channel/UCMT7_xnjF7AXrwXGB2rt8sA]. 

Nie, nie! Pomysł pojawił się dużo wcześniej, kiedy po nagrodzie na Boskiej [MK: nagroda za najlepszą rolę kobiecą na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia w Krakowie za rolę Jusi zwanej Ścierwą w spektaklu Agaty Dudy- Gracz Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk] nie dostawałam zbyt wielu propozycji. Byłam bardzo rozpędzona, ale nic z tego nie wyszło. Musiałam się zatrzymać (śmiech).

A skąd w takim razie wziął się ten pomysł? Przy okazji chciałam zaznaczyć, że nie do końca zgadzam się z nazwą Twojego kanału. Nawet przeprowadziłam wśród znajomych krótką ankietę i wcale nie jesteś nieznana

Nieznana aktorka odpowiada powstała dlatego, że znam wielu cudownych aktorów, którzy kompletnie nie są znani szerszej publiczności. Siebie też uważam za taką aktorkę. Bo może jestem znana w Poznaniu, ale wyjeżdżam do Warszawy i jestem osobą anonimową.

Fantastycznie ogląda się Twoje filmy! Pewnie też dzięki relacjom, jakie łączą Cię z Twoimi rozmówcami, te spotkania są tak naturalne i pełne ciepła. 

Tak, bo to nie jest taka forma, w której ja wypytuje kogoś lub ktoś wypytuje mnie. To jest po prostu spotkanie. Gadamy sobie o tym, co nas nawzajem w sobie interesuje. Ja generalnie daję dużą swobodę, a moja kontrola jest raczej delikatna. Najważniejsze dla mnie jest, żeby ludzie, których zapraszam, rozluźnili się i byli sobą. Na przykład Misia [MK: Michał Grudziński] zapytałam czemu chciał zostać aktorem z tego powodu, że wiedziałam, że on odpowie w taki sposób, że to będzie jakieś szalone, wariackie. Jeżeli chodzi o Anię Mierzwę, to zapytałam ją o ulubiony kolor i tam żeśmy długo gadały, ale to była taka rozmowa, że nie mogłam puścić jej w całości (śmiech).

A jaki jest Twój ulubiony kolor?

Pomarańczowy i niebieski, ale ostatnio jeszcze zielony.

Podoba mi się bardzo ta niezobowiązująca formuła pogaduch w… basenie, czy garderobie!

Oj, ja bardzo lubię kicz i lubię brud. Mnie strasznie męczą te wszystkie sztywne rozmowy. Na razie jestem bezkonkurencyjna na rynku, choć nie wiadomo jak długo (śmiech). Przeczytałam ostatnio, że najfajniej jest kopiować kogoś, ale z już naprawdę dobrym pomysłem pociągnięcia tego dalej. Może będą następcy, którzy się dobrze znają na PR-e i będą potrafili to zrobić w taki sposób, że przyciągną miliony oglądających. Ale nie wiadomo, czy będzie taki luz! (śmiech)

Będzie tego więcej?

Tak, oczywiście! Ja się dopiero rozkręcam.

Skoro jesteśmy przy wideo, to porozmawiajmy może o teatrze online. Jaki jest Twój stosunek do teatru na ekranie?

Wiesz, w teatrze widz ma wolność. W teatrze widz może sobie wyłuskiwać, to co go interesuje najbardziej, to czemu chce się przyjrzeć, na co jest wrażliwy. W teatrze widz jest w procesie, nie jest bierny – no… chyba, że się uprze, ale jak chce może się odciąć od wszystkiego, od siebie samego, od świata, od kłopotów, w których jest zatopiony. Przychodzisz, siadasz i nurkujesz w zupełnie inny świat. Obecność drugiego człowieka w teatrze sprawia, że nasze energie się mieszają, łączą, spotykają, znoszą i to jest ta moc! Dlatego też, teatr nigdy nie zastyga, nie da się go zamrozić. Teatr jest rebeliancki! A obraz… jeszcze nikt nie wymyślił metody na przeniesienie tej samej temperatury, tego eteru teatralnego i tej wolności! Może musiałaby powstać jakaś nowa specjalizacja, żeby to miało większy sens. 

Dla mnie online jest dużo łatwiejszy, kiedy oglądam spektakl, który wcześniej widziałam już na żywo. Też mam jednak wrażenie, że dokumentacja spektaklu w formie wideo nie załatwia niestety sprawy. 

Nie! W ogóle! Chociaż ostatnio oglądałam przedstawienie, które mi się bardzo podobało – Ewelina płacze z TR Warszawa [MK: reż. Anna Karasińska]. Ale to był streaming i tam też kamera i szaleństwa operatorskie niewiele mogły popsuć (śmiech). Rzeczywiście się wciągnęłam i bardzo mnie to wzruszyło… takie prościutkie.

A co z tą energią, o której tak pięknie mówiłaś, kiedy grasz dla ograniczonej ilościowo widowni, do twarzy zasłoniętych maseczkami?

Dla mnie, jeśli chodzi o maseczki, to nie ma różnicy. Nie ma, dlatego że kiedy gram, to mieszam się z energią, nie potrzebuję widzieć twarzy publiczności Choć wiadomo, że na koniec, kiedy wychodzimy do ukłonów, to fajnie jest się spotkać. To ta liczebność, a właściwie jej brak przez pandemiczne ograniczenia jest przerażająca… Aczkolwiek, miałam bardzo dobre przedstawienie Porno, gdzie było 50 procent widowni i była taka energia niesamowita…. Spotkaliśmy się nawet ręka w rękę z widzem, który absolutnie mnie zachwycił! Kiedy zapytałam podczas spektaklu: kim jesteś?, to on powiedział swoje imię i nazwisko (śmiech). Ja uwielbiam takie momenty! W onlinie, to nigdy by się nie wydarzyło…

Czytałam ostatnio wywiad z Michałem Englertem i Mają Ostaszewską [Vogue Polska NR 1/2 (35-36 styczeń – Luty)], w którym Englert mówi o kinie w domu: (…) zdajemy sobie sprawę, że większość osób będzie oglądała je [MK: nasze filmy] na małym ekranie. Do pewnego stopnia tracimy kontrolę nad odbiorem. Z drugiej strony, dzięki dystrybucji cyfrowej możemy trafić do szerszego grona, kino stało się bardziej powszechne. Z teatrem online chyba jest bardzo podobnie?

Tak, tak. Myślę, że przekaz online, to jest taki sfałszowany obraz teatru. Nie da się tego porównać z doświadczeniem na żywo. Można zaryzykować takie stwierdzenie, że nie ma różnicy, albo że to wspaniale, że zasięg jest większy. Tylko, że każdy kto był w teatrze, albo kto widział to samo przedstawienie w teatrze i online zauważa ten brak temperatury, energii, tego czegoś, co cię zabiera wysoko do góry, do kosmosu. 

A planujecie w Nowym jakiś pokaz streamingowy? 

Ja bym bardzo chciała, żeby Porno miało streaming!

Streaming to wyzwanie? 

Nie! Bardziej się boję spektakli online (śmiech). Akurat streamingu Porno w ogóle bym się nie obawiała, bo jestem tam sama i wiadomo, że to ja bym prowadziła. Do Cezia mam też totalne zaufanie, on jest bardzo wrażliwy na aktora i mamy bardzo dobre porozumienie, więc pewnie byśmy się w kwestii streamingu dogadali. Ale nawet jeśli to się uda, to na Porno i tak trzeba przyjść koniecznie do teatru!

A co jest takiego w Nowym, że wypowiadasz się o nim zawsze tak ciepło?

Wiesz co, ja po prostu lubię teatr! Lubię widownię, lubię zapach kurzu, zapach kurtyny, lubię kulisy. Teatr mi się kojarzy z dzieciństwem, kojarzy mi się z miejscem, które gdzieś tam się zatrzymało, i dobrze! Teatr się zmienia oczywiście, ale jednak mimo wszystko jest oporny na pewne nowości. I na przykład bardzo bym nie chciała, żeby poniedziałek nagle przestał być wolnym dniem. Chciałabym, żebyśmy mieli szacunek do starszych aktorów, żebyśmy nie tracili tradycji spotkań, choć ona akurat jest coraz bardziej krucha. Teatr to jest takie czarodziejskie miejsce, są w nim ludzie, którzy często uciekają od innych miejsc pracy. Pamiętam Rysia –  naszego rekwizytora, który pracował w jakiejś fabryce i powiedział mi kiedyś, że uciekł z tej pracy, dlatego że go przerażali tam ludzie, a w teatrze znalazł taką niszę, gdzie czuł się dobrze i bezpiecznie. I mnie to rozczula. 

Ale dlaczego kocham Teatr Nowy? Powiem tak, ja zawsze będę kochać miejsce, w którym jestem. Zawsze będę kochać miejsce, w którym zostawiłam energię. To by było niezbyt inteligentne z mojej strony, gdybym nie lubiła miejsca, w którym jestem. Na pewno są momenty, w których mam dość, czasami jest trudno bo wszyscy jesteśmy bardzo silnymi osobowościami, ale chodzi o to, żeby być otwartym na siebie, na porozumienie. W Teatrze Nowym jestem najdłużej, ale mam na przykład takie wspomnienie z Teatru Polskiego we Wrocławiu, gdzie kochałam panią garderobianę! Kochałam ją! To była staruszka, wyglądała jak Pani Łyżeczka, taka malutka, w okularach jak denka od słoika i obraz kiedy niesie nasze kostiumy poskładane w kosteczkę… ja nie zapomnę tego widoku. To jest bardzo wzruszające…

W Nowym też mamy super garderobiany i ja muszę o nich powiedzieć! Bo to jest część tego Teatru. Ilonka, Ania i Basia są pierwsze w kontakcie z nami i to one widzą jak ten zawód wygląda. Jak się pocimy, jak jesteśmy chorzy i musimy wyjść na scenę. Widzą nas w różnych nastrojach… To są dziewczyny, które nas łapią w kulisach, przebierają nas, są naprawdę blisko i ja sobie nie wyobrażam (a wiem, że są takie miejsca, takie teatry), żeby nie było między nami takiego ciepłego kontaktu. To jest tak stresujący zawód, że nagle ta garderobiana, to jest taka mama, to jest osoba, która cię przytuli, uspokoi. To są wspaniałe dziewczyny, naprawdę kochane! Nasi rekwizytorzy, dwa anioły, piękni ludzie – Marcin i Ula (Rysiu odszedł już na emeryturę, to też był anioł). Widać w ich zaangażowaniu, że kochają teatr, że lubią nas aktorów, a to nam dodaje otuchy i energii, kiedy próby nie idą, albo reżyser zachował się w nie najlepszym stylu. Tak też bywa. Anula od układania repertuaru, rozwiązująca wiele jeszcze innych problemów, Rafał Michalczuk – promotechnik piarowski czyni cuda, bo wiadomo, że w teatrze na promocje nie ma kokosów.

Teatr jest jeszcze nadal ludzki i wszyscy strzelamy do jednej bramki, więc staramy się – z różnym skutkiem – ale być jedną drużyną. Teatr jest rodziną, która i kocha się i nienawidzi, i się rozwodzi, i bierze ślub, tu się dzieje wszystko, a szczególnie w takich teatrach zespołowych, które mam nadzieję, nigdy nie zostaną zlikwidowane, na co politycy mają coraz większą ochotę. W takich właśnie teatrach jest szansa, żeby powstało coś naprawde wybitnego, dlatego że ludzie tu się naprawdę znają, ufają sobie i potrafią zaryzykować. Mogą też poświęcić czas na dopieszczanie przedstawień, grać je, nie są zajęci innymi projektami. O teatrze i naszych pracownikach mogłabym długo opowiadać, bo mamy całkiem niezłą ekipę, zarówno artystyczną, jak i techniczną.

Wspieraliście, wspieracie się nawzajem w Teatrze w tym trudnym, pandemicznym czasie?

Tak, choć teraz jesteśmy raczej rozdzieleni… Ci, którzy obecnie próbują, pewnie się wspierają i na pewno rozmawiają o pandemii. Bardzo nas wszystkich wspiera i opiekuje się nami dyrektor. Mamy sytuację dosyć komfortową, jeśli chodzi o artystów, teraz – w czasie pandemii – bo znam historie innych zespołów teatralnych i różnie tam bywa. Bardzo współczuję tym, którzy w czasie pandemii nie mają etatu.

Dobrze słyszeć, że macie takie wsparcie. To bardzo budujące.

Tak! Mogę podziękować i to bez żadnej kokieterii. Dzięki temu, że mam etat i dzięki temu, że jestem właśnie w Teatrze Nowym, gdzie dyrektorem jest Piotr Kruszczyński, a dyrektorem administracyjnym Jacek Nadarzyński (nie wiem jakby było z innymi dyrektorami), to nie boję się o rachunki, czy o to, że nie przetrwam następnego miesiąca… Akurat w naszym teatrze nie jest źle, aczkolwiek wiadomo że się boimy i chcemy już pracować, grać przedstawienia, spotykać się z publicznością. Zależy mi na tym bardzo i już przebieram nogami z niecierpliwości! Już się nie mogę doczekać, kiedy znowu wejdę na scenę i stworzę nowe istnienie.

Jestem w bardzo dobrym wieku, mam mnóstwo energii, otwartości na nowe i nie chcę tego tracić na czekanie. Myślenie o tym, co będzie, czy politycy otworzą teatry, a jak otworzą, to czy ich znowu nie zamkną, dobija mnie… nie wiem dlaczego nagle teatry są teraz najbardziej niebezpiecznym miejscem w Polsce. Zadziwiające… Nie potrafię tego zrozumieć, że to akurat ozonowane teatry, gdzie uważnie przestrzega się wszystkich obostrzeń, gdzie wszyscy mieliśmy testy tak łatwo się zamyka.

W  ,Porno”, w genialnej roli, której z całego serca gratuluję, wychodzisz po oklaskach z manifestem dotyczącym decyzji Ministra Kultury w sprawie Teatru Polskiego we Wrocławiu, Starego w Krakowie. Apelowałaś wtedy o stawianie czoła i wspieranie wolności polskiego teatru. W październiku 2020 widziałam Cię na Placu Wolności na proteście kobiet przeciw decyzji TK w sprawie aborcji, a na jednym z filmów Nieznanej aktorki masz przypiętą do koszulki błyskawicę – symbol strajku kobiet. Słowem, nie jesteś obojętna. 

Oczywiście, że nie! Wiesz, Porno powstało z mojej inicjatywy i manifest był także moim pomysłem, ja jestem za niego w pełni odpowiedzialna! Ten spektakl, jest takim moim lękiem… moim lękiem, który zaczął się materializować. Dokładnie wtedy, kiedy rozpoczęliśmy próby, zaczęły się problemy w Teatrze Polskim i za chwilę w Teatrze Starym. Dotknęła nas ta sytuacja z Czarkiem Studniakiem, reżyserem Porno, kiedy władza decyduje, kim jesteś, bezpośrednio. Nasze przedstawienie było o tym, o sytuacji,  kiedy system ogranicza wolność artysty i wolność człowieka. Mieliśmy świadomość, że nie robimy przedstawienia, które jest wykonem aktorki (ja bardzo pilnowałam, żeby tak nie było), a opowiedzeniem historii. Chodziło o pokazanie potrzeby – tak wielkiej – zatrzymania wolności i nauczenia się z nią żyć. Bo mam wrażenie, że my nie potrafimy żyć w wolności, że wolność jest o wiele trudniejsza niż systemy totalitarne. To jest przerażające! Takie są moje wnioski… że większość ludzi woli żyć w zamordyzmie, dlatego że w wolności trzeba myśleć, dokonywać wyborów i brać za nie odpowiedzialność, i co ważne – dawać wolność innym, a to jest w moim poczuciu bardzo dojrzałe i trudne do zrealizowania. I teraz nie chodzi o to, żeby się przepychać ze swoimi koncepcjami na wolność, ale komunikować, na ile pozwalamy komuś wejść w swoją sferę wolności i na odwrót. Żyjąc tak, jak mi się podoba, muszę mieć świadomość, że mogę ingerować w czyjąś wolność, że uważność na drugiego człowieka jest najistotniejsza w relacji.

Co do polityki… ja nie jestem znawcą, ale interesuję się tym, co w polityce  się wydarza, chodzę na wybory, nie jest mi to obojętne. Dlaczego? Dlatego, że uważam, że polityka to nasze życie, to jest jakość naszego życia i nie można się od niej odcinać.

Wolność… nie jest nam dana na zawsze.

Broszkę natomiast dostałam od wspaniałej Aliny Sułkowskiej. Jest miedziana, a ja miedź kocham prawie tak jak bursztyn, bo jest nieoczywista, dużo ciekawsza niż złoto i charakterna! Alina napisała też książkę Zapiski z czekoladowego pamiętnika, do której robię audiobooka. Zapraszam do nabycia tej pozycji, jest przepięknie wydana, pachnąca! Można pocierać strony i wąchać czekoladę. Cudna!

Domyślam się, że po intensywnej pracy nad postacią, taką jak Porno, emocjonalnym zaangażowaniu, pojawia się potem potrzeba jakiegoś odreagowania, czy wyciszenia, jak to u Ciebie wygląda? 

Spokój na pewno odnajduję w medytacji, praktykuję Karma Kagyu od kilkunastu lat. Uszczęśliwia i wycisza mnie też przyroda, dlatego tak cieszy mnie ta moja ostoja na Mazurach, czy to, że w domu w Poznaniu czeka na mnie mój mężczyzna. Skupiam się na tym, co jest teraz, chcę zauważać te momenty, w których jestem szczęśliwa, a jest ich coraz więcej i to nie jest związane z moją pracą zawodową, bo w Teatrze przez ostatnie trzy lata dostałam dwa epizody (które też są cennym doświadczeniem). Wymyślam sobie zajęcia. Pandemia zatrzymała realizacje paru moich pomysłów na siebie.

Skoro już wspomniałaś o Mazurach! Tęsknisz za tym miejscem teraz jakoś bardziej?

Tak… Myślę, że prędzej czy później tam wrócę. Wiesz, ja się urodziłam na Mazurach, tam spędziłam całe swoje dzieciństwo, stawiałam pierwsze teatralne kroki. Tak samo zresztą jak Czarek Studniak. Dorastaliśmy razem, działaliśmy w Szczycieńskim Domu Kultury, chodziliśmy na różne warsztaty aktorskie, robiliśmy spektakle! Mój debiut to była Kózka w jakiś pastorałkach (śmiech).

Ja uwielbiam Mazury, dużo jezior, dużo lasów, kocham je za to, że są takie dzikie! Dobrze się tam czuję. Wśród natury zapominam, że jestem aktorką, jestem w stanie wreszcie odpocząć. Natura mnie bardzo uspokaja. Na Mazurach spędziłam ostatnio cały kwiecień i początek maja. Przeżyłam cudowne chwile też z tego powodu, że mieszkam na terenie Rezerwatu Galwica, gdzie żyje mnóstwo gatunków ptaków! I to jakie nagrania ja tam zrobiłam, to jest istne szaleństwo! Tam są ptaki, które śpiewają w nocy! Wyobraź sobie te symfonie, które trwają 24 godziny na dobę! Symfonie, nie jakieś tam parę śpiewających ptaszków. Moja mama mi o tym opowiadała, ale ja pierwszy raz to przeżyłam. To było niezwykłe doświadczenie, a mogłam być tam w tym czasie tylko dzięki pandemii tak naprawdę, bo najczęściej wtedy gramy i to bardzo dużo gramy.

Zauważyłaś jeszcze jakąś wartościową zmianę, coś jeszcze się udało, zmieniło w czasie pandemii?

Dzięki pandemii zrealizowałam wreszcie pomysł na ramówkę/domówkę NAO, czyli  Nieznana Aktorka Odpowiada. Pomyślałam, że może to jest dobry moment, żeby w końcu zrealizować pomysł, który chodził mi po głowie od dwóch lat. Zastanawiałam się, czy Nieznana Aktorka opowiada, czy odpowiada i nawet miałam pomysł, że będę to co chwilę zmieniała. Ale Nieznana Aktorka Odpowiada mi odpowiada dlatego, że jest tytułem dosyć prowokacyjnym. Bo nieznana aktorka – czyli anonimowa – jest pod gradobiciem pytań i w dzisiejszych czasach jesteśmy pociągani do różnorakich odpowiedzialności (śmiech). I ten zbitek słów mnie bardzo bawi. Po prostu mi ten tytuł pasuje (śmiech).

I prócz tego, że jest zabawny, stoi – jak dla mnie – w dużej kontrze do kultu jednostki.

Tak, tak! Zauważyłaś to! Dokładnie tak!!!

Chciałam zapytać jeszcze o lektorowanie, o którym piszesz na swojej stronie internetowej [https://edytalukaszewska.pl/]. To druga obok aktorstwa pasja? 

Tak. To moja pasja. Uważam, że nie urodziłam się z wyjątkowym, przyciągającym słuchacza głosem. Mój głos budził się i rozwijał razem ze mną. Traktuje go jak istotę, o którą trzeba dbać, przyjaciela, który jest moim lustrem. Praca z głosem to moja wielka pasja. Głos może wiele opowiedzieć o człowieku. Praca lektora jest dla mnie magiczna i fascynująca.

Na swoim Facebooku napisałaś: Just relax < Jestem kimkolwiek myślicie, że jestem. Nie robi mi to żadnej różnicy > Drukpa Kunley. Motto, czy komunikat dla tych, którzy liczą, że się czegoś z tego Facebooka o Tobie dowiedzą?

Drukpa Kunley był indyjskim  joginem, wędrownym adeptem tantry i medytacji. Żył w latach 1455-1529. Można o nim poczytać w książce Szalony Jogin Drukpa Kunlej, a cytat znaczy  dla mnie tyle, że jesteśmy tym, czym chcemy być, niezależnie od opinii innych. Ludzie mają różne koncepcje na temat innych, a zapominają o sobie, o swoim rozwoju, a w moim poczuciu tylko na to mamy wpływ. Nie zmienimy i nie poznamy w pełni drugiego człowieka, ale możemy tę swoją energię zużyć na rozpoznanie siebie. Bez trwonienia jej na często mylne i niekompletne opinie na temat innych ludzi. Bo to jest oczywiste, że ludzie będą o nas mówić i wkładać nas w coraz to inne szufladki. A człowiek jest żywą promieniującą i zmieniającą się energią! Nie ma sensu zamykać go w jakiejś ograniczającej, martwej koncepcji. 

Ktoś może powiedzieć o mnie ładna, ktoś inny, że brzydka, głupia lub mądra, egoistyczna lub współczująca. I co z tego? Istotne jest to co się wydarza pomiędzy mną samą, pomiędzy tą co myśli, że istnieje i myślami, które pędzą jak szalone często bez składu i ładu. Czasami też myślę o sobie źle, albo dobrze. To się nieustająco zmienia. Robię to, co uważam za najlepsze dla siebie, a na innych staram się być uważna. Z różnym skutkiem, bo nie jestem doskonała, uczę się, nieustająco uczę się być, żyć, uczestniczyć i doświadczać świata. 

Ale czy to znaczy, że jestem albo taka albo taka? Wiem jedno. Wszystko się zmienia i to ode mnie zależy, czy te zmiany będą dobre, czy pouczające na przyszłość. To jest niekończąca się opowieść (śmiech).


zdjęcie główne: Katarzyna Drejling Fotografia

Artyści vs 2020 ~ Aleksandr Prowaliński

Aleksandr Prowaliński – malarz, grafik, scenograf, reżyser światła. Urodzony w Białorusi. Absolwent Mińskiego Państwowego Uniwersytetu im. Glebowa na Wydziale Malarstwa i Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Grafiki. W swoich pracach i projektach teatralnych zwraca szczególną uwagę na rolę obiektów oraz organizację przestrzeni za pomocą barw, które ciężko umieścić na kolorystycznym spectrum. Jego wrażliwość oscyluje między monochromatycznymi płaszczyznami i głębią uzyskaną dzięki rozwarstwieniu i nabudowywaniu świetlnych planów – Prowaliński szuka w półcieniu, stroni od kategorycznych kolorów, zatrzymuje się o ton niżej, tam gdzie nie są one jeszcze w pełni wyartykułowane i dlatego podążyć mogą w każdą stronę.

Gdybyś miał opisać 2020 w trzech słowach?

To byłoby to rozczarowanie, niepewność, nadzieja. W takiej kolejności.

Czyli kończysz rok z nadzieją! Skoro jesteśmy już w tym miejscu, to jaka jest dla Ciebie końcówka tego roku?

Na pewno bardziej świadomie podchodzę do swojego czasu. Wiem, że naprawdę pomiędzy projektami potrzebuję przerw.

To się wydaje takie normalne i oczywiste, prawda?

Tak! A my kompletnie o tym zapominamy! Kompletnie! Wszyscy niby jesteśmy świadomi, a z doświadczenia wiem, jak trudno to zrealizować. Natura przewidziała, że po pracy jest potrzebny czas na odpoczynek, a nam się czasami wydaje, że możemy tę naturę oszukać.

Jesteś niesamowicie wszechstronnym artystą. Malujesz, projektujesz scenografię, kostiumy, oświetlasz. I to nie tylko scenę, bo oświetlałeś przecież także Pałac Kultury. Jak poradziłeś sobie z tym, że świat tak nagle zwolnił, zamknął wiele możliwości, pokrzyżował niejedne plany?

Faktycznie, wszystko zwolniło i świat zaczął funkcjonować w nieco innym trybie. Jakieś projekty odpadły, było też dużo przesunięć. Ale kilka propozycji pojawiło się zupełnie spontanicznie. Dzięki temu też, jakoś sobie w tym roku radziłem bo pracowałem przy projektach, które niezwiązane były z kalendarzem teatralnym, na przykład projektowałem oświetlenie dla Zachęty,  czy rzeźby do ekspozycji dla prywatnej firmy w Paryżu. 

Zwolniłeś trochę?

Zwolniłem. Pamiętam, że w poprzednich latach bywało naprawdę intensywnie. Jeździłem z miasta do miasta, kończyłem produkcję w jednym teatrze, od razu wsiadałem w pociąg i ruszałem do kolejnego. Teraz nabrałem trochę innej perspektywy. Ten pierwszy lockdown nauczył mnie doceniać czas spędzony z bliskimi i ten przeznaczony na odpoczynek, o którym już mówiłem. Teraz dopiero widzę, jak bardzo tego potrzebowałem, zauważyłem w jakim szybkim rytmie żyłem. Ale nie tylko ja, bardzo wielu moich znajomych, artystów to potwierdziło. Ten lockdown to był punkt krytyczny! 

A coś zmieniło się Twoim zdaniem w samym teatrze?

Wydaje mi się, że przez to, że ludzie zaczęli bardziej świadomie traktować swój czas, to chyba planowanie jest bardziej skrupulatne.

Myślisz, że ma to związek z teatralną nadprodukcja w sieci?

No na pewno ma to z tym związek. Propozycji do obejrzenia w sieci jest tyle… spektakle, warsztaty, rozmowy, festiwale, że widz zaczyna selekcjonować. Ja, szczerze, nie jestem w stanie oglądać przedstawień online. Oglądam tylko nieliczne, wybrane tytuły, które z góry wiem, że były przygotowane specjalnie pod kamery, albo założenie, idea była taka, że kamery są bohaterem. Widziałem takie przedstawienia dwa, albo trzy. 

Ja uważam, że teatr jest stworzony po to, żeby doświadczać go na żywo, a to że teraz oglądamy go na ekranie, świadczy tylko o tym, że przywykliśmy, dostosowaliśmy się to sytuacji. I oczywiście to dobrze, bo nie stracimy dzięki temu pracy, a teatry utrzymują kontakt z widzami. 

Mnie się wydaje, że otwieramy w ogóle jakieś bardzo ciekawe kierunki, przełamujemy pewną konwencję bo takiej rewolucji, jak teraz w teatrze, nie było pewnie od lat 90. Te rejestracje wideo mogą być zalążkiem nawet pewnej idei – podziału świata teatralnego na dwie grupy odbiorców. Jedna część będzie wolała przedstawienia online, a druga wybierze pójście do teatru. Teatr w gruncie rzeczy jest bardzo niebezpieczną materią, on zadaje pytania, stawia często w niezręcznych, trudnych sytuacjach, prowokuje. Kiedy siedzisz na widowni, to to ci zupełnie inaczej ustawia emocje, zaangażowanie, niż gdybyś oglądała to samo w domu. I teraz albo ktoś ogląda bezpiecznie, albo lubi i wybiera to ryzyko. 

A malowałeś więcej?

Absolutnie więcej! Malowałem dużo, kiedy jeszcze studiowałem na Akademii, potem trochę mniej, bo pochłonęła mnie praca w teatrze. Ale podczas pandemii, wreszcie miałem czas, żeby  wrócić do tego w pełni! I to mi dało bardzo ważne spostrzeżenie, że w wirze pracy, braku czasu, zapominamy o tym, co jest dla nas bardzo ważne – jak dla mnie malarstwo. Mogłem w tym roku poświęcić temu dużo więcej czasu i poczułem, że w tej materii mam pełną swobodę. Jako scenograf, czy reżyser światła uzależniony jestem od decyzji reżysera, innych twórców, z którymi pracuję nad wspólnym projektem, a w malarstwie jestem sam ze sobą, ze swoim płótnem i narzędziami. I to jest szalenie istotne, bo buduje niezależność. To ważne, żeby twórcy, którzy pracują dla innych, czy z innymi nie zapominali o swoich własnych, osobistych projektach, które pozwalają spełniać się na zupełnie innym poziomie.

I to też chyba daje dystans.

Tak, dokładnie!

A więc do trzech słów, które wymieniłeś na początku, można by jeszcze dodać powrót do korzeni, powrót do siebie, do swojego wnętrza.

Tak! I wracanie do swoich marzeń, do swojej natury. Nawet ostatnio odbyłem taką rozmowę, w której zastanawiałem się, dlaczego w pewnym momencie ja zacząłem się tak potwornie stresować, niepewnie się czuć! Mimo że zawodowo, w teatrze, według mnie i wnioskując po opiniach, rozwijałem się super, czułem że cały czas idę do przodu, odkrywam nowe rejony i tak dalej. Zdałem sobie sprawę, że zapomniałem właśnie o tych swoich korzeniach, o swoich marzeniach, czyli malarstwie. I dopiero dzięki pandemii, która na poziomie funkcjonalnym przyniosła niepewność i rozczarowanie, zacząłem osiągać wewnętrzny spokój, mogłem skupić się na prostych, ale szalenie istotnych sprawach, jak dom, rodzina, bliscy i malarstwo, któremu poświęciłem przecież ogromną część mojego życia.

A odkryłeś coś nowego o sobie?

Na pewno osiągnąłem wreszcie ten wewnętrzny spokój, przestałem się tak potwornie stresować. Dla mnie końcowy etap pracy w teatrze, to niewyobrażalny stres, wręcz fizycznie odczuwalny. I faktycznie przez ostatnie pół roku zauważyłem, że to się bardzo zmieniło.

To jest ciekawe bo cały świat zaczął panikować, a Tobie 2020 przyniósł wytchnienie i spokój.

Wiesz, stresujesz się niepewnością, ale wewnętrznie przyjmujesz naturę rzeczy. Przyjmujesz, że nie na wszystko masz wpływ. Ostatnio przeczytałem gdzieś takie buddyjskie motto: ,,Kiedy jesteś spokojny to otwiera się przed tobą cały wszechświat” i to prawda! 

Niemal w każdym swoim wywiadzie powtarzasz, jak ważni są dla Ciebie bliscy i jak duży wpływ mieli niektórzy z nich na kształtowanie twojej artystycznej tożsamości. Udało ci się być z nimi blisko pomimo utrudnień i obostrzeń?

Tak, mimo wszystko jakieś spotkania były. Przyjaciele są dla mnie bardzo istotni bo to dzięki nim ten świat staje się po prostu milszy! (śmiech). Ale w tym roku poznałem też mnóstwo nowych ludzi, których gdyby nie pandemia, pewnie bym nie spotkał, bo to na przykład ekipy filmowe, nagraniowe. Dostałem też propozycję wejścia do operowego świata, z którym nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. 

A twoja rodzina?

Moja rodzina mieszka w innym kraju, więc w jakimś sensie moją rodziną tutaj, są przyjaciele. Bez nich bym zwariował! Tu zbudowałem swój dom, chociaż mój dom rodzinny znajduje się w miejscu, do którego nie mogę teraz nawet pojechać! 

2020 nie był łatwy po względem społecznym, politycznym dla Polaków, tym bardziej dla Białorusinów. Przeżywasz to mocno? 

Wiesz co, tu nie jest najlepiej, ale tam… Bardzo przeżywam to, co dzieje się w Białorusi! Strasznie. Kiedy były te protesty, siedziałem całymi dniami przed komputerem i oglądałem wszystkie relacje. Agresja, coś potwornie strasznego! Okropna przemoc wobec prostych ludzi, kobiet, emerytów. To wpłynęło na mnie bardzo. W Polsce jest jakaś opozycja. W Białorusi została zlikwidowana w dwa tygodnie, wycinka inteligencji pod korzeń.

Ten strach i niepokój odbija/odbije się jakoś w Twojej twórczości?

Na pewno!

Jesteś zwolennikiem teatru politycznego?

Chyba nie do końca. Artyści powinni flagować tematy polityczne, ale to trzeba robić naprawdę bardzo umiejętnie, inteligentnie, nienachalnie, nie po to, żeby komuś coś udowodnić. Teatr daje sygnały.

Skłaniać do myślenia, a nie podawać gotowe rozwiązania.

Tak, bo odbiorcy teatru nie są idiotami! I nie można dzielić teatru na sztukę dla artystów, twórców i krytyków i sztukę dla publiczności, co niestety czasami ma miejsce. Wiele razy mi się zdarzyło, że krytycy czegoś nie kupili, ale trafiło to do widzów! Jeśli przekaz nie działa na ludzi spoza teatru, to jest to wtedy sztuka dla sztuki. Tyle.

Tak, kiedy przekonujemy przekonanych, to komunikat krytyczny nie przedostaje się dalej…

Ideą teatru jest kierowanie treści do wszystkich, a nie do tych, którzy naszym zdaniem je zrozumieją. To wyższościowe podejście! Ja odbieram krytyczne recenzje jako opinię widza, nie jako wyrocznię. Każdy powinien podjąć własną decyzje.

Skąd ty czerpiesz tyle energii?

Robię to co lubię. Kiedy robisz to, co lubisz, nie potrzebujesz się ładować.

A inspiracje?

Inspiracja pojawia się naturalnie wobec procesu, idei która się tworzy podczas pracy nad spektaklem. To jest oparte w dużej mierze na mojej intuicji. Wiele czerpię od ludzi, z którymi pracuję, dużo z nimi rozmawiam o wizji, kontekstach. Wtedy dopiero zastanawiam się w jaki sposób przełożyć to na obraz świetlny. Proces jest niesamowicie ważny.

A jak już się to wszystko wreszcie skończy, to?

To pojadę na plaże! Do słońca! (śmiech)


zdjęcie główne: Sisi Cecylia