Hamlet – komentarz

Hamlet – komentarz, to czwarta, po Pieśniach Leara, Crazy God inspirowanego Hamletem i WyspieBurzą, realizacja Teatru Pieśń Kozła wynikająca z fascynacji Grzegorza Brala –  dyrektora Teatru i reżysera, twórczością Szekspira.

W Komentarzu oryginalny tekst dramatu stanowi jedynie źródło inspiracji i fabularną podstawę do dalszych, artystycznych poszukiwań. Nie jest natomiast bazą dramaturgiczną. Twórcy spektaklu, Alicja (odpowiedzialna za dramaturgię oraz tekst pieśni) i Grzegorz Bral, wydarzenia spektaklu umieszczają na dwa miesiące przed właściwym rozpoczęciem dramatu, czyli w noc zabójstwa króla Hamleta. Spektakl kształtem przypomina zatem akt zaduszny, jak nazwał to w jednym z wywiadów Bral – ,,szekspirowskie dziady”.

Hamlet – komentarz w wykonaniu Teatru Pieśń Kozła, to rodzaj przypuszczeń i analizy tego, co w tekście Szekspira nie wybrzmiało, lecz pozostało w sferze domysłu, to inspiracja pierwszą stroną dramatu, czyli listą bohaterów, z których w spektaklu każdy dostaje nowy głos i nową szansę wypowiedzi. Niezwykle aluzyjny i niejednoznaczny, szekspirowski tekst daje potężną przestrzeń do poszukiwań nieoczywistych relacji między bohaterami, ich wewnętrznego wymiaru, intencji.

Artyści zadają kolejne pytania, snują domysły, zgłębiają następne warstwy metafor i znaczeń, formują zaskakujące hipotezy – jak na przykład w przypadku Ofelii, dla której śpiewają requiem, mszę żałobną, która niegodna jest samobójcy. Twórcy zastanawiają się, jak zmieniłaby się historia, co stałoby się z Ofelią, gdyby modlitwa mająca ulżyć w cierpieniu zmarłego wybrzmiała. Paradoksalnie, projektując złamanie prawa kościelnego, pomagają w męce duszy zmarłej.

Komentarz, oprócz niewypowiedzianych kwestii bohaterów, tego co podskórne i w domyśle, to także tragedia osobowościowa, ideologiczna człowieka, którego pozbawiono możliwości samostanowienia – i to nie odbierając mu prawa, a ciosając słowami. Hamlet żyje po śmierci ojca po to, by wypełnić misję zemsty, żyje zaklęty w słowie, wizji, ostatecznie w fakcie śmierci swojego ojca i intrydze wuja, przestaje być człowiekiem, a staje się narzędziem do wypełniania czyjejś woli. To otoczenie wyrokuje o jego losie. Od Hamleta rząda się zemsty i do niej wykorzystuje. Co jeśli zemsta w jego ocenie jest niemoralna? Czy w obliczu takiej interpretacji, wspomnianego dysonansu, Książe udaje szalonego, czy szalonym faktycznie jest, a może stopniowo w obłąkaniu się pogrąża, zatracając granicę pomiędzy doznaniem a iluzją? Staje się ofiarą wizji swojego ojca, rodzinnego piekła, intryg i fatalnej przemocy.

Całość jest spójna i konsekwentna. Estetyka spektaklu przywołuje skojarzenia z epoką teatru elżbietańskiego – zimno stali, ciężkość drewna, masywność mieczy, żelazne, misternie wykonane maski i stroje ze stójkami, które sztywnością materiału przypominają zbroje, dynamiczny, mocny ruch. I lustra umieszczone na bocznych ścianach sceny, w których jak kolejne gałęzi królewskiego drzewa genealogicznego odbijali się aktorzy, tworząc coś na kształt ruchomych portretów. Mam wrażenia, że lustra nie zostały umieszczone w tym spektaklu jedynie w celu optycznego pogłębienia sceny, czy też jej rozjaśnienia. Być może ich rola miała być niejednoznaczna, jak zawiła była historia Hamleta, jak wiele w niej załamań i mętności. Niewykluczone, że ich czystość i odbicie miało być świadkiem, nieprzekłamaniem, bo lustro nie generuje nowych faktów, ono odbija wszystko to, co znajdzie się w promieniu jego oka.

I śpiew… na koniec, co nijak nie oznacza wartościowania. Zwłaszcza, że był jak zawsze, wprost genialny! Polifoniczny dźwięk, który poruszał do głębi, tworzył historię, postaci, relacje, wywoływał dreszcze, dowodził koncentracją i uwagą.

Hamlet_komentarz_2

Tekst Szekspira to ogrom możliwości interpretacyjnych, a Teatr Pieśń Kozła swoim Komentarzem, polifonią dźwięku uobecnia swoją jej wersję, nie zamykając przy tym możliwości dalszych poszukiwań, nie podając jedynej słusznej prawdy. Odnoszę wrażenie, że wręcz zachęca widownię do snucia i poszukiwania własnych komentarzy i objaśnień, zaprasza do czytania niedosłowności i wrażliwości, dostrzegania iluzoryczności szekspirowskiego patchworku metafor.

Hamlet – komentarz, to unikatowość i piękno, to pewnego rodzaju urzeczywistniający się fantazmat. Dźwięk, który przenika, buduje, harmonizuje, jednocześnie zaskakując nowym, nieoczywistym spojrzeniem wychodzącym poza interpretacyjną strefę komfortu.

Brawo!

Dziękuję!

fot. Mateusz Bral

Portret Trumienny

Portret trumienny Kuby Wojtaszczyka, najnowszy spektakl Michała Kmiecika, który swoją premierę miał w Teatrze Polskim w Poznaniu podczas tegorocznego Malta Festiwal, wolałabym opisywać chyba w kontekście etiudy teatralnej niżeli spektaklu. Niestety, bo wtedy może mogłabym powiedzieć, że nie było najgorzej. Ale to spektakl… i nie było dobrze, żeby nie powiedzieć, że było bardzo źle.

Portret trumienny to debiutancka książka Wojtaszczyka, gdzie młody kurator sztuki, gej, Aleks Krzyszowski przyjeżdża do swojego domu rodzinnego na siedemdziesiąte urodziny matki. Wtedy to, przy jednym stole spotykają się wszyscy członkowie rodziny, genealogicznie sobie najbliżsi i jednocześnie kompletnie obcy. To pokrewieństwo i biologiczna bliskość, społeczny obowiązek spędzania czasu w tym gronie wywołuje w głównym bohaterze frustrację i agresję, co początkowo jest zabawne, ale tylko dopóki, dopóty nie zacznie przerażać. Polska klasy B, gdzie rządzi przewidywalność, rasizm i nacjonalizm, gdzie dobre jest tylko to, co znane, bo bezpieczne i oswojone. Adaptacja sceniczna tej atmosfery niestety nie oddaje, a barwne i zapadające w pamięć postaci z książki, w spektaklu zwyczajnie się rozmywają.

O matce Jadwidze (Barbara Krasińska), o której prócz tego, że ubrana w znoszony pulower do kolan, ze stopami skierowanymi do środka, nie wiemy wiele więcej. Po scenie z kryształową popielnicą, której miejsce jest na półce, a nie w ręku palacza, możemy się domyślać, że to matka polka poświęcająca bezrefleksyjnie całe swoje życie dzieciom i mężowi. Ale czy wiemy o niej coś więcej z adaptacji Kmiecika? Nie! Podobnie jak nie wiemy wiele więcej o pozostałych postaciach, które przedstawione są powierzchownie, bez namysłu, płytko, są po prostu nie zbudowane.

Ojciec (Wojciech Kalwat) siedzący w fotelu z demencją starczą i głuchotą, brat Wiesław (Przemysław Chojęta) – mężczyzna w średnim wieku, sfrustrowany i zawistny, o małomiasteczkowej mentalności. Krystyna (Barbara Prokopowicz/Monika Roszko) – jego żona, katechetka, fanatyczna katoliczka. I ich czwórka dzieci.

Bohaterów poznajemy za pomocą żenująco prostych i zawstydzających dosłownością, środków. Krystyna w czerwonej pelerynie z Jezusem na plecach, w ręku krzyż, w drugiej książeczka do modlitwy. Wiesław z brzuszkiem i pasem do wychowywania dzieci. Latorośle w postaci bliźniaków (Jakub Papuga, Paweł Siwiak) – oczywiste skąd wiemy że to bliźniaki, sześcioletni chłopiec (Mariusz Adamski), według Aleksa, z predyspozycjami do homoseksualizmu i najstarsza córka Paulinka (Monika Roszko) na wzór i podobieństwo matki.

A! I jeszcze siostra Sabinka (Barbara Prokopowicz) – rozkrzyczana i przerysowanie otwarta, radosna doktor filmoznawstwa, ironicznie nazwana Warszawką i jej mąż Jerzy (Paweł Siwiak) – artysta rzeźbiarz.

Aleks (Piotr Nerlewski) projektuje przed nami role swojej rodziny, przedstawia ich wedle swojej nienawiści oraz zgorszenia ich sposobem spędzania swojego życia. Ostatecznie Aleksander projektuje też zabójstwo każdego z nich, które wygląda tak, że aktorzy markują wbicie noża w pierś, zawał serca, skręcenie karku, itp., co wypada mocno tandetnie. Bardziej żenująca była jeszcze tylko scena korespondująca na zatrważająco niskim i dosłownym poziomie z Kevinem McCalisterem, (który został pewnej zimy sam w domu i boi się zejść do piwnicy z powodu piekielnego pieca) z dymiącą i gadającą kuchenką gazową, która wyzywa Aleksa od pedałów. To taka retrospekcja dziecięcych strachów i braku akceptacji, która uruchamia się w miejscowej cukierni, kiedy przy okazji odbioru urodzinowego tortu Aleks spotyka tam dręczyciela ze szkolnego boiska.

Sam Aleks, to w 40 – minutowym spektaklu Kmiecika nadęty, zmanierowany, niezadowolony z niczego oprócz siebie, o maksymalnie wysokim mniemaniu o sobie, tendencyjny, młody artysta – gej.

Na koniec tylko tyle, że tekst Wojtaszczyka został w tej realizacji totalnie wykastrowany. Szkoda słów… dawno nie wyszłam z teatru tak zszokowana.

Przykro mi, Kuba…

 

fot. Magda Hueckel

Turbofolk

Platforma Bałkany – idiom tegorocznego Festiwalu Malta prócz treści, których się spodziewaliśmy, okazał się być także pomostem do rozmowy o sytuacji politycznej, nie tylko w krajach byłej Jugosławii, ale także tu, w Polsce.

Przed rozpoczęciem Malty, ale już po premierze Klątwy w Teatrze Powszechnym w Warszawie  (chronologia ma tutaj znaczenie kluczowe) Festiwal pozbawiono dotacji w wysokości bagatela! 300 tysięcy złotych. Kto choć trochę interesuje się tym, o czym obecnie huczą media wie, jaki był tego powód – Oliver Frljić – kurator Malty i reżyser kontrowersyjnej, nieakceptowanej przez szeroko rozumianą prawicę, Klątwy. Frljić na znak protestu przeciwko cenzurze i ograniczeniom artystycznej wolności, do Poznania nie przyjechał, a presja ze strony polityków przyniosła odwrotny od zamierzonego, skutek – Frljić kuratorem pozostał, brakujące środki zebrano w akcji crowdfundingowej Zostań Ministrem Kultury, a widownia na Turbofolku zapełniona została po ostatni centymetr przestrzeni na schodach i podłodze. Pozostał za to duży niesmak, poczucie bezprawia i braku jakiejkolwiek przewidywalności.

Wspomniany Turbofolk, to spektakl chorwackiego Teatru Narodowego w Rijece, którego tytuł to nazwa bardzo popularnego w latach 90. XX wieku, zwłaszcza podczas wojny na Bałkanach, kierunku muzycznego łączącego w sobie elementy folkloru, techno i wpływów orientalnych. To absurdalne patriotyczne disco zagrzewać miało do walki i stanowiło ważny nośnik treści nacjonalistycznych. Zachęcało do przemocy, niosło za sobą rasizm i uznanie patriarchatu.

W rytm turbofolku doznajemy całego spektrum emocji towarzyszących bałkańskiej wojnie, naprawdę nie potrzeba czytać objaśniających treść przedstawienia napisów, żeby wiedzieć w czym rzecz. Spektaklowi towarzyszyły tak gwałtowne i jednocześnie uniwersalne emocje, że trzeba by się bardzo postarać, żeby dostrzec tu jedynie treści dotyczące krajów byłej Jugosławii. Agresja, przemoc fizyczna i słowna, okrucieństwo, uliczne zadymy z policją, śmierć w szpitalach polowych, kastracja, homoseksualizm, ostry seks, gwałt… brutalność, wobec której wszyscy są równi, która uruchamia strach, tęsknotę miłości i pragnienie wolności.

Na potrzeby Malty, biorąc pod uwagę emocje towarzyszące tegorocznej edycji Festiwalu, ze względu na podział społeczeństwa i sytuację polityczną w Polsce, Frljić wpisał w treść spektaklu nowe sceny. O czym? Oczywiście o Polsce.

Po pierwsze, oprócz fenomenalnych aktorów Teatru Narodowego w Rijece, umieścił w spektaklu jeszcze jedną postać – nieobecną postać – ,,bohatera” tegorocznej Malty i nie tylko, Piotra Glińskiego, z którym to jedna z aktorek miała mieć płomienny romans. Artystka na granicy żartu i zdrożności dywaguje na temat seksu z wiceministrem ośmieszając tym samym nie tylko Glińskiego, ale polityków w ogóle. Polityków, którzy przez swoją krótkowzroczność i zacietrzewienie sami proszą się o kpinę.

Kolejna nowa scena, to głosy aktorów, którzy wychodzą ze swoich ról i konstruują niewybredne obelgi na temat Frljicia, samego spektaklu, widowni i temu, dlaczego kolejny raz muszą grać w tym jebanym Turbofolku.

Słowa aktorów, to te których Frljić zapewne mógł się spodziewać w kontekście swojego protestu i nieobecności. Wypowiadając je, cynicznie zamyka usta tym, którzy nie zdążyli się jeszcze odezwać. Taki pstryczek w nos…

W rozległej scenie, w której aktorzy mówią o czym jest spektakl prócz ministra Glińskiego, wymieniają także prezesa – Jarosława Kaczyńskiego, Lecha Wałęsę, Jana Pawła II, ministra Szyszko. Widownia zachwycona, klaszcze, śmieje się, zdaje się że chce przybić z aktorami przysłowiową piątkę, powiedzieć dziękujemy, że krzyczycie. Aktorzy zdają się mówić, zatem krzyczcie razem z nami, to wszystko dzieje się wszak za wasze pieniądze. I to moment konsternacji, bo ktoś ocenia już nie rząd, nie osoby publiczne, a zwraca się bezpośrednio do nas. Co z tym zrobimy?

W ten sposób Frljić bardzo jasno i mocno wyjaśnił nam o czym jest Turbofolk i czego się bać. Bo to spektakl o Polsce, ostrzeżenie przed kryzysem demokracji, przed nacjonalizmem i religijnym fanatyzmem. Oszołomieni tymi treściami i związanym z nimi wstydem zostajemy zaproszeni na scenę, do wspólnego tańca w rytm turbofolku. To nic innego, jak upadek wolności sztuki… dobitna i bolesna tego metafora. Tym bardziej, że zaraz po niej opada kurtyna, a po jej podniesieniu aktorzy nie kłaniają się do braw, tylko z założonymi rękoma zasiadają na krzesłach z tyłu sceny, będących lustrzanym odbiciem widowni. Zdają się pytać i co teraz zrobicie? Bo teraz wasza kolej, następna scena tego spektaklu należy do was, Polacy!

 

fot. Maciej Zakrzewski

Star Worst

Ze Star Worst nie wyszłam, wbrew oczekiwaniom i zapewnieniom twórców, szczęśliwa. Artyści w zapowiedziach informowali, że zajmują się wyłącznie tym, co kochają i kochają to, co robią. W co oczywiście nie śmiem wątpić, ani czego nie mam nawet najmniejszego zamiaru podważać. Wszystko to, co przesyłali ze sceny miało skłonić widzów i świadków do tworzenia, zwyczajnie sprawić przyjemność. Ja jej nie odczułam. Niestety…

Teatr Kotorogo, to petersburska formacja, której nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza Teatr, którego nazwy nie wolno wypowiadać. Ich aktywność to teatr łączący w sobie elementy pantomimy, klaunady, teatru kukieł i komedii. Wszystko to w rezultacie przypomina teatr uliczny, umieszczony tym razem na scenie w Republice Tłusta Langusta w ramach tegorocznej, 27. edycji Festivalu Malta.

Teatr Kotorogo tworzy czwórka aktorów, trzech mężczyzn i jedna kobieta. Troje z nich grało na instrumentach: perkusji, akoreonie i gitarze, śpiewając przy tym znane z pop kultury motywy (intro ze Star Wars, Spice Girls) oraz utwory w języku rosyjskim. Jeden z artystów uprawiał rozmowę i flirt z widzem.

Gdy się pojawili, w blond peruce, skarpetach, i plastikowych okularach, pomyślałam, w porządku, może ich kiczowata prezencja, to tylko powierzchowność, może to po prostu taki żart. I choć pewnie tak było, to poziom tandetności całego przedstawienia pozostał dla mnie totalnie nieakceptowalny. Byłam nim mocno zmęczona.

Zmęczona zabawnym nawet, ale tylko na początku, tłumaczeniem przez członkinię zespołu tekstu z rosyjskiego na angielski, głosem jednostajnym i pozbawionym emocji niczym lektor ze słabych produkcji.

Znużona otwierającą spektakl i ciągnącą się nieznośnie sceną gniecenia z papieru, animowanym następnie przez aktora, podarunków dla widzów, ich córek i synów (mieczy, ptaków, łosi i lalek), która z każdą kolejną minutą trwania bezpowrotnie traciła swój dowcip.

I dalej, zdumiona stereotypowym ujęciem w pantomimę modelu zachowania kobiety i mężczyzny. Kobiety mówiącej piskliwym głosem, poruszającej się na obcasach, będącej wyniosłą i zimną, lecz tylko do czasu, kiedy nie wpada w tarapaty, z których ocalić może ją jedynie i nie kto inny, jak silny i odważny mężczyzna.

Zażenowana fragmentem bazującym na zapraszaniu przez reżysera (kolejna odsłona głównego aktora, mima) na scenę publiczności i angażowanie ich w odgrywanie przy pomocy kartonowych masek i mieczy z metrówki ról z Gwiezdnych Wojen, kiedy to ze wzrokiem wbitym w podłogę modliłam się, żeby nie wybrano akurat mnie. Zaskoczeni widzowie, pomimo początkowego oporu poradzili sobie z tym tremującym zadaniem nadzwyczaj dobrze. Ich skrępowanie i onieśmielenie z kosmicznymi pomysłami Kotorogo świetnie się zgrało i dało zabawny efekt. Choć powtarzam, za nic w świecie nie chciałabym być na miejscu wzdychającej do niebios, kołyszącej biodrami, księżniczki Lei, o którą toczy się męska walka na ,,miecze”.

I na koniec osłupiała sceną, w której aktor – mim zaprasza na scenę kolejną kobietę, zdejmuje spodnie, spod których wyłania się niebiesko – czerwony motyw Superbohatera i markuje bynajmniej dwuznaczną sytuację intymną. No nie… pomyślałam: naprawdę? Naprawdę to zrobił? Otóż naprawdę. I dla mnie było to zupełnie nieśmieszne i dowcipne.

Wrażenia tego nie wymazało nawet wspólne klaskanie i podnoszenie kolan do Kalinka Kalinka Maja.

Być może starzy bywalcy Malty, którzy pamiętają jeszcze jej uliczny charakter pierwszych edycji, śmiali się z rozrzewnienia, być może przytłoczeni ilością, czy trudem w rozumieniu performansu, odetchnęli z ulgą, że to wreszcie coś prostego i lekkiego. A może po prostu i zwyczajnie świetnie się z Kotorogo bawili. Nie chcę wartościować ich uśmiechu. Cieszę się jedynie, że ta męcząca godzina dobiegła wreszcie końca i że była tylko godzina.

Na koniec powtórzę raz jeszcze – nie wyszłam ze spektaklu szczęśliwa, a raczej przytłoczona jego jarmarcznością. Choć byli tacy, którzy się śmiali. Wydawało się, że szczerze…

 

 

fot. Materiały prasowe Malta Festival 2017

 

Nieznośnie długie objęcia

Spektakl Nieznośnie długie objęcia w reżyserii Iwana Wyrypajewa – artysty rosyjskiego pochodzenia, osiadłego nad Wisłą, powstały w kooperacji Teatru Powszechnego w Warszawie i krakowskiego Teatru Łaźnia Nowa, to przeżycie absolutnie oszałamiające, akumulujące się gdzieś bardzo głęboko i przepiękne zarazem.

Ascetyczna w scenografię scena – zaledwie jasny, poskręcany na kształt księżyca w pełni, neon gdzieś nad ich głowami, wstrzemięźliwe czarne stroje aktorów, cztery krzesła, gra świateł i ich wypowiedzi. Wszystko przybrane mistrzostwem językowym, frazowym Wyrypajewa.

Postaci, to czwórka rozbitków, na pozór tylko szczęśliwych, na pozór tylko spełnionych, szukających celu, próbujących odnaleźć siebie w plastikowym worku, jakim jest zastana przez nich rzeczywistość, codzienność. To dwie kobiety i dwóch mężczyzn, to troje Słowian i tylko jeden człowiek, który może powiedzieć jestem stąd, choć nic to nie znaczy i niczego nie zmienia. Ludzie, którzy mogą być kim tylko zechcą, mogą wykreować siebie jak tylko chcą, miast tego z pełną świadomością i wymyśloną powierzchownością topią się w plątaninie niespełnienia, poszukiwań i rozczarowań.  Jeśli ktoś boi się, że to spektakl przepełniony patosem i konwenansem, patetycznością i manierycznością, to szczęśliwie jest w błędzie. Wyrypajew z talentem czempiona montuje ironię tam gdzie trąci przesadą, drwiną przekłuwając bańkę powagi.

Czworo bohaterów znajduje się w Nowym Jorku, przebywając tu od dawna, bądź na chwilę, przenosząc się tu z Berlina, bądź do niego stąd uciekając. Nowy Jork i Berlin występują tu jako światowe mekki wchłaniające w siebie młodych, poszukujących lepszego, pełniejszego, mocniejszego życia bez zbędnych przywiązań, ludzi.

Serbka Amy (Julia Wyszyńska), Polka Monica (Karolina Gruszka), urodzony w Nowym Jorku Charlie (Maciej Buchwald) i odwiedzający to miasto Czech Krisztof (Dobromir Dymecki), to postaci przeprowadzające nas przez hipsterski weganizm, aborcyjną traumę, narkotyczne uniesienia i zapomnienia, niespełnione małżeństwo i ostry, ale absolutnie nie obsceniczny seks – bo erotyzm, ani wulgarność wypowiedzi bohaterów nie są tu celem samym w sobie. Na tle onirycznych opowieści, poruszających wypowiedzi, wzruszających, współczujących i współodczuwających reakcji, które w nas uruchamiają, wypadają niezwykle miękko. Postaci mówią do siebie i o sobie z perspektywy obserwatora – Teraz Monica wstaje…, teraz Amy czuje jak jej ciało… Każdy szukający siebie, wszyscy w pewien sposób zagubieni i poszukujący łączą się z kosmosem poprzez pojawiający się w ich życiu, uruchamiający inne galaktyki, nagły impuls. Impuls, dzięki któremu wszystko staje się nieoczekiwanie proste i jasne. Impuls, który nadaje ich ruchom sens, czyni ich wahanie przejrzystym. I nieważne, czy inna galaktyka łączy się z nimi poprzez usunięty płód, stający się głosem córki, czy mówiącego ludzkim głosem delfina, ważne że się pojawia, że dzięki nim znajdują sensowność, że są nieoczekiwanie, ale nareszcie! czegoś pewni. Tylko ta pewność, jak wszystko w życiu bohaterów wyjaśnia  wszystko i nie rozwiązuje niczego. 

Nieznośnie długie objęcia, to ramiona połączenia. Polączenia ponadfizycznego, onirycznego, energetycznego,  z wciąż istniejącymi w nas, a obcymi bo uciszanymi, galaktykami. Nieznośnie długie objęcia to uścisk meta – odnajdywania i sennej istotności. W objęciach spektaklu pozostanę nieznośnie długo. Poturbowana jego głębią, oczarowana jego językiem, zaskoczona nagłym impulsem, który trzyma mocno w głębi swojej galaktyki.

Polecam, jestem oczarowana i głęboko poruszona. To przepiękne, absolutnie niesamowite doświadczenie.

fot. Magda Hueckel

Wróg ludu

Jakże ten Ibsen nadal aktualny! Niebywałe to i niepokojące zarazem, że od 1882 roku, treści Wroga ludu są wciąż obowiązujące.

Znajdujemy się w małym, norweskim miasteczku uzdrowiskowym, gdzie miejscowy lekarz dokonuje rujnującego wizerunek miasta, a w dalszej perspektywie także jego finansową katastrofę, odkrycia. Otóż główne źródło utrzymania uzdrowiska, czyli kąpielisko, z którego korzystają kuracjusze jest regularnie zanieczyszczane przez okolicznych przedsiębiorców, w wyniku czego kłębią się w nich niebezpieczne dla zdrowia bakterie i drobnoustroje. Na domiar złego okazuje się, że niezbędna jest przebudowa wodociągu, który został nieprawidłowo położony. Jeśli wyniki tych badań przedostały by się do sektora publicznego, wówczas nastąpił by  absolutny upadek miasteczka. Bowiem naprawa wodociągu i oczyszczanie wody, zajęło by grubo ponad dwa lata i pochłonęło ogromne środki finansowe, pozbawiając przy okazji lokalnych mieszkańców utrzymujących się z wynajmu domków pacjentom, zarobku. I tu pojawia się konflikt prawdy i interesu społeczności ucieleśniony w konflikcie doktora Tomasa Stockmanna (Juliusz Chrząstkowski) oraz Burmistrza miasteczka – Petera Stockmanna (Radosław Krzyżowski) – nomen omen rodzonych braci. Wydaje się, że jedynym sposobem, aby donieść o prawdzie, jest krzyk i bunt – natychmiastowy bunt!.

U Jana Klaty, rebelia ta odbywa się w przestrzeni kształtem przypominającej nieczynny basen.  Pozostałe na jego ścianach zacieki i dno pokryte zbieranymi przez lata odpadami i gratami, zapełniające się nimi niemal po brzegi, tworzy smutną pamiątkę po dawnej świetności tego miejsca. To widmo dawnego splendoru i uzdrowiskowej sławy norweskiego miasteczka.

Gdzieś, jakby zza ściany słychać głosy rodziny Doktora Stockmanna, gdzieś z oddali napływają na scenę kolejne osoby, wtapiając się zupełnie w śmietniskowy krajobraz. Spektakl rozpoczyna się z hukiem! Z hukiem łamiącego się w nogach łóżka Doktora Tomasa, z hukiem muzyki i uderzanych o metalowe beczki łańcuchów. Wiedz widzu, że coś się szykuje!

Okazuje się, że tylu dokładnie jest sprzymierzeńców doktora Stockmanna, co wrogów burmistrza. I o ile przedstawiciele tej grupy, czyli dziennikarze lokalnej gazety: Morten Kill (Zbigniew Ruciński) i redaktor Hovstad (Michał Majnicz) oraz przedstawiciel wspólnoty właścicieli domków dla kuracjuszy, a przy okazji miejscowy drukarz – pan Aslaksen (Zbigniew Kosowski) nie są świadomi konsekwencji z ujawnienia danych z badań doktora, jak najszybciej chcą ich ujawnienia i co się z tym wiąże, kompromitacji burmistrza i… skandalu, co przyczyni się do większej sprzedaży prasy. Ich pogląd zmienia się diametralnie, po rozmowie z Peterem Stockmannem, który uświadamia ich o wynikającym z oświadczenia odpływowi kuracjuszy oraz kosztowny remont wodociągu, co spowoduje absolutną budżetową klęskę.

A lud jak chorągiew… a lud, czyli my – publiczność, która za sprawą genialnej reżyserii Jana Klaty i dramaturgii Michała Buszewicza może się w lustrze sceny przejrzeć, jak w szklanym. Czy widok w nim nas zdziwi, zażenuje… ? W którym miejscu tej polityczno – ludowej machiny się odnajdziemy?

A może pomocnym w tej kwestii okaże się monolog doktora Tomasa, który przeradza się w rozmowę Juliusza Chrząstkowskiego z publicznością? W rozmowę o problemach i konfliktach aktualnie rażących, o doczesnych prawdach domagających się buntu – o gejach, o Żydach, o tych na u, czyli uchodźcach i mowie nienawiści, o smogu, partii rządzącej i ich ,,dobrym” zmianach, ,,dobrych” decyzjach tyczących się, m. in. wycinki drzew i równie kulturalnie katastrofalnej w skutkach wycince teatrów: Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Polski w Bydgoszczy, czy wreszcie Teatr Stary w Krakowie. Pojawia się tu nawet żart, że ryzykownie mieć w nazwie teatru przyimek polski (ja Wroga ludu oglądałam w Teatrze Polskim w Poznaniu podczas X Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi), choć to raczej humor z grupy tych posępnych, gdzie śmiech pojawia się, ale tylko przez łzy. Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną, ,,wymiatanie teatrów”, jak nazwał i zademonstrował politykę kulturalną w Polsce, Chrząstkowski, sprawia że jego monolog robi piorunujące wrażenie, jest przerażająco, mam wrażenie intymny, piekielnie smutny i oddaje szok i bezradność.

Wróg ludu Jana Klaty, to teatr fantastyczny, genialny, mądry i zaskakująco przy ilości obecnej ekstrawagancji, klarowny i przejrzysty. Pełen charakterystycznej teatrowi Klaty widowiskowości i popkulturowych odniesień. Głośny, kolorowy, ekscentryczny, zachwyca i przeraża jednocześnie swoją aktualnością. Jestem również pod ogromnych wrażeniem zespołu aktorskiego, który poprowadził ten spektakl pierwszorzędnie. Ogromne brawa dla wspomnianego już Juliusza Chrząstkowskiego, Radosława Krzyżowskiego, dla tajemniczej i fascynującej Małgorzaty Zawadzkiej w roli Pani Stockmann – żony Tomasa oraz intrygującej Moniki Frajczyk w roli Petry – córki doktora.

Z teatru wyszłam absolutnie zachwycona i totalnie, wewnętrznie poturbowana. Zachwycona spektaklem, jego formą, kolorem, dźwiękiem i sprytem reżyserskim, a emocjonalnie poobijana jego aktualnością. I to aktualnością niespodziewaną i świeżą – bowiem Wróg ludu został zagrany w Poznaniu zaledwie kilka dni po konkursie na nowego dyrektora Teatru Starego w Krakowie, który ku zdziwieniu wszystkich wygrał Marek Mikos, a dyrektorem artystycznym został Michał Gieleta. Nie jest to miejsce, aby rozpisywać się w nim o absurdalności tej decyzji, kompetencjach nowej dyrekcji, czy zasadności prowadzenia takiej polityki kulturalnej. Jednak wszystko to, jak i wygłoszone na koniec Oświadczenie zespołu artystycznego Teatru Starego w Krakowie sprawiło, że wróciłam do domu osłupiała, nie mogąc pozbierać się jeszcze długo…

Dziękuję, jest mi przykro, jestem zła i wolałabym, żeby to Oświadczenie nie musiało zostać nigdy odczytane.

fot. Magda Hueckel

 

Wszystko o mojej matce

Wszystko o mojej matce, czyli rzecz na pięć aktorek i dwóch twórców.

Spektakl z repertuaru Teatru Łaźnia Nowa z Krakowa swój tytuł zaczerpnął z filmu Pedro Almodovara. Jednak kto jeszcze nie widział krakowskiej realizacji, niech nie spodziewa się inscenizacji hiszpańskiego filmu, choć kreacje aktorek, rzecz dziejąca się wśród kobiet i o kobietach, może go przypominać. Wszystko o matkach Michała Borczucha i Krzysztofa Zarzeckiego, to tak naprawdę niewiele, bo wspomnienia poturbowane przez upływ czasu, tracą klarowność, szczegółowość i objętość.

Spektakl został podzielony na dwie wyraźne części, które łączy fakt przedwczesnej śmierci matki Borczucha i Zarzeckiego. Obie osierocają swoich synów, obie umierają na raka.

Pierwsza część zostaje poświęcona pani Krystynie Borczuch, która umiera, kiedy jej syn jest jeszcze w wieku przedszkolnym. Choroba i śmierć matki majaczy mu mglistym wspomnieniem zahaczonym o wybuch elektrowni w Czarnobylu. Wie, że nastąpił wtedy, kiedy jego matka była chora, jego matka była chora kiedy nastąpił. Na scenie znajduje się pięć świetnych w swych rolach aktorek (Dominika Biernat, Iwona Budner, Monika Niemczyk, Marta Ojrzyńska, Halina Rasiakówna), rozpoczynających właśnie kolejny dzień pracy w fabryce perfum Miraculum. Słychać strzępy rozmów, wsłuchujemy się w nie uważnie, szukając jakiegoś patosu, może trochę zadumy, jakiegoś westchnienia… ale go nie ma, został zastąpiony nutką czarnego humoru i ironii. Te strzępy, to zwykłe rozmowy dnia codziennego o nowych butach, o książkach dla dzieci, o mężach. Na scenę, na moment wchodzi Borczuch, prosi jedną z aktorek, by go teraz zagrała. Trudne to zadanie dla aktora, który poza faktem czarnobylskiego wybuchu i choroby nowotworowej matki, nie posiada żadnych podpowiedzi.

Druga część, to memoriał Zofii Zarzeckiej, matki Krzysztofa, który pisał akurat maturę z biologii, gdy umarła jego matka. Zgromadził on zapewne więcej wspomnień od Borczucha, w końcu był nastolatkiem, kiedy jego matka odchodziła, a i tak klisze przeszłości pozostają przydymione. Czy to intencjonalnie, czy nie, nieważne.

Scena rozpoczyna się grzybobraniem i próbą zagrania przez pięć aktorek – matek, spacerującej po lesie kochającej zbierać grzyby, Zofii Zarzeckiej. Aktorki balansują pomiędzy rolą, a prywatą, buntując się przeciwko brakowi wskazówek i inspiracji jak grać. Chcą poznać Zofię, chcą wiedzieć więcej na temat jej relacji z synem, chcą wyjaśnień, wspomnień, opisów, których nie otrzymują. Obecny na scenie Zarzecki, który odgrywa rolę reżysera osiąga kolejne poziomy frustracji i niezadowolenia z przebiegu próby. Grzybobranie nie wygląda tak, jakby tego oczekiwał.

W akcie desperacji prosi by inspicjentka odczytała jego monolog, by ostatecznie wyjść z nią ze sceny, aby odwiedzić grób swojej matki. Może tam, pamięć jest bardziej namacalna niż w teatrze? Może teatr to niewystarczające medium by ujarzmić nieuchwytność wspomnień i zawodną pamięć?

To był świetnie skomponowany i wymyślony spektakl, który rozmył się gdzieś po drodze… z ilości słów, z ilości matek. Żałuję mocno, że twórcy nie pozwolili wybrzmieć matce Borczucha.

Padło wiele słów, nawet słowa z Ameryki – ciężarnej Marty Ojrzyńskiej, która chcąc być częścią projektu, ma nadzieje urodzić przed premierą. Jedno życie się kończy, drugie zaczyna, po wszystkich zostaną wspomnienia. Tylko czy te wiele słów trafia do wszystkich? Czy te wiele słów zatrzymuje wielu? Pewnie każdy szedł na ten spektakl z innym nastawieniem, niektórzy pewnie też z podobnymi historiami, chcąc utożsamienia. Dla mnie była to próba uchwycenia niezmaterializowanej więzi dziecka z matką, jej wagi i wartości, a także defektów ludzkiej pamięci. Bez ckliwości, żalu i tęsknoty, czego gratuluję bo ta swoista teatroterapia musiała być dla twórców niezwykle… zajmująca, by nie powiedzieć bolesna. Dlatego też niezmiernie trudno jest jakkolwiek oceniać ten pamięciowy pomnik poświęcony matkom przedwcześnie osieroconych synów.

fot. Klaudyna Schubert