Henrietta Lacks

Wiesz, kto to Henrietta Lacks? Nie? Ja też nie miałam pojęcia o jej istnieniu do czasu spektaklu w reżyserii Anny Smolar, powstałego rok temu w ramach Festiwalu Przemiany w Centrum Nauki Kopernik, który poświęcony był pojęciu nieśmiertelności. Zadanie było proste – stworzyć spektakl o kobiecie, która ukrywa się za skrótem HeLa. Myślę sobie, że łatwość ta była jedynie powierzchowna, bo jakże nieoczywiście trudnym jest stworzyć pociągającą i wartościową historię tak, aby nie popaść w nieznośny patos, czy nie skręcić w niebezpieczną stronę naukowego sympozjum.

A Henrietta Lacks była młodą, biedną, czarnoskórą kobietą z Baltimore na południu Ameryki, która w 1951 roku dowiedziała się, że ma wyjątkowo złośliwego raka szyjki macicy. Operacja wycięcia guza i leczenie radem, któremu poddała się w Szpitalu Johna Hopkinsa (jedynym w okolicy, który w posegregowanej rasowo Ameryce leczył czarnoskórych obywateli), mimo że niemal od razu po zdiagnozowaniu, okazało się bezskuteczne. Umarła kilka miesięcy po położeniu się na stół operacyjny, osierocając piątkę dzieci. Podczas zabiegu zostały pobrane komórki macierzyste kobiety, które posłużyły laboratoryjnym badaniom doktora George’a Geya. Gey poświęcił całą swoją naukową karierę badaniu komórek ludzkich, pobierał je od pacjentów szpitala, po czym hodował je na specjalnej pożywce w swoim laboratorium, licząc na to, że będą się one dalej rozmnażać. Bezskutecznie. Do czasu pobrania komórek Henrietty Lacks, które okazały się namnażać i to w niespodziewanie szybkim tempie. Odkrycie Geya dało początek setkom kolejnych badań, dzięki którym wynaleziono, między innymi szczepionkę na polio, skuteczny lek na opryszczkę, grypę, umożliwiły leczenie in vitro i nowotworów. Słowem, HeLa to rewolucyjne odkrycie medyczne XX wieku i… niewyobrażalne pieniądze pochodzące z patentów, czy przemysłu farmaceutycznego. Czy Henrietta wiedziała, jak bardzo jej komórki wpłynęły na rozwój medycyny? Nie, nie zdążyła się dowiedzieć. Czy wiedziała jej rodzina? Nie. Co więcej, gdy się już dowiedzieli nie zobaczyli złamanego centa z ogromnych przychodów, które przyniosły badania na komórkach ich żony i matki. Za niebagatelnym przełomem naukowym i korzyściami z niego płynącymi, stoi niemały problem moralny. Jestem pełna podziwu do tego, w jaki sposób twórcom spektaklu udało się przedstawić tę historię. Aktorski i realizatorski majstersztyk, który bez popadania w patos, pozbawiony dokumentalnego rysu, który stawia wiele istotnych pytań – o etyczność czerpania materialnych korzyści z czyjejś własności bez zgody jego i jego bliskich, o instrumentalne traktowanie człowieka, o rasizm.

8f719d42-8102-4172-9581-d70b83b567e3_830x830

Ubogi w scenografię spektakl (bo stanowi ją tylko stół zastawiony probówkami, ekran projektora i cztery krzesła) kolektywnie wraz z Anną Smolar współtworzyła czwórka wspaniałych aktorów: Sonia Roszczuk (którą po tym projekcie cenię jeszcze bardziej), Marta Malikowska, Maciej Pesta i Jan Sobolewski. Spektakl rozpoczyna się panelem dyskusyjnych, a może raczej talk show, w którym pod gradobiciem pytań Dziennikarki (M. Malikowska) znajdują się Doktor Gey (M. Pesta), Pan Rak (J. Sobolewski) i Owieczka Dolly (S. Roszczuk). Pada seria dwuznacznych pytań, np. o to jak Pan Rak czuje się mając na swoim koncie tysiące istnień, czy jaki stosunek do ludzi ma Dolly, które w połączeniu z użytym przez aktorów językiem dają efekt dość zabawny. Następnie krok w krok za Prowadzącą przechodzimy do Szpitala Johna Hopkinsa i wraz z asystentką doktora Geya –Mary Kubicek (S. Roszczuk) zwiedzamy jego laboratorium.

Kolejne sceny tworzą rodzaj następujących po sobie retrospekcji, w których aktorzy wcielają się w coraz to nowe role. Jest scena słaniającej się z bólu Henrietty (M. Malikowska), jej wizyta w gabinecie ginekologicznym, telefon ze szpitala z informacją ma pani raka, jej operacja i powrót do domu. Jest też scena pobierania przez lekarza próbki komórek Henrietty i wybijające z marazmu odkrycie ich niekończącego się podziału. Aktorzy, w reportażowej tonacji przytaczają kolejne wydarzenia, mówiąc w nich o sobie z perspektywy trzeciej osoby. Koncepcję uzupełnia musicalowe światło rzucane na ścianę w formie półokręgu i stepowanie. Zaraz po przytoczeniach rozpoczynają się sceny kreowane przez wyrzuty sumienia Geya, męczące i racjonalizowane, usprawiedliwiane twardo przez niego wizje obaw, które nigdy jednak nie przeistoczyły się w rzeczywiste zdarzenia.

Dzieci Henrietty, po scenie wyzwisk z cyklu ponadczasowych A twoja stara jest tak stara/ tak gruba, że…itd. i po podsunięciu im pod nos probówek z komórkami matki, zapytano czy za nią tęsknią i jaki mają stosunek do jej nieśmiertelności. Oskarżają Geya o wykorzystanie ich matki i nieudzielenie pomocy ze względu na kolor skóry. Dziennikarka zadaje Geyowi kolejne niewygodne pytania. Bo czy rodzina Henrietty otrzymałaby procent udziału w zyskach pochodzących z badań nad jej komórkami gdyby była biała? Czy kobieta zostałaby poinformowana o pobraniu do badań jej komórek gdyby była bogata, czy lepiej wykształcona? Biorąc pod uwagę sytuację społeczną i silną segregację rasową w ówczesnej Ameryce, można domyślać się, że gdyby Henrietta nie była Afroamerykanką, historia jej rodziny potoczyłaby się inaczej. Co na to wszystko Gey? Odpowiada arogancją i naukowymi zwrotami, pasywną agresją, truizmami i banałami o tym, że przecież gdyby tylko mógł to dla dobra medycyny i nauki, sam oddałby swoje komórki do badań i największą zapłatą byłoby dla niego dobro ludzkości.

henrietta_lacks_galeria_11

Twórcy spektaklu nie opowiadają nam o komórkach HeLa, o nagrodach Nobla i patentach. Nie opowiadają też dosłownie dokumentalnej historii wykorzystanej przez medycynę czarnoskórej kobiety z Baltimore. Zdarzenia te posłużyły stworzeniu projektu, za pośrednictwem którego zadano naprawdę ważne pytania — o etykę, problem rasizmu i granice w postrzeganiu swojej autonomii oraz o podejmowanie nadrzędnych decyzji ingerujących w czyjąś wolność.

 

fot. Rafał Paradowski

Najgorszy człowiek na świecie

Tabu alkoholizmu wśród kobiet, centrum leczenia uzależnień, jednostkowy i społeczny wymiar alkoholizmu, życie przed piciem, w jego trakcie i podjęcie próby utrzymywania się w codzienności bez alkoholu. Wszystko to w spektaklu z repertuaru Teatru Bogusławskiego w Kaliszu, Najgorszy człowiek na świecie, w reżyserii Anny Smolar.

Spektakl powstał na podstawie autobiograficznej książki Małgorzaty Halber o tym samym tytule, gdzie dziennikarka muzyczna, bez kaznodziejskiego i strofującego tonu abstynenta, opowiada o swojej chorobie alkoholowej, leczeniu i podjęciu wyzwania życia w trzeźwości.

Bez nadęcia i kazania przebiega też spektakl, który rozpoczyna się wejściem na scenę przypominającą studio telewizyjne, niepokojące natłokiem kolorów, pasów i miękkich materiałów oraz delirycznego zniekształcenia gaderobianego lustra, pięciu osób. Są to Natasza (Natasza Aleksandrowitch), jej Charakteryzatorka (Izabela Beń), Matka (Izabela Wierzbicka), Asystent (Dawid Lipiński) i Chłopak (Marcin Trzęsowski). Wydaje nam się, że oglądamy właśnie scenę z życia Nataszy – gwiazdy telewizyjnej, przygotowującej się do występu. Jesteśmy świadkami jej dyrektywnego i lekceważącego podejścia do otoczenia oraz  totalnej potulności współpracowników i bliskich.

Zaraz potem, gotowa już do występu Natasza, w czarnej skórzanej kurtce i spodniach z dziurami wchodzi na scenę. Wykorzystany tu mikrofon na statywie i dymiarka będą jej towarzyszyć już do końca spektaklu – wszak przecież jest gwiazdą… W chmurze dymu i na tle wymownej muzyki, z teatralną przesadą, Natasza deklamuje swoją historię picia. Całość daje dość ironiczny, komicznie przejaskrawiony efekt, dzięki czemu udało się uniknąć często obecnego w spektaklach, czy innych projektach artystycznych dotyczących alkoholizmu, moralizującej nuty. Czarny humor, również zostaje z nami do końca, nie ujmując niczym powadze i wadze problemu – brawo!

Zaraz potem, towarzyszące Nataszy osoby wchodzą w role (jakże dobrze nam wszystkim znane) namawiających do picia, ośmieszających odmawiającego, usprawiedliwiających niepicie i urwany film. Wszystko to poprzez wypowiadane jak mantrę, bo pewnie słyszane przez nich niejednokrotnie, hasła.

Wydaje nam się, że życie Nataszy, to życie Halber, że właśnie do niego zajrzeliśmy. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że scena za nami, to psychodrama – część terapii uzależnień, której poddała się bohaterka, że Charakteryzatorka to w rzeczywistości terapeutka – Iza, chłopak, to sfrustrowany, w kryzysie wieku średniego, nauczyciel – Marcin, matka, to ekspedientka, zaniedbująca dzieci pijąca razem z mężem – Iza, a Asystent, to młody grafik, korporacyjny wyjadacz – Dawid.

Drama się kończy, uczestniczy terapii grupowej wracają do kręgu. Opowiadają swoje historie, próbują się uzewnętrzniać, nazywać towarzyszące im emocje, itd. choć to nie proste zadanie. Terapeutka zachęca ich, jak i widownię, która jest częścią kręgu, do znalezienia ról społecznych, w które na co dzień wchodzimy. Iza zachęca do aktywności, pacjenci i widownia podają hasła. Wszak słuchając zwierzeń czwórki bohaterów i zajmując miejsca w kręgu AA, nasuwa się krępująca wątpliwość, czy w naszym stylu picia nie ma niepokojących sygnałów problemu… A na dodatek i jak na złość, aktorzy posługują się swoimi prawdziwymi imionami.

Jak do tej pory, spektakl przypominający patchwork wspomnień, scen i leczenia przebiega zajmująco, angażujemy się w tę świetnie przeprowadzoną, zagraną i skonstruowaną strukturę, przebiegającą bez niepotrzebnej eskalacji, wielkich emocji, patosu. Jak do tej pory… bo docierając do końca spektaklu, w głowie huczała myśl, że mógł się skończyć w tej chwili! Co prawda bez osiągnięcia jakigokolwiek katharsis, ale uniknęlibyśmy dzięki temu rozczarowującego upadku spektaklu, po którym nie udało się go już odbudować na nowo.

Otóż zaintrygowani i przejęci rozkręcającą się właśnie narracją, dowiadujemy się, że teraputka Izabela jest aktorką Izabelą [sic!] i już nie wie co ma dalej grać. Aktorzy raz na zawsze wychodzą ze swoich fantastycznie prowadzonych ról, przyznają że nikt z nich nie jest alkoholikiem i że wszyscy spędzili godziny na mityngach AA, terapiach grupowych i markowanych terapiach indywidualnych, aby właściwie przygotować się do spektaklu. Bez sensu to wszystko i niepotrzebnie…

Rodzi się jeszcze nieśmiała próba powstania z martwych, w scenie, kiedy Natasza ilustruje gestem przytaczany przez terapeutkę opis schematu przebiegu uzależnienia, na  przykładzie hazardu, czy też zabawna i ujmująca ostatnia scena – bawiących się na trzeźwo aktorów (bo przecież można, prawda?), ale to raczej uśmiech tęsknoty za utraconym, bo zawód pozostaje. Niestety, bo mogło być fantastycznie do końca…

fot. Bartek Warzecha

%d blogerów lubi to: