Na obraz i podobieństwo swoje

Spektakl w reżyserii Piotra Trojana Na obraz i podobieństwo swoje otwiera następujący komunikat — wszystko, co zaraz zobaczymy, to historia prawdziwa, choć jeszcze się nie wydarzyła. Domyślamy się zatem, że jest to sprawa sąsiedzko wręcz popularna, że prawdopodobna jest w naszym mieście, na naszej ulicy, w mieszkaniu pod nami. Rzecz bowiem dzieje się w małym, polskim miasteczku XYZ, czyli wszędzie. Pojawia się tutaj ,,piękna pani z telewizji”, która realizuje właśnie programu o charakterze reality show. Dziennikarka rozmawia z mieszkańcami miasta w ich domach, podgląda ich codzienne życie, a relację jej projektu można obejrzeć w telewizji! już kilka dni po zakończeniu zdjęć. Zwieńczeniem przedsięwzięcia są puste ulice miasta i ,,szyby niebieskie od telewizorów”. Oraz… rywalizacja o wyprawę na Marsa. Inspiracją do powstania spektaklu była postać holenderskiego biznesmena Basa Lansdorpa i jego projekt MARS ONE, który zakładał budowę osiedla ludzkiego na Marsie. I to właśnie w miasteczku XYZ trwa casting mający wyłonić dwójkę najbardziej odpowiednich do owej misji, osób.

W ten sposób poznajemy mieszkańców miasteczka z imienia i ciała. Tak, ciała. Bo jego kult jest ważnym elementem spektaklu, na osi którego zbudowana została cała dramaturgia. Ciało oraz jego niedoskonałość i ułomność, wiążący się z tym wstyd i narastające poczucie niedostosowania, zaniżania samooceny, czy depresji.

Pierwszy prezentuje się Eryk (Grzegorz Gołaszewski). 19 — letni homo sapiens płci męskiej, z rodziny: kulturysta, rodzaju: drech, napinający przed nami swoje mięśnie, prężący się do kamery. Eryk spędza całe dnie na siłowni, tam dba o szybki przyrost masy mięśniowej. O jego muskulaturę troszczą się spożywane przez niego różnego rodzaju anaboliki oraz jego matka (Martyna Zaremba – Maćkowska)… kobieta zaborcza, manipulująca synem, która kocha w sposób chory, zachłanny i totalny, niemal kazirodczy. Sprawiając pozory liberalnej, nie radzi sobie z dorastaniem syna, zazdrosna o pojawiające się w jego otoczeniu kobiety. Przygnieciony bezlitosną miłością, Eryk, nie spotyka się z żadną dziewczyną, korzysta za to z usług infolinii erotycznej. W wolnych chwilach prowadzi vloga o wyciskaniu, uzupełniając go interaktywnym coachingiem.

O życiu na Marsie najbardziej marzy odszczepieniec Piotr (Nikodem Kasprowicz) — brat Eryka, całkowicie pomijany, nierozumiany przez bliskich i znajdujący się w  swojej rodzinie, jakby przez przypadek… Wyróżniający się intelektem i AIDS, śpi w pościeli w kosmiczny motyw, referuje naukowe, pozaziemskie wiadomości, które nikogo poza nim nie interesują. Zastosowany tu został bardzo stereotypowy, mocno spłaszczony i dosłowny zabieg zestawienia braci na zasadzie totalnych przeciwieństw. Proste to bardzo i banalne… jak kreacja reszty bohaterów, których ułomności rozwiązujemy po ich pierwszych słowach.

Na scenie pojawiają się dwie dziewczyny oraz ich babcia. Jedna z młodszych kobiet, bardzo szczupła, ubrana w kostium imitujący panterkę, druga cała w jeansie, diamencikach i doczepianych blond włosach. Klasyczny, choć powierzchowny, rzecz jasna, obraz dziewczyny dresa. Plotkują, śmieją się, wypełniają za wolno płynący czas i nudę dogryzaniem publiczności. Ich śmiech jest zaraźliwy, żarty kiepskie. Okazuje się jednak, że pod maską pewnych siebie i wulgarnych, kryje się wiele kompleksów i problemów z akceptacją siebie. Jednym z nich jest zaburzenie odżywiania – anoreksja. Cierpiąca na jadłowstręt psychiczny dziewczyna (mowa o tej ubranej w panterkę) poddaje się operacji zmniejszenia wagi w szemranej klinice, w wyniku czego traci nogę. W tej roli Alicja Juszkiewicz. Druga kobieta (tutaj debiutująca Anna Langner), o małomiasteczkowej mentalności, od lat wirtualnie spotyka się z Erykiem. Z ich pierwszej randki w realu nic jednak nie wychodzi. Nic oprócz gagu z reklamówką, która jest głównych tematem ich rozmowy i zainteresowania spotkaniem. To najbardziej udana scena w całym spektaklu, w czym duża zasługa świetnej kreacji scenicznej Gołaszewskiego.

Babcia dziewcząt (Irena Dudzińska), która gdy tylko pojawia się na scenie, w srebrnych butach ze świecącą na zielono podeszwą wiemy, że nieubłaganie zbliża się scena z nieakceptowaniem swojego wieku oraz starzejącego się ciała i wynikających stąd ograniczeń. Babcia zwierza się wnuczkom, że chce umrzeć, że nie znosi zapachu starej skóry, jej zwisów i wiotkości. Mówi, że brakuje jej seksu.

I wreszcie, na scenie pojawia się mężczyzna, wypowiadający się słowami Starego  Testamentu. Typuje Piotra i Babcię do misji na Marsa. Mówi do nich ,,idźcie i rozmnażajcie się!” Piotr chory na AIDS i kobieta po menopauzie. Czy to bóg? Czy to nasz holenderski bogacz? Kto jest twórcą projektu Mars One? Nie wiem… Wychodzi jednak na to, że bogu w trakcie aktu tworzenia ewidentnie coś nie wyszło. Albo, jeśli stworzył mieszkańców miasteczka XYZ, jak wszystkich innych na Ziemi, na obraz i podobieństwo swoje, nie może być doskonały…

Spektakl ten, to streszczenie społeczeństwa klasy B, bogaty w gagi i proste rozwiązania, wpisujący się w trend wykorzystania nowych mediów (w tym przypadku dziewczyna z kamerą i zbliżenia, które są absolutnie niepotrzebne i drażniące) i wulgarności podwórka. To mógłby być bardzo dobry spektakl o świadomości swoich niedoskonałości, rys i skaz, o podejmowaniu walki na przekór stereotypom i wstydowi. Dowiadujemy się za to, że taka walka zwyczajnie nie ma sensu, bo nie wiadomo co określa zwycięstwo, a wszechogarniający, wszechobecny kult ciała niszczy i zabiera jasność umysłu.

Fot. Jakub Wittchen


Ambona Ludu

Słysząc Ambona Ludu (tytuł najnowszego spektaklu zrealizowanego w Teatrze Nowym w Poznaniu), zastanawiałam się co to może tak naprawdę oznaczać? Czy z ambony – na wzór kościelnej organizacji usłyszymy kazanie, czy może ktoś będzie moralizował i nauczał, mówił o rzeczach, których słuchać nie chcemy, albo co gorsze – głosił prawdy oczywiste? Czy to raczej z myśliwskiej, leśniczej perspektywy, ktoś będzie nas z tej ambony obserwował? Widziałam plakat – po biało czerwonych częściach materiału spiętych agrafką, domyślać się można było, że sprawa dotyczyć będzie Polaków, podzielonych Polaków.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną oraz bardzo wyraźny podział społeczeństwa, byłam zaintrygowana, a i pełna obaw o niepotrzebny patos i powtarzalność. Bałam się, że usłyszę jedynie wszystko to, czego mogę dowiedzieć się z wieczornych wiadomości. Szczerze mówiąc kilka ostatnich premier nie rozpieszczało artystycznie poznańskiej widowni, stąd mój niepokój o kolejne rozczarowanie i refleksję brzmiącą: ale po co?, narastał. Mimo obaw Ambona Ludu okazała się spektaklem świeżym, konsekwentnym, świetnie zagranym, porażająco groteskowym, niestety realnym.

Spektakl wyreżyserowany został przez dyrektora Teatru Piotra Kruszczyńskiego, który pełni tę rolę od 2011 roku. Tekst napisał znany polski pisarz, poeta, zdobywca prestiżowej nagrody literackiej Nike za swoją powieść Gnój, Wojciech Kuczok. Trzeba przyznać, że połączenie gwary poznańskiej, dresiarskiego slangu, pseudoartystycznego bełkotu oraz fragmentów z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, rysuje w rezultacie bardzo zabawne i co niezwykle ważne, interesujące, pociągające i wartkie w przebiegu dzieło. Dramaturgią zajął się Michał Pabian i przyznać trzeba, że stworzyli z Kuczokiem świetny duet.

Wchodząc na widownię, czuć było zapach… no właśnie, czego? Chyba najtrafniejsza odpowiedź, to jesieni. A to za sprawą liści, którymi przykryta była cała scena i brzozowych pni umocowanych blisko siebie, naśladujących las. Na środku metalowa, czerwona ambona. Zatem wiem już, że ktoś tu będzie kogoś obserwował, być może ktoś tu będzie na kogoś polował. Tę świetną scenografię wykonali Sandra Stanisławczyk i Krystian Szymczak.

W lesie tym, metaforze Polski spotykają się przedstawiciele różnych grup społecznych, skłóconych, nierozumiejących się, spierających nawzajem. W normalnych warunkach pewnie by ze sobą nie rozmawiali. W normalnych, ale ta brzezina to nie są zwyczajne okoliczności. Ci ludzie znaleźli się tu nie wiadomo dlaczego, ale wiadomo po co – żeby rozmawiać. Miała tu zapewne powstać pewna wspólnota. Tylko jak pogodzić stadionową łobuzerkę z artystami? Jak pogodzić patriotów namaszczonych katolicyzmem z liberałami? Jak pogodzić Polaków?!

Spektakl rozpoczyna się od polecenia ubranego na galowo chłopca (w tej roli zamiennie Daniel Brzozowski, Szymon Janicki, Ksawery Miecznik z Poznańskiego Chóru Chłopięcego) „Do hymnu!” i nie spodziewajmy się, że usłyszymy Mazurka Dąbrowskiego, otóż z głośnikach wybrzmiał hymn poznańskiego Lecha. Wewnątrz pytanie: czy to rzecz o kibicach? Też – o namaszczonych siłą, patriotyzmem, mających coraz więcej do powiedzenia kibolach. Porozumiewających się prosto, acz dobitnie, bo w końcu silniejszy wygrywa. Ale tylko między innymi o nich, bo jest ich, czyli reprezentantów różnych grup społecznych w tym spektaklu, jeszcze kilku.

Jest i polski piłkarz (Andrzej Niemyt) o mentalności europejczyka polskiego pochodzenia, piłkarz, bardzo przystojny i bardzo zaangażowany w swoją powierzchowność, pozujący do selfie z żoną Kasią (Karolina Głąb). Kasia nazywa się wymownie – Dzióbińska, jest wyzywająca, stereotypowo śliczna i stereotypowo próżna, wygodna i infantylna. Była dziennikarka magazynu dla kobiet, kręci teraz filmiki na swojego bloga o profilu kulturalnym. Dlaczego zajęła się kulturą? Bo chciała zająć się czymś ambitniejszym niż pozowanie dzióbków do selfie i pisanie o modzie. W brzozowym lesie kontynuuje swój cykl wywiadów z najmniej interesującymi ludźmi.

Są przedstawiciele światka artystycznego: aktorka z depresją przygotowująca się do roli Racheli z Wesela – Maria (Maria Rybarczyk), Mariusz (Mariusz Zaniewki) – aktor wazeliniarz oraz mój osobisty idol, jeśli chodzi o postać sceniczną, bełkoczący frazesami na temat swojej wizji dzieła – reżyser Mieszko (Mateusz Ławrynowicz). Na przeciw tego teatru, można by rzecz nowego, mamy aktora teatru rekonstrukcyjnego, historycznego, nomen omen ojca Dzióbka (Aleksander Machalica).

Zdaniem kibiców (a w spektaklu jest ich dwóch i w tych rolach Filip Frątczak oraz Marcin Kalisz), prawdziwych rzecz jasna patriotów, dla których Polska to matka, teatr nowy to tylko pedały jeżdżące na wrotkach, natomiast prawdziwy to teatr historyczny, polski, katolicki. Nie jest to zresztą jedyna dziedzina sztuki, na której temat kibice się głośno i stanowczo wypowiadają. Mamy jeszcze malarstwo, gdzie liczyć się, a i istnieć powinien wyłącznie Kossak i Matejko, a nie jakieś tam awangardowe bohomazy.

Z przedstawicieli kultury mamy jeszcze starszego pana, tytułującego się culture menager, niedoszłego aktora teatralnego (Zbigniew Grochol).

Na scenie jako pauza, głos narracji i obserwacji pojawia się dwa razy, starsza kobieta (Daniela Popławska) – zapewne naukowiec, która czyta w sposób pięknie zmanierowany tekst ilustrujący jej doświadczenia codzienne. Śmiejemy się z tych opowieści, choć są przerażające. Przerażające bo chyba każdy z nas doświadczył jakiejś gałęzi agresji, o której mówi i przerażające bo śmiejemy z tego się – a prawi o wulgarności, o imbecylach, o agresji fizycznej i werbalnej, o przemocy i znieczulicy przypadkowych uczestników i ich hipokryzji. Swoje wypowiedzi puentuje łamiącym się głosem, że… „pierdoli taki kraj, pierdoli taką Polskę, taką ojczyznę.” pewnie nie jeden widz pierdoli taki kraj razem nią…

Wydawałoby się, że na scenie mamy socjologiczny przekrój przez całą Polskę. I niby tak jest, choć jest to przekrój całkiem stereotypowy. Nasze zadanie by z tych stereotypów  rzeczywiście wyciągnąć prawdę.

Dlaczego stereotypowo?

A bo kibole, dresiarze, to łyse umięśnione, wulgarne półgłówki, dla których liczy się zaspokoić jedynie najniższe potrzeby z piramidy Maslowa; ich żony to wyzywająco umalowane, w kusych spódniczkach, też niezbyt mądre kobiety (choć obecna tu żona jest psycholożką nie odbiega bardzo od przytoczonego stereotypu – w tej roli świetna Małgorzata Łodej – Stachowiak).

A aktorzy to zadufani w sobie, będący zaangażowani jedynie w proces tworzenia roli ludzie. Nawet chęć romansu Marii z kibolem, wydaje się być nie do końca szczera. Być może aktorka chce w ten sposób mówiąc slangiem „wejść w rolę” – „wejść w romans z chłopem”.

A bo piłkarz ma pieniądze i ładną żonę, a żona piłkarza niezbyt rozgarnięta, ale za to… ładna.

A stary człowiek to konserwatywny tradycjonalista, prawiący o zuchwałym podejściu dzisiejszej młodzieży do historii.

I mówiąc to wszystko, nadal całkiem szczerze twierdzę, że to naprawdę przyzwoity spektakl, warty polecenia. Bo koniec końców do nas należy refleksja i do nas należy analiza, do nas należy weryfikacja wrażenia.

Zapraszam do Teatru Nowego w Poznaniu! Uśmiejecie się, a i wyjdziecie z tak zwanym czymś. A może ktoś z was znajdzie odpowiedź na pytania: jak rozmawiać, jak się porozumieć, jak stworzyć wspólnotę, jak żyć w jednym kraju i się nie pozabijać?

Ja permanentnie szukam…

P.S. a ta ambona, to trochę do obserwacji, trochę do postawy ad cathedra, a i trochę do kazania.

 

fot. Jakub Wittchen