Portret Trumienny

Portret trumienny Kuby Wojtaszczyka, najnowszy spektakl Michała Kmiecika, który swoją premierę miał w Teatrze Polskim w Poznaniu podczas tegorocznego Malta Festiwal, wolałabym opisywać chyba w kontekście etiudy teatralnej niżeli spektaklu. Niestety, bo wtedy może mogłabym powiedzieć, że nie było najgorzej. Ale to spektakl… i nie było dobrze, żeby nie powiedzieć, że było bardzo źle.

Portret trumienny to debiutancka książka Wojtaszczyka, gdzie młody kurator sztuki, gej, Aleks Krzyszowski przyjeżdża do swojego domu rodzinnego na siedemdziesiąte urodziny matki. Wtedy to, przy jednym stole spotykają się wszyscy członkowie rodziny, genealogicznie sobie najbliżsi i jednocześnie kompletnie obcy. To pokrewieństwo i biologiczna bliskość, społeczny obowiązek spędzania czasu w tym gronie wywołuje w głównym bohaterze frustrację i agresję, co początkowo jest zabawne, ale tylko dopóki, dopóty nie zacznie przerażać. Polska klasy B, gdzie rządzi przewidywalność, rasizm i nacjonalizm, gdzie dobre jest tylko to, co znane, bo bezpieczne i oswojone. Adaptacja sceniczna tej atmosfery niestety nie oddaje, a barwne i zapadające w pamięć postaci z książki, w spektaklu zwyczajnie się rozmywają.

O matce Jadwidze (Barbara Krasińska), o której prócz tego, że ubrana w znoszony pulower do kolan, ze stopami skierowanymi do środka, nie wiemy wiele więcej. Po scenie z kryształową popielnicą, której miejsce jest na półce, a nie w ręku palacza, możemy się domyślać, że to matka polka poświęcająca bezrefleksyjnie całe swoje życie dzieciom i mężowi. Ale czy wiemy o niej coś więcej z adaptacji Kmiecika? Nie! Podobnie jak nie wiemy wiele więcej o pozostałych postaciach, które przedstawione są powierzchownie, bez namysłu, płytko, są po prostu nie zbudowane.

Ojciec (Wojciech Kalwat) siedzący w fotelu z demencją starczą i głuchotą, brat Wiesław (Przemysław Chojęta) – mężczyzna w średnim wieku, sfrustrowany i zawistny, o małomiasteczkowej mentalności. Krystyna (Barbara Prokopowicz/Monika Roszko) – jego żona, katechetka, fanatyczna katoliczka. I ich czwórka dzieci.

Bohaterów poznajemy za pomocą żenująco prostych i zawstydzających dosłownością, środków. Krystyna w czerwonej pelerynie z Jezusem na plecach, w ręku krzyż, w drugiej książeczka do modlitwy. Wiesław z brzuszkiem i pasem do wychowywania dzieci. Latorośle w postaci bliźniaków (Jakub Papuga, Paweł Siwiak) – oczywiste skąd wiemy że to bliźniaki, sześcioletni chłopiec (Mariusz Adamski), według Aleksa, z predyspozycjami do homoseksualizmu i najstarsza córka Paulinka (Monika Roszko) na wzór i podobieństwo matki.

A! I jeszcze siostra Sabinka (Barbara Prokopowicz) – rozkrzyczana i przerysowanie otwarta, radosna doktor filmoznawstwa, ironicznie nazwana Warszawką i jej mąż Jerzy (Paweł Siwiak) – artysta rzeźbiarz.

Aleks (Piotr Nerlewski) projektuje przed nami role swojej rodziny, przedstawia ich wedle swojej nienawiści oraz zgorszenia ich sposobem spędzania swojego życia. Ostatecznie Aleksander projektuje też zabójstwo każdego z nich, które wygląda tak, że aktorzy markują wbicie noża w pierś, zawał serca, skręcenie karku, itp., co wypada mocno tandetnie. Bardziej żenująca była jeszcze tylko scena korespondująca na zatrważająco niskim i dosłownym poziomie z Kevinem McCalisterem, (który został pewnej zimy sam w domu i boi się zejść do piwnicy z powodu piekielnego pieca) z dymiącą i gadającą kuchenką gazową, która wyzywa Aleksa od pedałów. To taka retrospekcja dziecięcych strachów i braku akceptacji, która uruchamia się w miejscowej cukierni, kiedy przy okazji odbioru urodzinowego tortu Aleks spotyka tam dręczyciela ze szkolnego boiska.

Sam Aleks, to w 40 – minutowym spektaklu Kmiecika nadęty, zmanierowany, niezadowolony z niczego oprócz siebie, o maksymalnie wysokim mniemaniu o sobie, tendencyjny, młody artysta – gej.

Na koniec tylko tyle, że tekst Wojtaszczyka został w tej realizacji totalnie wykastrowany. Szkoda słów… dawno nie wyszłam z teatru tak zszokowana.

Przykro mi, Kuba…

 

fot. Magda Hueckel

Malowany Ptak

Malowany Ptak, czyli spektakl pod hasłem pamięci.

By oczekiwać tej realizacji z niecierpliwością i głodem widza, wystarczy tak naprawdę kilka komponentów.

Pierwszy to postać Jerzego Kosińskiego, na podstawie prozy którego powstał spektakl. A to dlatego, że Kosiński to polski pisarz żydowskiego pochodzenia, tworzący w Stanach Zjednoczonych, którego życiorys pełen jest mistyfikacji i kontrowersji. Rozpoczynając od oskarżenia o plagiaty, poprzez przekłamanie w kreowaniu i reżyserowaniu swojej biografii, po samobójczą śmierć. Malowany Ptak zaś, to proza która dała autorowi światową sławę. Stanowi ona wspomnienia żydowskiego chłopca z czasów wojny. Książka zawierająca naturalistyczne opisy scen gwałtu, kazirodztwa, zoofilii, jednym słowem niezwykłą brutalność, wynaturzenie i… polski antysemityzm. I to hasło, to słowo klucz! Bo Malowany Ptak to pierwsze w literaturze oskarżenie Polaków o okrucieństwo wobec Żydów. I to powód drugi.

Reżyserką spektaklu jest Maja Kleczewska (to nazwisko to komponent numer trzy), która wraz z dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim stworzyła spektakl, w którym nie skupiają się na dementowaniu czytelniczych domysłów dotyczących autobiograficznego charakteru książki, nie robią też przedstawienia o samym Kosińskim. Jego książka daje im jedynie pretekst do rozpoczęcia dyskusji o antysemityzmie Polaków. Najmniej istotnym wydaje się tu być prawda, czy też fantazja Kosińskiego w retrospekcji. Przynajmniej ja odbieram to w ten sposób. A czy udział w tej dyskusji mnie satysfakcjonuje, to już zupełnie inna kwestia.

Ale czy te elementy składają się sceniczny sukces? Czy pozwalają na przeżycie Malowanego Ptaka i na oswojenie wspomnień i wiedzy? Niekoniecznie… najwyraźniej coś tu zawiodło. I wydaje mi się, że tym czymś mogło być po prostu zbyt wybiórcze potraktowanie wspomnianej pamięci i zbyt uproszczone rozprawienie się z kliszami postaw, wśród których nie ma reprezentanta, którego chciałabym usłyszeć. Są polscy antysemici, są ukrywający się, uciekający, umierający i tracący wszystko Żydzi. Nie słychać głosu Polaków, którzy z nienawiścią do Żydów nie mają nic wspólnego. Ciszę słychać ze strony Żydów, którzy w Polakach widzą nie tylko wrogi im naród. A szkoda…

Spektakl powstał przy współpracy Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie i dla mnie stanowi swego rodzaju, izbę pamięci.

Za sprawą Kosińskiego i jego/nie jego wspomnień.

Poprzez temat polskiego antysemityzmu podczas Drugiej Wojny Światowej, co stanowi materię niezwykle niewygodną i uwierającą pamięć. Pamięć do której odnosi się także apel napisany przez Jerzego Walczaka (aktora Teatru Żydowskiego, grającego w spektaklu dorosłego Kosińskiego), wręczony każdemu z widzów przed wejściem na widownię, który zawiera prośbę o pamięć żydowskich zamordowanych, prośbę o akceptację „(…) przeszłości i pamięć o niej [bo tylko one] dadzą nam możliwość swobodnego, pełnego oddechu.”

Trzecią składową i wypełnieniem teatralnej izby pamięci jest scenografia pochodząca z sali prób Teatru Żydowskiego, gdzie Kleczewska przed dwoma laty reżyserowała Dybuka. Teatr utracił swoją siedzibę przed premierą, dlatego ta scenografia to kolejnych swoisty pamięciowy ślad. Początkowo istniał nawet pomysł, aby spektakl odbył swoją premierę w budynku synagogi poznańskiej, zmienionej w czasie wojny na basen dla żołnierzy Wehrmachtu. To by dopiero było dopełnienie! Jednak Gmina Żydowska nie wyraziła na to zgody.

Ostatecznie w Malarni Teatru Polskiego rozpoczął się panel dyskusyjny o charakterze mocno publicystycznym, w którym aktorzy przytaczali wypowiedzi, m.in.: Jana Karskiego, Jana Tomasza Grossa, Jan Żaryn, czy Joanna Krakowska. Od początku wiadomo, że uczestnicy debaty zupełnie nie słuchają siebie nawzajem, nie odnoszą się rzeczowo do napotkanych argumentów. Nie trudno się zorientować, że rozmowa jako taka, a już na pewno porozumienie nie jest celem tego spotkania. Zadaniem jest wyartykułowanie i zademonstrowanie przygotowanych danych. Spór, jak i wzajemne przekrzykiwanie, w z którego nic nie wynika traci nasze skupienie i rozmywa się. Rozmywa się nasza uwaga i rozmywają się – dosłownie – aktorzy, wciskający się i wijący na fotelach. Debata kończy się bez konsensusu, nie zostaje rzecz jasna ustalone, czyja prawda jest istotniejsza. Przechodzimy na dużą scenę.

Wśród przebijających ciemność smugach światła słychać komunikat, o tym, gdzie się znajdujemy – we wspomnianej przestrzeni utraconej – w sali prób Teatru Żydowskiego. Na scenie absolutnie hipnotyzujący, niesamowity, budujący przedstawienie i nieustępliwie skupiający uwagę, przy skromnej pod względem tekstu, roli – Jerzy Walczak w roli dorosłego Kosińskiego, który otwiera kolejne karty swoich wspomnień z dzieciństwa oraz nieco szalona badaczka (w tej roli świetna Teresa Kwiatkowska), która te informacje dementuje, prostuje, tłumaczy. Postać irytująca, perorująca, jest wprost wzorowana na Joannie Siedleckiej – autorce Czarnego Ptasiora, która to książka jest demistyfikacją wojennej biografii Kosińskiego. Siedlecka po swojej reporterskiej wyprawie do wsi z Malowanego Ptaka, po rozmowach z wieloma świadkami, udowadnia że zawartość tejże książki to bzdura i utrata człowieczeństwa przez autora, który w obrzydliwy sposób kłamie na temat swoich wybawców i generalnie Polaków. Postać Siedleckiej w spektaklu trochę przypomina rolę Elfride Jelinek w Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci Eweliny Marciniak. Obie niejako podają w œatpliwość pewne wyobrażenie i nieprawdę. Jednak o ile Jelinek pozwala nam na samodzielne dokonanie oceny, Siedlecka jest mocno w swych twierdzeniach przekonana i zamknięta, po prostu wie. A co my, widzowie z tej wiedzy mamy? No mamy obrazy – retrospektywy ze wsi, po których rzekomo błąkał się mały Jurek. Retrospektywy, jako wizje, ilustracje z książki wyświetlające się na plecach sceny. Stanowi to bardzo ciekawe z perspektywy spektaklu, rozwiązanie sceniczne bo w ekranach, które są lustrami, kiedy nie jest na nich nic wyświetlane, można zobaczyć siebie – siebie jako milczących świadków i uczestników wydarzeń. Gdzie milczenie ma w tej sytuacji znaczenie wymierne. Ale czy z dowodzenia badaczki wynika dla odbiorcy coś jeszcze? Wypowiedzi tej postaci są niezwykle autorytarne, ma się wrażenie, że nie ma tu przestrzeni na zastanowienie. Siedlecka motywuje, interpretuje i tłumaczy dla nas każdą niemal wypowiedź postaci. Jest bardzo irytującą narratorką jedynej słusznej prawdy o. Przy wtórze jej trajkotania, przechodzimy równolegle przez kolejne sceny – linczu polskich kobiet na głupiej Ludmile (Joanna Drozda), przez scenę gwałtu na młodej Żydówce, co oddaje taneczne solo Kai Kołodziejczyk, która jest odpowiedzialna również za całą choreografią do spektaklu.

Malowany Ptak, to dla mnie spektakl sygnowany pamięcią. O pamięci, która często stanowi mrok, a wyjście z niego oznacza konfrontację z własnymi lękami. Zdaje się jakby Kleczewska chciała te lęki i tę pamięć oswoić. Stworzyła obraz piękny, ale czuję że niepełny. Ten niedosyt związany jest z tym, że nie odbieram sceny personalnie, że nie mam punktu odniesienia. Tak po prostu. Jestem oczywiście pod teatralnym wrażeniem zespołu aktorskiego, tego w jaki sposób reżyserka scaliła dwie obsady w jedną, przepięknej reżyserii światła Wojciecha Pusia i muzyki Cezarego Duchnowskiego granej na żywo przez Orkiestrę Antraktową Teatru Polskiego, ale czegoś mi zabrakło.

I tym czymś jest chyba wielowymiarowość w podejściu do pamięci i rozprawy z pamięciowymi, utartymi i bardzo w tym przypadku uproszczonymi stereotypami. Nie przeżyłam Malowanego Ptaka, nie rozprawiłam się z szablonowością, niczego niestety nie oswoiłam.

fot. Magda Hueckel

 

Krakowiacy i Górale

Trochę to jednak przerażające, trochę przytłaczające, że dość archaiczne już wątki z Krakowiaków i Górali są nadal aktualne… a dlaczego tak jest? A no dlatego, że społeczeństwo polskie było, jest podzielone. Było wtedy, czyli w 1794 roku, kiedy pierwszy raz Krakowiacy i Górale zostali wystawieni, było rok temu, kiedy to spektakl ten premierę swoją miał w Teatrze Polskim w Poznaniu i jest teraz, kiedy wrócił do repertuaru.

We wspomnianym już 1794 roku temat był aktualny, i o rozbracie Polaków traktował poprzez walkę bratobójczą. Aspekt niezwykle istotny stanowiło tu tło historyczne, które pozwala rozszyfrować aluzyjne wątki umieszczone w wodewilu. Był to czas bardzo napięty politycznie bo przeddzień trzeciego rozbioru i zrywu kościuszkowskiego. Chłopi chwycili wtedy za kosy i tu unaocznia się kolejny znaczący wymiar opery, mianowicie, od tej pory nikt już chłopów nie mógł pominąć. W walce o poprawę sytuacji ekonomicznej i gospodarczej osiągają jeszcze jeden ważny cel.

Rok temu spektakl był aktualny bo premiera odbywa się niedługo po wybuchu konfliktu zbrojnego na Ukrainie, kilka miesięcy po wyborach prezydenckich i parlamentarnych w Polsce. Kolejny raz przestrzeń zewnętrznych wydarzeń okazuje się ważna.

I nieprzedawniony pozostaje nadal bo wydaje się, że protestująca dziś Polska podzielona jest politycznie, wyznaniowo, ideologicznie, jak dawno już nie była.

Dyrektor artystyczny Teatru Polskiego Maciej Nowak, trafił z aktualnością i przesłaniem sztuki w stu procentach. A warto też nadmienić, że był to pierwszy spektakl wystawiony w Polskim po objęciu przez niego tego stanowiska.

Aktualność, to chyba niestety największa wartość spektaklu w reżyserii jednego z najmłodszych polskich reżyserów, Michała Kmiecika.

Największa i niestety bo im dalej w las tym więcej pytań o zasadność i co raz to więcej wątpliwości, czy trzeba było aż tak.

Spektakl powstał na podstawie pierwszej opery narodowej z muzyką Jana Stefaniego do libretta Wojciecha Bogusławskiego. Tekst został w formie niezmienionej, soczysty, dynamiczny i melodyjny. Muzyka natomiast o ile przed trzema wiekami była połączeniem stylu klasycznego z polską muzyką ludową, tak tutaj Mateusz Gooral Górny łączy tę ludową z motywami współczesnymi. I robi to co najmniej świetnie!

I tak podczas wesela Pawła (Piotr Dąbrowski) i Zosi (Barbara Prokopowicz), obok krakowiaka mamy zremiksowaną wersję utworu Love will tear us apart zespołu Joy Division, a aktorzy miast tańczyć w podskokach, ruszają się, bądź raczej próbują (mówiąc o Pani Prokopowicz dość nieudanie udającą senną) poruszać się jak wokalista zespołu Ian Curtis w trakcie ataku epilepsji. Doświadczamy tu czegoś w rodzaju popowej – punk – opery.

Spektakl ten powstał mam wrażenie na fali obecnego od kilku lat w polskim teatrze trendu, osadzania znanych, starych tematów w aktualnym anturażu, eklektyzmu, przepychu w scenografii i formie, i o ile niektórym ten patchwork się udaje i zachwyca, tak nierzadko mamy wrażenie przerostu formy nad treścią.

I tak w mojej opinii stało się w tym przypadku. Zacznijmy zatem od początku.

Na scenie, jeszcze przed podniesieniem kurtyny pojawia się Marianna (Ewa Szumska) w charakteryzacji do złudzenia przypominająca kobietę z obrazu Eugene Delacroix Wolność wiodąca lud na barykady, z odsłoniętą piersią, w ręku zamiast flagi trzymająca kij. Kurtyna podnosi się, a widowni ukazuje wielka palma, ruchome rampy, jakby prosto ze skateparku (zastanawiałam się, czy aktorzy wjadą na scenę na łyżworolkach, czy jednak na bmx-ach) i koło młyńskie. Palma została zniszczona, przewrócona już w pierwszej scenie, jako symbol upadku? Tylko czego? Tej z ronda de Gaulle’a – Warszawy? egzotyki, obcego niepasującego do hermetycznej społeczności wiejskiej? Nie wiem. Palma zniszczona, następnie w kolejnych scenach rekonstruowana, wykorzystana jako osłona, kryjówka, służąca siedzeniu.

A aktorzy na niczym nie wjechali, weszli. To byli Krakowiacy – hipsterzy, w wełnianych czapkach i z elementami folkowymi pozwalającymi ich rozpoznać. Tańcząc, przywołujący klatkę filmową z  imprezy w alternatywnym klubie.

A potem weszli Górale – kibole. Ubrani niemal równo, ale nie w barwy klubu, a w połyskujące cekinami marynarki. To bardzo dosłowne przeniesienie, aktualne bo to chyba obecnie dwie bardzo się różniące i nierozumiejące wzajemnie grupy społeczne. Przeniesienie dosłowne, ale raczej nietrafione. Otóż gdyby się nad tym głębiej zastanowić to i Krakowiacy i Górale hołubią jednak te same idee i wyznają podobne wartości, jak monogamia, heteroseksualność, pożycie małżeńskie… tylko pytanie, czy koniec końców hipsterzy i kibole, Krakowiacy i Górale spotkali by się po jednej stronie barierki (jak ma to miejsce w ostatniej scenie) w walce za… w imię…? tylko czego? Polski? Czy manifestacji, tylko przeciwko komu?

Za dużo tych pytań, za mało odpowiedzi.

I o ile ważki i komiczny konflikt dwu grup w operze Bogusławskiego miał wydźwięk propagandowy i aluzyjny, o tyle w spektaklu Kmiecika te wartości i odniesienia totalnie się rozmazały. Bo i hipsterzy i chuligani wyznawali zbieżne wartości, co rzeczywiście się jednak nie wydarza.

Ale idźmy dalej. Na scenie pojawia się Młynarzowa (Teresa Kwiatkowska), dojrzała kobieta, żona o wiele starszego od siebie Bartłomieja (Wacław Zanowicz) podkochująca się bez wzajemności w absztyfikancie swojej córki – Stachu (Mariusz Adamski), postać całkowicie komiczna… ale czy komiczną powinna być? Na tle wojny bratobójczej nieustępujący komizm tej postaci wywołał wrażenie dość absurdalne.

I na koniec postać Studenta (Jakub Papuga), która jako autorytet intelektualny, człowiek światły i wykształcony zjawia się, próbując rozwiązać problemy wyrosłe z konfliktu miłosnego. Następnie za pomocą swojego thereminu, czyli instrumentu, który przez zakłócenie pola dźwiękowego ludzkim ciałem wytwarza odgłosy przypominającym wycie, jęk, pisk, wprawia walczące ze sobą kartonowymi czołgami na ramionach, a potem tekturowymi rurami, grupy w stan hipnozy, slow motion. O ile postać Studenta, jego kreacji, wykorzystania thereminu była zrozumiała, to walka tekturową bronią przybrała wydźwięk dość groteskowy i infantylny, zwyczajnie żenujący.

Osobliwy to spektakl trzeba przyznać, gdzie mniej nie znaczy więcej, gdzie nie stawia się jasnych pytań i nie daje odpowiedzi, gdzie forma przerasta treść, a ważny z historycznego punktu widzenia temat, rozgrywa się co prawda słowami wodewilu, ale jakoś tak to wszystko nie brzmi ani przekonująco, ani zrozumiale.

Za co walczą dzisiejsi Krakowiacy i Górale? Co chcą osiągnąć zjednoczeni, machając biało – czerwonymi flagami, wznosząc okrzyki, skandując niewypowiedziane hasła, wymachując pięściami? Po co przewracają wspólnymi siłami metalowe barierki do kontroli tłumu? Może jednoczą się w obronie demokracji… biegną w stronę wolności…

Oby!

fot. Piotr Bedliński