Najgorszy człowiek na świecie

Tabu alkoholizmu wśród kobiet, centrum leczenia uzależnień, jednostkowy i społeczny wymiar alkoholizmu, życie przed piciem, w jego trakcie i podjęcie próby utrzymywania się w codzienności bez alkoholu. Wszystko to w spektaklu z repertuaru Teatru Bogusławskiego w Kaliszu, Najgorszy człowiek na świecie, w reżyserii Anny Smolar.

Spektakl powstał na podstawie autobiograficznej książki Małgorzaty Halber o tym samym tytule, gdzie dziennikarka muzyczna, bez kaznodziejskiego i strofującego tonu abstynenta, opowiada o swojej chorobie alkoholowej, leczeniu i podjęciu wyzwania życia w trzeźwości.

Bez nadęcia i kazania przebiega też spektakl, który rozpoczyna się wejściem na scenę przypominającą studio telewizyjne, niepokojące natłokiem kolorów, pasów i miękkich materiałów oraz delirycznego zniekształcenia gaderobianego lustra, pięciu osób. Są to Natasza (Natasza Aleksandrowitch), jej Charakteryzatorka (Izabela Beń), Matka (Izabela Wierzbicka), Asystent (Dawid Lipiński) i Chłopak (Marcin Trzęsowski). Wydaje nam się, że oglądamy właśnie scenę z życia Nataszy – gwiazdy telewizyjnej, przygotowującej się do występu. Jesteśmy świadkami jej dyrektywnego i lekceważącego podejścia do otoczenia oraz  totalnej potulności współpracowników i bliskich.

Zaraz potem, gotowa już do występu Natasza, w czarnej skórzanej kurtce i spodniach z dziurami wchodzi na scenę. Wykorzystany tu mikrofon na statywie i dymiarka będą jej towarzyszyć już do końca spektaklu – wszak przecież jest gwiazdą… W chmurze dymu i na tle wymownej muzyki, z teatralną przesadą, Natasza deklamuje swoją historię picia. Całość daje dość ironiczny, komicznie przejaskrawiony efekt, dzięki czemu udało się uniknąć często obecnego w spektaklach, czy innych projektach artystycznych dotyczących alkoholizmu, moralizującej nuty. Czarny humor, również zostaje z nami do końca, nie ujmując niczym powadze i wadze problemu – brawo!

Zaraz potem, towarzyszące Nataszy osoby wchodzą w role (jakże dobrze nam wszystkim znane) namawiających do picia, ośmieszających odmawiającego, usprawiedliwiających niepicie i urwany film. Wszystko to poprzez wypowiadane jak mantrę, bo pewnie słyszane przez nich niejednokrotnie, hasła.

Wydaje nam się, że życie Nataszy, to życie Halber, że właśnie do niego zajrzeliśmy. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że scena za nami, to psychodrama – część terapii uzależnień, której poddała się bohaterka, że Charakteryzatorka to w rzeczywistości terapeutka – Iza, chłopak, to sfrustrowany, w kryzysie wieku średniego, nauczyciel – Marcin, matka, to ekspedientka, zaniedbująca dzieci pijąca razem z mężem – Iza, a Asystent, to młody grafik, korporacyjny wyjadacz – Dawid.

Drama się kończy, uczestniczy terapii grupowej wracają do kręgu. Opowiadają swoje historie, próbują się uzewnętrzniać, nazywać towarzyszące im emocje, itd. choć to nie proste zadanie. Terapeutka zachęca ich, jak i widownię, która jest częścią kręgu, do znalezienia ról społecznych, w które na co dzień wchodzimy. Iza zachęca do aktywności, pacjenci i widownia podają hasła. Wszak słuchając zwierzeń czwórki bohaterów i zajmując miejsca w kręgu AA, nasuwa się krępująca wątpliwość, czy w naszym stylu picia nie ma niepokojących sygnałów problemu… A na dodatek i jak na złość, aktorzy posługują się swoimi prawdziwymi imionami.

Jak do tej pory, spektakl przypominający patchwork wspomnień, scen i leczenia przebiega zajmująco, angażujemy się w tę świetnie przeprowadzoną, zagraną i skonstruowaną strukturę, przebiegającą bez niepotrzebnej eskalacji, wielkich emocji, patosu. Jak do tej pory… bo docierając do końca spektaklu, w głowie huczała myśl, że mógł się skończyć w tej chwili! Co prawda bez osiągnięcia jakigokolwiek katharsis, ale uniknęlibyśmy dzięki temu rozczarowującego upadku spektaklu, po którym nie udało się go już odbudować na nowo.

Otóż zaintrygowani i przejęci rozkręcającą się właśnie narracją, dowiadujemy się, że teraputka Izabela jest aktorką Izabelą [sic!] i już nie wie co ma dalej grać. Aktorzy raz na zawsze wychodzą ze swoich fantastycznie prowadzonych ról, przyznają że nikt z nich nie jest alkoholikiem i że wszyscy spędzili godziny na mityngach AA, terapiach grupowych i markowanych terapiach indywidualnych, aby właściwie przygotować się do spektaklu. Bez sensu to wszystko i niepotrzebnie…

Rodzi się jeszcze nieśmiała próba powstania z martwych, w scenie, kiedy Natasza ilustruje gestem przytaczany przez terapeutkę opis schematu przebiegu uzależnienia, na  przykładzie hazardu, czy też zabawna i ujmująca ostatnia scena – bawiących się na trzeźwo aktorów (bo przecież można, prawda?), ale to raczej uśmiech tęsknoty za utraconym, bo zawód pozostaje. Niestety, bo mogło być fantastycznie do końca…

fot. Bartek Warzecha

Piłkarze

Tu musi być jakiś dramat, konflikt, napięcie. Tu musi być jakiś bohater. To na pewno będzie jakaś opowieść o człowieku. Tymi słowami beznamiętny głos narratora z offu (Dobromir Dymecki) rozpoczyna spektakl. I rzeczywiście, była to jakaś opowieść o człowieku, był tu jakiś bohater, konflikt, napięcie. I był to przede wszystkim i zdecydowanie świetny spektakl, z repertuaru TR w Warszawie!

Bohaterem jest dwójka młodych, pozbawionych przez reżyserkę głosu, młodych mężczyzn. Dwoje piłkarzy, za których, do których i o których mówi, analizuje i relacjonuje głos zza kulis. Tak jakby mózgi piłkarzy skoncentrowane na formie pozbawione były umiejętności samookreślania, albo w celu redukcji niepotrzebnych dystraktorów, jakimi jest, między innymi myślenie, chciano zoptymalizować ich sportową wydolność. To jeden z, i moim zdaniem najważniejszy z wspomnianych przez narratora dramatów i konfliktów – traktowanie piłkarza, czy jakiegokolwiek innego wyczynowca, jako obiektu ekonomicznego, jak maszynki do strzelania goli, wygranej, i wreszcie – zarabiania pieniędzy. To pewien rodzaj miękkiego ubezwłasnowolnienia, pt. ty się nic nie martw, my to wszystko załatwimy, ty po prostu trenuj i strzelaj te gole!

To też historia rozbierająca sportowców z fasady seksualnego tabu oraz obalenie medialnych mitów piłkarskiej doskonałości. Wszak piłkarz to nie gej! Piłkarz to mężczyzna! Bo gej nie ma czego szukać wśród samczej, a jednak erotycznie dwuznacznej, szczególnie w czasie zwycięstwa, czy w szatni, gawiedzi, prawda? A jeśli ma depresję – choć lejący się pot, jako autentyczność fizycznego wysiłku i istnienia, tego nie zdradza, całkowicie eliminuje go z gry, jest wart mniej niż piłkarz na emeryturze. Że nie wspominając o kontuzjach, kiedy już absolutnie żaden transfer do wyższej ligi nie jest możliwy, żaden klub takiego gracza nie kupi. Nikt nie chce tracić na złamanym dosłownie, czy w przenośni, zawodniku.

A wydawać by się mogło, że piłkarz jest człowiekiem… piłkarz to towar, to interes – intratny, albo nie, dlatego zakup trzeba dobrze przemyśleć bo reklamacji, ani zwrotów nie będzie. Twórcy spektaklu świetnie, bez ckliwości i definitywnie burzą topos doskonałego, męskiego piłkarza, rozwiewając wszelkie, będące solą w piłkarskim oku, tabu. Obnażają materialny, pozbawiający piłkarza osobowości i człowieczeństwa, aspekt.

Piłkarze, to mistrzowski mariaż teatru dokumentalnego, sportu i tańca. Choreografia wykonana przez Martę Ziółek balansuje na styku przekalkowanych wprost z murawy piłkarskich popisów, treningów, ćwiczeń i rytmu. Katorżniczego rytmu, odczuwanego razem z aktorami, którzy rzeczywiście mają za sobą przeszłość ligową. Kacper Wdowik grał bowiem w Odrze Opole, a czarnoskóry Wiktor Bagiński związany był przez kilka lat z Lechem Poznań. Nie brakuje więc wypowiadanych beznamiętnym głosem z offu rasistowskich, homofobicznych, nacjonalistycznych obelg, będących cudzysłowami z boiska. Pojawienie się na scenie prawdziwych sportowców, a nie aktorów, przybiera zatem dodatkowy sens – autentyczności. Obrani przez przenikliwego i wszechwiedzącego narratora z prywatności, z każdego rozstępu, tatuażu i zerwanego ścięgna, mężczyźni, stają się wiarygodnym źródłem wiedzy na temat ciemnych stron piłkarstwa, presji rynku i rywalizacji.

W trakcie spektaklu nie pada żaden gol, nie słychać gwizdów i wuwuzeli. Jest pot, jest  mordujący trening i przygotowanie do strzału, który nie pada – przynajmniej dosłownie. Pada bowiem grad emocji, frustracji, realiów, niemego buntu. Meandrując pomiędzy tym wszystkim, nie zapomnij, że to spocone ciało, ten medialny, seksualny, ekonomiczny obiekt, posiadacz piłkarskich parametrów i danych technicznych, wartości sportowej i rynkowej, to człowiek – nie zawsze zwycięzca.  

fot. Kasia Chmura

Jeden Gest

Nasz świat Głuchych jest mały.
Ale możemy walczyć o swoje prawa.
Głusi nie są gorsi od słyszących. Jesteśmy równi.
Mamy język, kulturę.
Dawniej my Głusi byliśmy uciskani przez słyszących.
Teraz są pewne zmiany na lepsze, ale za to jesteśmy podzieleni.
Róbmy tak, żeby świat Głuchych się zjednoczył.
Jestem Głuchy, moją pasją jest miganie,
Jestem dumny z kultury.
Każdy Głuchy jest inny, ale mamy coś wspólnego.
Zjednoczmy się, razem mamy siłę. Mamy siłę.

 

To słowa Hymnu Głuchych – Dawajcie razem! Z wykrzyknikiem na końcu. Zastanawiałeś się kiedyś jak wykrzyknienie ,,brzmi” w języku migowym? Bo biorąc pod uwagę, że nie może to być podniesienie głosu i odpowiednia intonacja, wykrzyknik przestaje być taki oczywisty. W podręczniku języka migowego znajdziesz kilka opisów, jak użyć wykrzyknika – zmarszcz brwi, wychyl się do przodu, otwórz szeroko oczy, rozchyl usta, przybierz wymowny grymas twarzy (cokolwiek to znaczy)… Okazuje się, że nie tylko używanie wykrzyknień nie jest dla Głuchych takie jednoznaczne, jak by się mogło wydawać słyszącym. Weźmy chociażby taki zakup biletu na pociąg, albo standardową wizytę u lekarza, czy zakupy – w codzienności obsługiwanej przez słyszących, dla Głuchych wiele spraw nie jest zwyczajnie naturalnych – do ich załatwienia potrzebują tłumacza, albo… bardzo dużo czasu i nadludzkiej cierpliwości, choć i to nie gwarantuje pomyślności w rozwiązaniu zagadnienia.

I trochę o tym właśnie jest Jeden gest. O świecie języka migowego, o codzienności jego narratorów. Podczas spektaklu, usłyszymy cztery różne historie, czterech różnych osób, które łączy jeden fakt – niesłyszenie. Aktorzy opowiedzą o swoich utrapieniach związanych z niedosłuchem, o tym w jaki sposób nauczyli się funkcjonować i komunikować w dwóch równoległych dla nich teraźniejszościach – wśród słyszących i głuchych. A całość nie jest ani łzawa ani sentymentalna! Jestem pod wrażeniem, jak reżyserowi – Wojtkowi Ziemilskiemu udało się poprowadzić tę piękną, miejscami zabawną opowieść, bez niepotrzebnej, często obecnej w teatrze dokumentalnym,  melodramatyczności.

Zwykle krygujemy się przed przyglądaniem się osobom niepełnosprawnym, osobom z dysfunkcjami, czy jakkolwiek różnym od nas. Boimy naruszyć się naszym gapiostwem niepisanej granicy intymności i taktu. Tu możemy patrzeć do woli! Na obrazy dosłownie malowane rękoma w powietrzu — bo najpierw widzimy tylko ręce aktorów wyrastające z kartonowych ścian, w których wywiercono dziury — jedną małą, przepuszczającą wzrok artystów i dwie duże, mieszczące ich ręce — takie podwójne, obopólne podglądanie. Bardzo zabawne momentami, zresztą! Gapiąc się tak do syta, odniosłam wrażenie, że dłonie aktorów tańczą, że wykonują jakąś ustaloną na próbach, lub improwizowaną choreografię… Fantastyczne było to performatywne wyrażenie języka migowego, nad którym nigdy wcześniej się nie zastanawiałam. Lekkie, obrazowe i unikalne. Bo każdy z aktorów migał to samo, choć zupełnie inaczej! Ta swoistość, nad którą również nigdy wcześniej się nie zatrzymywałam, przypominała odpowiadające różnicom w komunikacji słyszących, wady wymowy, tempo wypowiedzi, specyficzne akcentowanie, czy lokalne naleciałości.

Kiedy znikają podziurawione parawany, poznajemy kolejno właścicieli rąk i ich osobiste historie. Wicemistrzynię Polski w strzelectwie – Jolantę Sadłowską, grafika – Pawła Sosińskiego, miłośnika anime – Adama Stoyanova oraz Martę Abramczyk – działaczkę społeczną.

Jolanta nie słyszy odkąd w czasie II Wojny Światowej zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Mówi niewyraźnie, jej córkę strasznie to denerwuje, dlatego woli migać. Jako wicemistrzyni Polski w strzelectwie do dziś ma pewną rękę.

Paweł pochodzi z bardzo utalentowanej muzycznie rodziny, wszyscy w jego domu grali na instrumentach, on przykładał głowę do nogi pianina. Jest grafikiem, którego brak zawodowego uznania w kraju, zmusił do emigracji do Szwecji. Tam nauczył się szwedzkiego języka migowego, w tak zwanym systemie – jedno słowo za jeden znak. Miga teraz systemem w dwóch językach.

Adam nie słyszy od urodzenia, jego rodzice również. Kocha migać, bawi się tym językiem. W szkole pomijany, uważany za głupka bo przez obce pochodzeni nie rozumiał polskiego języka migowego. Teraz tworzy miganą poezję.

Marta zdecydowała się na implant. Dzięki temu może mówić, nie czuje się już zawieszona pomiędzy dwoma światami (słyszących i głuchych) – może się teraz między nimi swobodnie poruszać.

Warto poznać te historie! warto zobaczyć ten spektakl. Warto też przeczytać jeszcze raz Hymn Głuchych, bo to prawdopodobnie jeden z niewielu tekstów osób niesłyszących.

 

fot. materiały Nowy Teatr w Warszawie

Pieśni Czarownic

W 1511 roku w chwalącym pana podpoznańskim Chwaliszewie, odbył się pierwszy w Polsce proces kobiety oskarżonej o konszachty z szatanem i czary, zapadł pierwszy na ziemiach polskich wyrok skazujący na śmierć przez spalenie na stosie. Znachorka zajmująca się ziołolecznictwem, nieznana z imienia i nazwiska, która rzekomo zatruć miała wielu mieszkańców Chwaliszewa poprzez dorzucenie czegoś do wody w kadziach przeznaczonych na piwo, po okropnych torturach przyznała się do wszystkiego, co jej zarzucano. Trudno, by po podtapianiu, rozciąganiu ciała, okrutnym katowaniu, nie pragnęła jedynie śmierci.

To to wydarzenie stało się przyczynkiem dla Ewy i Zbigniewa Łowżyłów (poznańskich artystów i aktywistów) do stworzenia spektaklu Pieśni Czarownic. Przedstawienie jest kontynuacją powstałego rok temu podczas Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi pod hasłem Wspólnota, koncertu. Wtedy to, przed Teatrem Polskim w Poznaniu, chór 19 kobiet wyśpiewał pieśni o feministycznym wydźwięku. Wydarzenie zostało wówczas bardzo dobrze przyjęte przez publiczność, dlatego zdecydowano się na wkomponowanie koncertu w ramy spektaklu. Premiera Pieśni Czarownic z udziałem chóru oraz aktorek Teatru Polskiego, pod kierownictwem duetu reżyserskiego Ewa Łowżył, Michał Buszewicz, otworzyło tegoroczną edycję Bliskich Nieznajomych.

Podobał mi się aktywistyczny charakter i forma koncertu. Podobał mi się kompatybilny z krzykiem i buntem pokaz — wyjście na ulicę, quasi performans, dźwiękiem zatrzymujący przechodniów. Współgrały wówczas ze sobą koronkowe podomki i bronxowe beczki, usubtelnione przez struny i smyczek. To były kobiety, które wyszły z domu prosto na ulicę, po to by protestować, by bronić swoich praw.

Przedstawiona podczas Festiwalu Bliscy Nieznajomi, forma dramatyczna i zamknięcie głosu kobiet za ścianami teatru zupełnie do mnie nie przemawia. Teksty pieśni autorstwa Maliny Prześlugi, w przestrzeni teatralnej, przy asyście aktorek z Teatru Polskiego (Teresa Kwiatkowska, Małgorzata Peczyńska, Ewa Szumska, Katarzyna Węglicka) siedzących na podeście, ubranych w marynarki i obcasy, komentujących egzekucje kobiet o mocach nieczystych, jako świadkowe wydarzeń, stają się dość tendencyjne, krzyczane tak głośno i tak mocno, że tracą zatrzymującą uwagę, moc, są wręcz banalne. Napięcie trzyma i podsyca genialny otok muzyczny Patryka Lichoty oraz Mieszko i Zbigniewa Łowżyłów.  Przemocowość i supremacja sfer wyższych nad zabobonnym ludem poprzez konfrontacje ubranego w halki chóru i plotkujących na podwyższeniu aktorek, jest zbyt dosłowna. Narracja lekko znudzonych aktorek, przybliżająca historyczne tło wielkopolskich, polskich procesów o czary, filmy z cmentarza ukrytego w lesie, były oderwanymi i niezharmonizowanymi z całością, wtrętami.

Co zrobić zatem, żeby głos kobiet walczących o swoje prawa został usłyszany, nie pominięty w natłoku krzyczanych zewsząd haseł różnej maści? Jak uczynić go świdrującycm w trzewiach, nie dającym się pominąć? Może to pytanie dla widowni? Może to pytanie do mnie i innych, do których te słyszane ze sceny gdzieś się pogubiły?Równouprawnienie, protest przeciwko przedmiotowemu traktowaniu kobiet, polityczna sytuacja w Polsce, podział społeczeństwa, stereotypy umieszczające kobiety przy kuchennych garach, to tematy niezwykle ważne! Absolutnie ważne! Nie mniej, uważam zaproponowaną przez twórców Pieśni Czarownic teatralną formę za próbę bardzo nieudaną i trywialną. Nie zawsze potrzeba drastycznych zmian, żeby uzyskać lepszy/większy/pełniejszy efekt.

Symboliczne czary oprawione w aktualność, w teraźniejszą przemocowość i pasywną agresję, w słowa o macierzyństwie, o kobiecym ciele i urodzie, prasowaniu i odgrywaniu permanentnej roli matki polki, przegrały ze sceną i płynącym z niej anegdotyzmem. Szkoda… Przykro i ciężko mi z tym, że nie zachwyciła ta teatralno – chóralna hybryda.

Fot. Maciej Zakrzewski

Na obraz i podobieństwo swoje

Spektakl w reżyserii Piotra Trojana Na obraz i podobieństwo swoje otwiera następujący komunikat — wszystko, co zaraz zobaczymy, to historia prawdziwa, choć jeszcze się nie wydarzyła. Domyślamy się zatem, że jest to sprawa sąsiedzko wręcz popularna, że prawdopodobna jest w naszym mieście, na naszej ulicy, w mieszkaniu pod nami. Rzecz bowiem dzieje się w małym, polskim miasteczku XYZ, czyli wszędzie. Pojawia się tutaj ,,piękna pani z telewizji”, która realizuje właśnie programu o charakterze reality show. Dziennikarka rozmawia z mieszkańcami miasta w ich domach, podgląda ich codzienne życie, a relację jej projektu można obejrzeć w telewizji! już kilka dni po zakończeniu zdjęć. Zwieńczeniem przedsięwzięcia są puste ulice miasta i ,,szyby niebieskie od telewizorów”. Oraz… rywalizacja o wyprawę na Marsa. Inspiracją do powstania spektaklu była postać holenderskiego biznesmena Basa Lansdorpa i jego projekt MARS ONE, który zakładał budowę osiedla ludzkiego na Marsie. I to właśnie w miasteczku XYZ trwa casting mający wyłonić dwójkę najbardziej odpowiednich do owej misji, osób.

W ten sposób poznajemy mieszkańców miasteczka z imienia i ciała. Tak, ciała. Bo jego kult jest ważnym elementem spektaklu, na osi którego zbudowana została cała dramaturgia. Ciało oraz jego niedoskonałość i ułomność, wiążący się z tym wstyd i narastające poczucie niedostosowania, zaniżania samooceny, czy depresji.

Pierwszy prezentuje się Eryk (Grzegorz Gołaszewski). 19 — letni homo sapiens płci męskiej, z rodziny: kulturysta, rodzaju: drech, napinający przed nami swoje mięśnie, prężący się do kamery. Eryk spędza całe dnie na siłowni, tam dba o szybki przyrost masy mięśniowej. O jego muskulaturę troszczą się spożywane przez niego różnego rodzaju anaboliki oraz jego matka (Martyna Zaremba – Maćkowska)… kobieta zaborcza, manipulująca synem, która kocha w sposób chory, zachłanny i totalny, niemal kazirodczy. Sprawiając pozory liberalnej, nie radzi sobie z dorastaniem syna, zazdrosna o pojawiające się w jego otoczeniu kobiety. Przygnieciony bezlitosną miłością, Eryk, nie spotyka się z żadną dziewczyną, korzysta za to z usług infolinii erotycznej. W wolnych chwilach prowadzi vloga o wyciskaniu, uzupełniając go interaktywnym coachingiem.

O życiu na Marsie najbardziej marzy odszczepieniec Piotr (Nikodem Kasprowicz) — brat Eryka, całkowicie pomijany, nierozumiany przez bliskich i znajdujący się w  swojej rodzinie, jakby przez przypadek… Wyróżniający się intelektem i AIDS, śpi w pościeli w kosmiczny motyw, referuje naukowe, pozaziemskie wiadomości, które nikogo poza nim nie interesują. Zastosowany tu został bardzo stereotypowy, mocno spłaszczony i dosłowny zabieg zestawienia braci na zasadzie totalnych przeciwieństw. Proste to bardzo i banalne… jak kreacja reszty bohaterów, których ułomności rozwiązujemy po ich pierwszych słowach.

Na scenie pojawiają się dwie dziewczyny oraz ich babcia. Jedna z młodszych kobiet, bardzo szczupła, ubrana w kostium imitujący panterkę, druga cała w jeansie, diamencikach i doczepianych blond włosach. Klasyczny, choć powierzchowny, rzecz jasna, obraz dziewczyny dresa. Plotkują, śmieją się, wypełniają za wolno płynący czas i nudę dogryzaniem publiczności. Ich śmiech jest zaraźliwy, żarty kiepskie. Okazuje się jednak, że pod maską pewnych siebie i wulgarnych, kryje się wiele kompleksów i problemów z akceptacją siebie. Jednym z nich jest zaburzenie odżywiania – anoreksja. Cierpiąca na jadłowstręt psychiczny dziewczyna (mowa o tej ubranej w panterkę) poddaje się operacji zmniejszenia wagi w szemranej klinice, w wyniku czego traci nogę. W tej roli Alicja Juszkiewicz. Druga kobieta (tutaj debiutująca Anna Langner), o małomiasteczkowej mentalności, od lat wirtualnie spotyka się z Erykiem. Z ich pierwszej randki w realu nic jednak nie wychodzi. Nic oprócz gagu z reklamówką, która jest głównych tematem ich rozmowy i zainteresowania spotkaniem. To najbardziej udana scena w całym spektaklu, w czym duża zasługa świetnej kreacji scenicznej Gołaszewskiego.

Babcia dziewcząt (Irena Dudzińska), która gdy tylko pojawia się na scenie, w srebrnych butach ze świecącą na zielono podeszwą wiemy, że nieubłaganie zbliża się scena z nieakceptowaniem swojego wieku oraz starzejącego się ciała i wynikających stąd ograniczeń. Babcia zwierza się wnuczkom, że chce umrzeć, że nie znosi zapachu starej skóry, jej zwisów i wiotkości. Mówi, że brakuje jej seksu.

I wreszcie, na scenie pojawia się mężczyzna, wypowiadający się słowami Starego  Testamentu. Typuje Piotra i Babcię do misji na Marsa. Mówi do nich ,,idźcie i rozmnażajcie się!” Piotr chory na AIDS i kobieta po menopauzie. Czy to bóg? Czy to nasz holenderski bogacz? Kto jest twórcą projektu Mars One? Nie wiem… Wychodzi jednak na to, że bogu w trakcie aktu tworzenia ewidentnie coś nie wyszło. Albo, jeśli stworzył mieszkańców miasteczka XYZ, jak wszystkich innych na Ziemi, na obraz i podobieństwo swoje, nie może być doskonały…

Spektakl ten, to streszczenie społeczeństwa klasy B, bogaty w gagi i proste rozwiązania, wpisujący się w trend wykorzystania nowych mediów (w tym przypadku dziewczyna z kamerą i zbliżenia, które są absolutnie niepotrzebne i drażniące) i wulgarności podwórka. To mógłby być bardzo dobry spektakl o świadomości swoich niedoskonałości, rys i skaz, o podejmowaniu walki na przekór stereotypom i wstydowi. Dowiadujemy się za to, że taka walka zwyczajnie nie ma sensu, bo nie wiadomo co określa zwycięstwo, a wszechogarniający, wszechobecny kult ciała niszczy i zabiera jasność umysłu.

Fot. Jakub Wittchen


Mokradełko

Słysząc Mokradełko sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę się spodziewać… czy będzie to rzecz, najprościej, o molestowaniu seksualnym, gdzie akcja toczy się w czasie rzeczywistym, czy może jakaś forma analizy psychologicznej sprawcy lub ofiary na podstawie wspomnień i retrospekcji.

Okazuje się, że żadna z tych hipotez nie była trafiona. Odnoszę bowiem wrażenie, że to spektakl o konfrontacji z prawdą, która nieoczekiwanie wyszła na jaw. I to wyszła w sposób bezceremonialny, w sposób głośny i nachalny, w związku z czym nie można jej już ignorować, a powinno się do niej przynajmniej jakoś ustosunkować. Bo powiedzenie, że prawda niewypowiedziana nie istnieje, właśnie straciło swój sens.

Jednak starcie z tą zwerbalizowaną prawdą wydaje się być dla postaci spektaklu bardzo trudne, dlatego na pomoc przychodzi najprostszy z mechanizmów obronnych – wyparcie, dalej pomagają mu piętrzące się wątpliwości i usprawiedliwienia, aż doprowadzają do hucznego finału, czyli zamazania ujawnionej właśnie prawdy.
Mokradełko, które swoją premierę miało w listopadzie 2015 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu, to spektakl na podstawie reportażu Katarzyny Surmiak – Domańskiej o takim samym tytule. Zarówno w książce, jak i w teatrze, pisarka towarzyszy Halszce Opfer – w dzieciństwie molestowanej przez ojca za milczącą zgodą matki, w podróży do jej domu rodzinnego. W Mokradełku poznajemy Halszkę oczami jej bliskich: męża, sąsiadów, teściowej, matki… dowiadujemy się jak bliscy widzą ofiarę, a jakby ją sobie wyobrażali. Pewnym jest, że nie jako osobę, która głośno mówi o doznanej krzywdzie (i to w telewizji!), udziela wywiadów i wydaje książkę tej treści!

Halszka Opfer bowiem to pseudonim literacki, pod którym kobieta opublikowała głośną swego czasu książkę Kato – tato, gdzie opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa. Na swój kryptonim wybrała ofiarę – warto wiedzieć, że dokładnie to oznacza z niemieckiego słowo opfer.

Spektakl rozpoczyna się przyjazdem do Mokradełka reporterki (Marta Szumieł), która staje się uczestnikiem/obserwatorem zdarzeń. Sądząc po scenografii – klatka schodowa w bloku, pomalowana jakże znaną nam wszystkim farbą olejną w kolorze brudnego beżu – możemy znajdować się gdziekolwiek w Polsce. W kolejnych scenach pojawia się wersalka, niska ława i fotel – wystrój równie popularny jak olejna farba – zamieniając klatkę schodową w mieszkanie matki Halszki.

Na pierwszą połowę spektaklu składają się bardzo przerysowane kreacje męża Halszki (Sebastian Grek) – trochę gapowatego mężczyzny w średnim wieku, pod widocznym wpływem matki; jej teściowej (Daniela Popławska) – byłej nauczycielki, ociekającej dulszczyzną oraz perfekcyjnie przeciętnej sąsiadki z przeciwka. Opowiadają o swoich wątpliwościach co do rzetelności wyznań Halszki, podając w wątpliwość jej zwierzenia i dyskutując na temat postawy Halszki, która zdecydowanie odbiega od ich wyobrażeń na temat behawioru ofiary.

Teściowa oraz sąsiadka szczególnie mocno podkreślają, że w ich w opinii Halszka nie zachowuje się jak na ofiarę przystało. Pytanie brzmi, jak więc powinna… niechże pojawi się już na scenie Halszka! Niechże wyjaśni się, jakiż to rodzaj powierzchowności świadczy o niedowierzaniu w doznanie przez nią krzywdy.

Okazuje się, że Halszka Opfer to dojrzała kobieta, wygadana, wyzywająco, dość kiczowato ubrana, od której bije pewność siebie. Następuje właśnie zderzenie ze stereotypowym postrzeganiem ofiary. Zaraz nasuwa się kolejne pytanie, skąd ta standardowość w postrzeganiu skrzywdzonego się bierze… czy ofiara musi usuwać się w cień społeczeństwa swoją przepraszającą postawą? Postać Halszki świetnie zagrana przez Łukaszewską znakomicie oddaje ten  dysonans.

Totalnym przeciwieństwem postawy Halszki jest córka jej drugiego męża grana przez Gabrielę Frycz, która to jest wzorowym przykładem jak być ofiarą, żeby otoczenie uwierzyło w doznaną krzywdę – ascetyczna, skromna, zakutana szarym ubraniem – wszystko po to, żeby mniej było ją widać, słychać, mniej z problemami, wspomnieniami, krzywdami, było jej w ogóle.

Druga połowa spektaklu, to już spotkanie i próba konfrontacja Halszki (Edyta Łukaszewska) z matką (świetna w roli Maria Rybarczyk), która nie chce znać córki, po tym jak ta upubliczniła sprawy rodzinne. Wydaje się, że porozumienie między pełną żalu córką, a niedopuszczającą do granic świadomości i rozumienia faktu molestowania we własnej rodzinie, matką nie jest możliwe. Wydaje się tak przez niemal całą drugą połowę spektaklu. Kobiety rozmawiają ze sobą bez widocznego zbliżenia, ani do siebie, ani do faktów. Córka chce by matka przyznała, że wiedziała o wszystkim, matka pragnie jedynie, aby Halszka zamilkła – szczególnie publicznie.

I kolejne, ostatnie już w tej krzątaninie zdarzeń, pytanie – jak dobrze zakończyć taką dyskusję, taki konflikt, takie przedstawienie… ja nie wiem, naprawdę. Ale sposób, w jaki zrobił to reżyser (Mikołaj Grabowski), łącząc cierpienie i grozę z absurdem i przerysowaniem, wydaje się być pomysłem zbyt zabawnym. Ostatnia scena, w której Halszka, jej matka i reporterka siedzą na proscenium i przekomarzają się, czy Halszka powinna ubierać ciemne okulary do występów telewizji, czy nie, jest dość płaskie…

Spektakl nie jest odkryciem pod względem interpretacyjnym, nie jest też zjawiskiem estetycznym, nie wywołał też w mojej głowie burzy myśli i wulkanu emocji. Wpuścił jednak kilka pytań i dołożył kolejnych zmartwień do pudła, pt. kondycja psycho – społeczna współczesnego Polaka.

fot. Jakub Wittchen

Blur

Blur to tytuł najnowszego projektu Joanny Leśnierowskiej, który swoją premierę miał 30 marca w Art Station Fundation, w ramach programu performatywnego.

Joanna Leśnierowska to polska choreografka, teatrolog publikujący o tańcu i choreografii współczesnej. To także założycielka i kuratorka pierwszego w Polsce programu rozwoju choreografii – Stary Browar Nowy Taniec.

Blur to jej najnowsza choreograficzna i koncepcyjna realizacja. Tańczy Aleksandra Borys, za scenografię i kostium odpowiada Michiel Keuper, za dźwięk Łukasz Kędzierski.

Aby powiedzieć cokolwiek o spektaklu należy wyjść od rozumienia inspiracji do jego powstania. Otóż samo słowo blur, to z angielskiego rozmazać, zamazać, zamglić. Takie rozmazywanie konturów, kształtów, kolorów, nakładania na siebie licznych szczegółów, po to aby zamazać jednoznaczny obraz całokształtu, to technika bardzo popularna również w sztuce. To między innymi Leonardo da Vinci i jego upłynnianie konturów, czy Pablo Picasso i jego kubistyczne kształty i perspektywy.

Słowo blur wydaje się również odnosić do niezdecydowania i wahania obecnego w rozmazanej i chaotycznie zorganizowanej przestrzeni. To zamglenie sprawia wrażenie pewnego efektu wynikającego z podjęcia próby zebrania i ułożenia skrawków wiedzy, sądów, domysłów, obrazów i dźwięków zasypujących nas z zewnątrz. Ten rezultat jest niepokojący i niemal groteskowy bo okazuje się, że trudno z tego chaosu bodźców pozyskać coś stałego i ważnego. Tracimy poczucie wewnętrznego pionu i decyzyjności, trudno ustalić, co jest pewne, a co iluzoryczne, co jest istotne, a co błahe.

Tę atmosferę niepokoju i wahania, balansowania pomiędzy pewnością a zwątpieniem, rozterką i niepokojem, zdaje się być bardzo dobrze uchwycona przez choreografkę. I absolutnie po przeczytaniu tego zdania, proszę nie odnosić wrażenia patetyczności i prozaiczności spektaklu! Wręcz przeciwnie! To naprawdę bardzo zgrabnie przeprowadzona linia lawirująca raczej w obszarze zabawności niż pompatyczności.

Solistka ubrana w rażąco żółtą kurtkę i jasne spodnie już od samego początku wzbudza zainteresowanie. Z jednej strony jest mocno widoczna, z drugiej przez swój strój niejednoznaczna. Przy pierwszym spojrzeniu widać archetyp rozmazania – nawet w kostiumie. Nie do końca wiadomo, czy to kurtka, czy skafander, gdzie się spina, a gdzie jest stała. Ma się wrażenie, że można by było założyć ją tył naprzód, na lewą stronę, czy w jakiejkolwiek innej konfiguracji i pozostałaby ona niezmiennie niejednoznaczna.

Aleksandra Borys wchodzi na scenę z rękoma pełnymi kolorowych taśm klejących różnej szerokości, które rozsypuje. Następnie zaczyna się poruszać, choć z jej ruchu nie wynika żadna mobilność, to takie zaprzeczenie ruchowi. Porusza się lecz stoi w miejscu. Podobnie jak Picasso malujący swoje Skrzypce ze skrawków kształtów. Solistka zaczyna szeptać jakieś niezrozumiałe na początku słowa, powtarza je niczym mantrę, coraz głośniej, aż pochwycić wreszcie można nie mające zupełnie sensu początki zdań bez finału i odpowiedzi. Tworzy w ten sposób pewien fantazmat kluczenia i szukania logiki.

Następnie chwyta za taśmy. Okazuję się, że służą jej one do rozwijania i cofania, to wicia się i balansowania między ułożonymi z nich liniami. Dokładnie tak jak w swoich wypowiedziach – posuwa się do przodu i cofa. Niejednoznaczna jest w swoim ruchu – balansując pomiędzy wyklejonymi przez siebie liniami. Słowa, skrawki zdań, które wypowiada z jednostajną intonacją, które to mają charakter wahania, braku podjęcia jednoznacznej decyzji, przewidywania skutków niewypowiedzianych nigdy twierdzeń i ustaleń, daje nawet dość zabawny efekt.

Na końcu jednak zostaje tak między tymi kolorowymi liniami, będącymi wektorami jej przypuszczeń i chwiejności. Po prostu zostaje. Czy to metafora kondycji dzisiejszego człowieka? Wynikającego z nadmiaru sprzecznych informacji i wielości możliwości, przebodźcowania?

Mam nadzieję, że będziecie mieli okazję pójść na ten spektakl i sami się przekonać.

fot. Materiały Art Station Fundation

 

Malowany Ptak

Malowany Ptak, czyli spektakl pod hasłem pamięci.

By oczekiwać tej realizacji z niecierpliwością i głodem widza, wystarczy tak naprawdę kilka komponentów.

Pierwszy to postać Jerzego Kosińskiego, na podstawie prozy którego powstał spektakl. A to dlatego, że Kosiński to polski pisarz żydowskiego pochodzenia, tworzący w Stanach Zjednoczonych, którego życiorys pełen jest mistyfikacji i kontrowersji. Rozpoczynając od oskarżenia o plagiaty, poprzez przekłamanie w kreowaniu i reżyserowaniu swojej biografii, po samobójczą śmierć. Malowany Ptak zaś, to proza która dała autorowi światową sławę. Stanowi ona wspomnienia żydowskiego chłopca z czasów wojny. Książka zawierająca naturalistyczne opisy scen gwałtu, kazirodztwa, zoofilii, jednym słowem niezwykłą brutalność, wynaturzenie i… polski antysemityzm. I to hasło, to słowo klucz! Bo Malowany Ptak to pierwsze w literaturze oskarżenie Polaków o okrucieństwo wobec Żydów. I to powód drugi.

Reżyserką spektaklu jest Maja Kleczewska (to nazwisko to komponent numer trzy), która wraz z dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim stworzyła spektakl, w którym nie skupiają się na dementowaniu czytelniczych domysłów dotyczących autobiograficznego charakteru książki, nie robią też przedstawienia o samym Kosińskim. Jego książka daje im jedynie pretekst do rozpoczęcia dyskusji o antysemityzmie Polaków. Najmniej istotnym wydaje się tu być prawda, czy też fantazja Kosińskiego w retrospekcji. Przynajmniej ja odbieram to w ten sposób. A czy udział w tej dyskusji mnie satysfakcjonuje, to już zupełnie inna kwestia.

Ale czy te elementy składają się sceniczny sukces? Czy pozwalają na przeżycie Malowanego Ptaka i na oswojenie wspomnień i wiedzy? Niekoniecznie… najwyraźniej coś tu zawiodło. I wydaje mi się, że tym czymś mogło być po prostu zbyt wybiórcze potraktowanie wspomnianej pamięci i zbyt uproszczone rozprawienie się z kliszami postaw, wśród których nie ma reprezentanta, którego chciałabym usłyszeć. Są polscy antysemici, są ukrywający się, uciekający, umierający i tracący wszystko Żydzi. Nie słychać głosu Polaków, którzy z nienawiścią do Żydów nie mają nic wspólnego. Ciszę słychać ze strony Żydów, którzy w Polakach widzą nie tylko wrogi im naród. A szkoda…

Spektakl powstał przy współpracy Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie i dla mnie stanowi swego rodzaju, izbę pamięci.

Za sprawą Kosińskiego i jego/nie jego wspomnień.

Poprzez temat polskiego antysemityzmu podczas Drugiej Wojny Światowej, co stanowi materię niezwykle niewygodną i uwierającą pamięć. Pamięć do której odnosi się także apel napisany przez Jerzego Walczaka (aktora Teatru Żydowskiego, grającego w spektaklu dorosłego Kosińskiego), wręczony każdemu z widzów przed wejściem na widownię, który zawiera prośbę o pamięć żydowskich zamordowanych, prośbę o akceptację „(…) przeszłości i pamięć o niej [bo tylko one] dadzą nam możliwość swobodnego, pełnego oddechu.”

Trzecią składową i wypełnieniem teatralnej izby pamięci jest scenografia pochodząca z sali prób Teatru Żydowskiego, gdzie Kleczewska przed dwoma laty reżyserowała Dybuka. Teatr utracił swoją siedzibę przed premierą, dlatego ta scenografia to kolejnych swoisty pamięciowy ślad. Początkowo istniał nawet pomysł, aby spektakl odbył swoją premierę w budynku synagogi poznańskiej, zmienionej w czasie wojny na basen dla żołnierzy Wehrmachtu. To by dopiero było dopełnienie! Jednak Gmina Żydowska nie wyraziła na to zgody.

Ostatecznie w Malarni Teatru Polskiego rozpoczął się panel dyskusyjny o charakterze mocno publicystycznym, w którym aktorzy przytaczali wypowiedzi, m.in.: Jana Karskiego, Jana Tomasza Grossa, Jan Żaryn, czy Joanna Krakowska. Od początku wiadomo, że uczestnicy debaty zupełnie nie słuchają siebie nawzajem, nie odnoszą się rzeczowo do napotkanych argumentów. Nie trudno się zorientować, że rozmowa jako taka, a już na pewno porozumienie nie jest celem tego spotkania. Zadaniem jest wyartykułowanie i zademonstrowanie przygotowanych danych. Spór, jak i wzajemne przekrzykiwanie, w z którego nic nie wynika traci nasze skupienie i rozmywa się. Rozmywa się nasza uwaga i rozmywają się – dosłownie – aktorzy, wciskający się i wijący na fotelach. Debata kończy się bez konsensusu, nie zostaje rzecz jasna ustalone, czyja prawda jest istotniejsza. Przechodzimy na dużą scenę.

Wśród przebijających ciemność smugach światła słychać komunikat, o tym, gdzie się znajdujemy – we wspomnianej przestrzeni utraconej – w sali prób Teatru Żydowskiego. Na scenie absolutnie hipnotyzujący, niesamowity, budujący przedstawienie i nieustępliwie skupiający uwagę, przy skromnej pod względem tekstu, roli – Jerzy Walczak w roli dorosłego Kosińskiego, który otwiera kolejne karty swoich wspomnień z dzieciństwa oraz nieco szalona badaczka (w tej roli świetna Teresa Kwiatkowska), która te informacje dementuje, prostuje, tłumaczy. Postać irytująca, perorująca, jest wprost wzorowana na Joannie Siedleckiej – autorce Czarnego Ptasiora, która to książka jest demistyfikacją wojennej biografii Kosińskiego. Siedlecka po swojej reporterskiej wyprawie do wsi z Malowanego Ptaka, po rozmowach z wieloma świadkami, udowadnia że zawartość tejże książki to bzdura i utrata człowieczeństwa przez autora, który w obrzydliwy sposób kłamie na temat swoich wybawców i generalnie Polaków. Postać Siedleckiej w spektaklu trochę przypomina rolę Elfride Jelinek w Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci Eweliny Marciniak. Obie niejako podają w œatpliwość pewne wyobrażenie i nieprawdę. Jednak o ile Jelinek pozwala nam na samodzielne dokonanie oceny, Siedlecka jest mocno w swych twierdzeniach przekonana i zamknięta, po prostu wie. A co my, widzowie z tej wiedzy mamy? No mamy obrazy – retrospektywy ze wsi, po których rzekomo błąkał się mały Jurek. Retrospektywy, jako wizje, ilustracje z książki wyświetlające się na plecach sceny. Stanowi to bardzo ciekawe z perspektywy spektaklu, rozwiązanie sceniczne bo w ekranach, które są lustrami, kiedy nie jest na nich nic wyświetlane, można zobaczyć siebie – siebie jako milczących świadków i uczestników wydarzeń. Gdzie milczenie ma w tej sytuacji znaczenie wymierne. Ale czy z dowodzenia badaczki wynika dla odbiorcy coś jeszcze? Wypowiedzi tej postaci są niezwykle autorytarne, ma się wrażenie, że nie ma tu przestrzeni na zastanowienie. Siedlecka motywuje, interpretuje i tłumaczy dla nas każdą niemal wypowiedź postaci. Jest bardzo irytującą narratorką jedynej słusznej prawdy o. Przy wtórze jej trajkotania, przechodzimy równolegle przez kolejne sceny – linczu polskich kobiet na głupiej Ludmile (Joanna Drozda), przez scenę gwałtu na młodej Żydówce, co oddaje taneczne solo Kai Kołodziejczyk, która jest odpowiedzialna również za całą choreografią do spektaklu.

Malowany Ptak, to dla mnie spektakl sygnowany pamięcią. O pamięci, która często stanowi mrok, a wyjście z niego oznacza konfrontację z własnymi lękami. Zdaje się jakby Kleczewska chciała te lęki i tę pamięć oswoić. Stworzyła obraz piękny, ale czuję że niepełny. Ten niedosyt związany jest z tym, że nie odbieram sceny personalnie, że nie mam punktu odniesienia. Tak po prostu. Jestem oczywiście pod teatralnym wrażeniem zespołu aktorskiego, tego w jaki sposób reżyserka scaliła dwie obsady w jedną, przepięknej reżyserii światła Wojciecha Pusia i muzyki Cezarego Duchnowskiego granej na żywo przez Orkiestrę Antraktową Teatru Polskiego, ale czegoś mi zabrakło.

I tym czymś jest chyba wielowymiarowość w podejściu do pamięci i rozprawy z pamięciowymi, utartymi i bardzo w tym przypadku uproszczonymi stereotypami. Nie przeżyłam Malowanego Ptaka, nie rozprawiłam się z szablonowością, niczego niestety nie oswoiłam.

fot. Magda Hueckel

 

The Cleaner. Performans Mariny Abramović

Poleciałam do Sztokholmu. Zimą! Z polskiego mrozu w skandynawski.

Na najnowszy performans Mariny Abramović, jednej z najszerzej rozpoznawalnych przedstawicielek sztuki współczesnej, znanej przede wszystkim jako artystka nieustępliwie poszerzająca granice i stereotypowo przyjętą definicję sztuki – nawet tej nowoczesnej. Abramović tworzy w obszarze lub raczej obszary artystyczne, oscylujące pomiędzy performansem a sztuką wizualną, skupiając się w równej mierze na cielesności, przemianie i czasowości.

W swoich performansach, czy instalacjach często nakłania uczestnika, czy odbiorcę do rezygnacji z liniowego, autonomicznego postrzegania czasu. Tak samo ważne jest również upodmiotowienie odbiorcy i umożliwienie mu pełnowartościowego z perspektywy decyzyjności, uczestnictwa i doświadczania. Odbiorca, czy uczestnik performansu staje się odpowiedzialny za jego przebieg.

Jej najnowszy performans The Claeaner powstał w kolaboracji z Moderna Museet w Sztokholmie oraz chórem Eric Ericson. Można było w nim uczestniczyć od 27 lutego do 5 marca w przestrzeni kościoła Eric Eriksonhallen w Sztokholmnie.

Performansowi towarzyszyła wystawa, którą do 21 maja można jeszcze oglądać w Moderna Museet. Zawiera ona filmy przedstawiające dotychczasowe performanse Abramović – solowe, jak i te tworzone z Ulayem, jej byłym partnerem artystycznym i osobistym. Na wystawie znajdziemy również instalacje artystyczne, materiały archiwalne, jak i prywatne, sformułowane na kartkach, w notesach, na tyłach paragonów, zapiski dotyczące jej kolejnych przedsięwzięć artystycznych. Podczas trwania wystawy jest szansa, aby każdego dnia obejrzeć też jeden z trzech przygotowanych na tę wystawę reperformansów Abramović: Freeing series, Art Must Be Beautiful, Artist Must Be Beautifu (oba z 1975 roku) oraz Cleaning the Mirror z 1995 roku. Wszystkie wykonywane są przez specjalnie przygotowanych przez partnerkę Abramović w tym przedsięwzięciu – Lynsey Peisinger, artystów.

The Cleaner wydaje się być kolejnym z performansów niewerbalnego dialogu. Abramović stworzyła wiele takich prac w duecie z Ulayem. Następnie kontynuując ten system już solo w The Artist is Present. Performans, który swoją premierę miał w MoMA w 2010 roku i stał się też głównym wątkiem powstałego dwa lata później filmu Marina Abramović – Artystka obecna.

Performans The Cleaner trwał osiem godzin, można było w nim uczestniczyć dowolną ilość czasu. Ta dowolność nie była jednak taka oczywista, biorąc pod uwagę czas spędzony w kolejce przed wejściem, ustawionej tam zapewne od wczesnych godzin porannych. Mój czas oczekiwania wynosił trzy i pół godziny, kiedy to oprócz przeklinania szwedzkiej zimy i sączenia herbaty, zastanawiałam się na ile performans już się rozpoczął, na ile czas spędzony w kolejce jest jego częścią…

Przed wejściem do kościoła należało zostawić w szatni wszelkie rzeczy osobiste (plecak, torebkę, telefon, itp.), kurtkę oraz buty. Do przestrzeni, w której odbywał się performans wchodziliśmy boso. Jak się okazało, zapewne dlatego, żeby nie generować dodatkowych dźwięków i nie brudzić podłogi, na której w trakcie, między innymi leżeliśmy. Wewnątrz panował także zakaz jakichkolwiek rozmów.

Kolejni uczestnicy wchodzili do przestrzeni kościoła w różnych momentach i w dla siebie odpowiednich ją opuszczali. Dlatego początek i koniec, sytuacja zastana i pozostawiona były totalnie różna dla kolejnych uczestników.

Dla mnie wyglądało następująco: wchodzę do wewnątrz pięknego, wysokiego, zbudowanego na planie koła, kościoła. Widzę dużo ludzi. Stojących w kwadratowych układach, leżących na podłodze – ułożonych w plan gwiazdy, siedzących na krzesłach i kolejnych chodzących pomiędzy, wspomnianymi już zbudowanymi z ludzi, wyspami. Słyszę piękny, łagodny, acz przejmujący kobiecy śpiew. Za rękę chwyta mnie mężczyzna – performer, trzymając, prowadzi ze sobą. Idziemy bardzo powoli, jego uścisk jest łagodny choć pewny. Zaprowadza mnie do miejsca, gdzie stykam się plecami z jakąś kobietą. Performer gestem prosi mnie bym zamknęła oczy.

Czułam się dość dziwnie, nie do końca wiedziałam jak powinnam reagować, czy mogę się ruszać, czy nie, czy mam się poddać woli aktorów, czy mogę zmienić wskazaną mi przez nich pozycję. Początek był pełen myślenia, zastanawiania co dzieje się teraz z resztą uczestniczących, czy mogę otworzyć oczy.

Śpiew działał bardzo kojąco, wprowadzał w stan pewnego rodzaju, przyjemnego odrętwienia, powolnego wyłączania intensywności myślenia. Poczułam ciepło na plecach, poczułam, że oddajemy sobie z moją partnerką ciężar swoich ciał, wspieramy się na sobie.

Po jakimś czasie (zupełnie nie ma pojęcia jak długim) za rękę chwycił mnie kolejny mężczyzna i splatając nasze palce, zaprosił żebym poszła z nim. Oddałam się jego uściskowi, poddałam kompatybilnemu z hipnotyzującymi głosami chóru tempu jakie narzucił. Po drodze widziałam mężczyznę, który płakał. Performer zaprowadził mnie w kolejne miejsce, gdzie miałam się położyć. Delikatnie docisnął moje ramiona do podłogi, uciskiem rozluźnił moje przedramiona, gestem nakazał zamknąć oczy, poczułam że czubkiem głowy stykam się z czyjąś.

I wtedy odpłynęłam. Popadłam w stan totalnego odrętwienia, przeżyłam coś na kształt medytacji, czułam że moje członki odpływają. Nie wiem ile czasu spędziłam w tej pozycji, ile trwało moje oddanie się dźwiękowi głosów chóru przy akompaniamencie delikatnego i powolnego szumu stóp, bycia wśród ludzi, ale tylko tu, tylko teraz, tylko ze sobą. Popadłam w rodzaj letargu, głębokiej przyjemności z nieodczuwania czasu i poddaniu się obcej woli.

Ze stanu tego, wyjął mnie kolejny dotyk, który podniósł i zaprowadził do wyspy z ludzi zbudowanej na planie kwadratu. Postawił na jej środku. Stałam tak w odrętwieniu, nie rozumiejąc dlaczego moje plecy zgłaszają ból. Trwałam tak, dotykając mentalnie kolejnych elementów mojej autonomii. Obserwowałam ludzi dookoła, ich wzrok, ich zamknięte oczy, ich bujanie się na boki, ich łzy, prowadzenie i zatrzymywanie.

Niebywała okazała się rola chóru, który śpiewał, jak się okazało, dość różne utwory. Początkowo wsłuchiwałam się w słowa pieśni, myśląc że mają kardynalne dla przebiegu performansu znaczenie. Po czym usłyszałam Somewhere over the rainbow, I wanna dance with somebody, czy figlarne piosenki afrykańskie. Ważniejszy był chyba łagodny, poruszający i przejmujący sposób ich śpiewania niżeli tekst.

Wiedziałam, że przeżywam coś bardzo ważnego… kiedy wyszłam, okazało się że spędziłam wewnątrz ponad trzy godziny.

Rozmawiałam dziś z moim przyjacielem, opowiadając mu o tym przeżyciu i słuchając swoich słów, miałam wrażenie, że w zasadzie nie działo się tam nic oprócz chodzenia, leżenia i zamykania oczu… Zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie jestem w stanie zwerbalizować tego, co się tam wydarzyło, jak bardzo wzniośle, patetycznie, przeciętnie i płasko to brzmi… Ale proszę mi wierzyć – było to naprawdę wyjątkowe i niebywałe przeżycie.

Czas przestał zupełnie istnieć, przestał spełniać swoją wymierną rolę i przestał być liniowym zbiorem następujących po sobie, określonych, mierzalnych jednostek. Gdzieś się zgubił i przestał mieć znaczenie. Nie czułam zatem, że go stracę, albo że mogłabym go inaczej, lepiej! wykorzystać, że mi go teraz nie wystarczy. Przestał wywoływać presję i związane z nią auto – wyrzuty, czy frustrację. Jestem tu i teraz. Brzmi to niesamowicie prozaicznie, ale było to totalnie organiczne, niezwykle oczyszczające przeżycie. Doświadczenie czasu w zupełnie załamanej perspektywie i doświadczenie hipnotycznej przyjemności płynącej z bycia w pewien sposób niewerbalnie manipulowanym. Poddanie swojego ciała woli innych, zezwolenie na sterowanie. Wszystko po to, żeby popaść w całkowity, jak już wspomniałam, organiczny i oczyszczający stan zbiorowego letargu.

Żałowałam, że to nie Marina prowadziła mnie za rękę… I intencjonalnie wypowiadam się w czasie przeszłym. Myśląc dużo o The Cleaner, doszłam do wniosku, że brak jej permanentnej obecności podczas performansu mógł być zamierzony, bo czyż Marina nie była by zbyt dużym dystraktorem dla uczestników chcących przecież ją spotkać (jak ja), a mających oddać się non/ponad/anty/nie – czasowej medytacji niżeli wodzeniem wzrokiem za artystką?

Tak czy inaczej, dziękuję Marina, za możliwość doświadczenia… czegoś absolutnie niezwykłego, a wydawałoby się banalnego – po prostu spotkania siebie w dziurze pomiędzy czasem a… czasem.

fot. Materiały Moderna Museet w Sztokholmie

 

Wyspa

Teatr Pieśń Kozła jest obecnie jednym z najciekawszych i najbardziej znaczących teatrów nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Ci przedstawiciele teatralnej awangardy i alternatywy zachwycili ostatnio publiczność spektaklem Wyspa, który swoją premierę miał 1 grudnia ubiegłego roku. Wydarzenie to przyciągnęło do Wrocławia widownię z całej Polski, a bilety wyprzedały się w kilka godzin. Nic dziwnego bo sztuka prezentowana przez Teatr Pieśń Kozła jest najwyższych artystycznych lotów. Teatr w swoich przedstawieniach zwykle łączy śpiew ze sztuką aktorską, tworząc nie tyle spektakle, czy obrazy, a niesamowite wydarzenia sceniczne! Poprzez minimalistyczną formę doświadczamy podczas ich spektakli kaskady emocji i dreszczy. Tak było i w tym przypadku.

Wyspa to spektakl wyjątkowy i to nie tylko za sprawą estetycznych i emocjonalnych uniesień, ale faktu jego powstania w kolaboracji. Po raz pierwszy Grzegorz Bral – reżyser, będący jednocześnie samym twórcą Teatru Pieśń Kozła, zaprosił do współpracy przy produkcji Wyspy, uznanego choreografa Ivana Perez wraz z kompanią totalnych tancerzy. Aktorzy Teatru opowiadają za pomocą polifonii dźwięku historię, tancerze ją rysują. Są perfekcyjni, magnetyczni, sprawiają wrażenie natchnionych. Czasami lekcy i oniryczni, by zaraz wraz z dźwiękiem uderzyć energią i ekspansywnością. Efekt tego mariażu jest hipnotyzujący, czysty, szczerze niezwykły i przejmujący. Autorką pieśni jest Alicja Bral, a przepięknej i sugestywnej muzyki – Jean Claude – Acquaviva oraz Maciej Rychły. Obok ich kompozycji, usłyszymy także tradycyjne pieśni gruzińskie.

Wyspa inspirowana jest Burzą Williama Shakespeare’a. To nie adaptacja, nie interpretacja, a jedynie inspiracja, co przed rozpoczęciem spektaklu mocno podkreślił Bral.

Szekspirowska Burza, to tekst baśniowy, fantastyczny i ostatni jaki ten angielski dramaturg napisał. To historia Prospera, wygnanego ze swojej ojczyzny, pozbawionego tronu przez własnego brata. Banita wraz z córką, dwanaście lat spędza na dalekiej wyspie, gdzie za pomocą czarów chce zmanipulować rzeczywistość i wrócić do kraju.

Prospero z Wyspy, to natomiast człowiek samotny, w wyobraźni którego szaleńczo toczy się burza emocji, marzeń, snów, nadziei, obsesji i tęsknoty. Sama wyspa to inkarnacja człowieka samotnego, jego opustoszenia, w którym przeżywa swój gniew, złość, swoją bezsilność by ostatecznie zatęsknić, rozgrzać sprzeciwem, działaniem i usłyszeć ciszę… Bo jest sam… nikt go nie usłyszy i nikt mu nie odpowie… Jego samotność jest obłąkańcza, niepohamowana w kreowaniu rzeczywistości, która nie istnieje, postaci, których nie ma. Wszystko zaczyna się imaginacją i na niej też kończy. Całość tych alogicznych wizji i obrazów dziejących się w wyobraźni Prospera oglądamy w formie wspomnianych muzyczno – tanecznych poematów.

Głosy, muzyka, ruch, przestrzeń… to wszystko jest absolutnie kompatybilne, tak magnetyczne i po prostu piękne, że nie sposób nie czuć dreszczy.

Na scenie znajduje się dwadzieścia siedem osób: dziewiętnastu aktorów Teatru oraz sześciu tancerzy. Wszyscy ubrani na czarno. Równie minimalistyczna jak stroje jest scenografia, którą tworzą czarne, drewniane krzesła i duże lustra, za pomocą których aktory w kolejnych scenach manipulują światłem i perspektywą. Efekt ten wzmaga kameralność wydarzenia i sama przestrzeń. Na widowni znajduje się kilkadziesiąt miejsc, między czekającymi na spektakl osobami przemykają aktorzy, biega uśmiechnięty Grzegorz Bral, mija nas jego żona, Alicja, w powietrzu czuć obecność Grotowskiego… Mamy wrażenie, że jesteśmy zaproszeni do czyjegoś domu, czujemy się tu tak zwyczajnie dobrze.

Wchodzimy na widownię i słyszymy dwanaście polifonii muzycznych, które utożsamiają dwanaście lat więzienia Prospera. Dźwięk wibruje pod gotyckim sklepieniem, zachwycając idealną akustyką. Te przejmujące pieśni opowiadają o gniewie, okrucieństwie, zawodzie i chęci zemsty. To też muzyczna refleksja nad obezwładniającą pustką i odrętwieniem spowodowanym samotnością. To również świadomość zniszczenia i samozagłady. Narracja, choć wydaje się być nietrzeźwą i nieskładną, trafia w widza autentycznością, bo mimo świadomości, że to tylko wyobraźnia starego Prospero kreuje te obrazy, czuje skołowanie. Odnajduje w nich też dużo miejsca na własne przemyślenia, nie czuje się zaatakowany jedyną słuszną interpretacją.

Wyspy nie traktuję jako spektaklu, a jako przeżycie. Totalne, emocjonalne i estetyczne, przejmujące przeżycie! Wyspy Teatru Pieśń Kozła nie sposób chyba zrecenzować… bo to migotliwe wydarzenie sceniczne trzeba po prostu zobaczyć, a potem oglądać jeszcze i jeszcze. Może wtedy udało by się napisać coś bardziej sensownego niż księgę zachwytów. Czekam zatem z niecierpliwością na kolejne pokazy. Przyjadę choćby i z końca świata. Wy zróbcie to samo!

fot. Mateusz Bral

 

%d blogerów lubi to: