Star Worst

Ze Star Worst nie wyszłam, wbrew oczekiwaniom i zapewnieniom twórców, szczęśliwa. Artyści w zapowiedziach informowali, że zajmują się wyłącznie tym, co kochają i kochają to, co robią. W co oczywiście nie śmiem wątpić, ani czego nie mam nawet najmniejszego zamiaru podważać. Wszystko to, co przesyłali ze sceny miało skłonić widzów i świadków do tworzenia, zwyczajnie sprawić przyjemność. Ja jej nie odczułam. Niestety…

Teatr Kotorogo, to petersburska formacja, której nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza Teatr, którego nazwy nie wolno wypowiadać. Ich aktywność to teatr łączący w sobie elementy pantomimy, klaunady, teatru kukieł i komedii. Wszystko to w rezultacie przypomina teatr uliczny, umieszczony tym razem na scenie w Republice Tłusta Langusta w ramach tegorocznej, 27. edycji Festivalu Malta.

Teatr Kotorogo tworzy czwórka aktorów, trzech mężczyzn i jedna kobieta. Troje z nich grało na instrumentach: perkusji, akoreonie i gitarze, śpiewając przy tym znane z pop kultury motywy (intro ze Star Wars, Spice Girls) oraz utwory w języku rosyjskim. Jeden z artystów uprawiał rozmowę i flirt z widzem.

Gdy się pojawili, w blond peruce, skarpetach, i plastikowych okularach, pomyślałam, w porządku, może ich kiczowata prezencja, to tylko powierzchowność, może to po prostu taki żart. I choć pewnie tak było, to poziom tandetności całego przedstawienia pozostał dla mnie totalnie nieakceptowalny. Byłam nim mocno zmęczona.

Zmęczona zabawnym nawet, ale tylko na początku, tłumaczeniem przez członkinię zespołu tekstu z rosyjskiego na angielski, głosem jednostajnym i pozbawionym emocji niczym lektor ze słabych produkcji.

Znużona otwierającą spektakl i ciągnącą się nieznośnie sceną gniecenia z papieru, animowanym następnie przez aktora, podarunków dla widzów, ich córek i synów (mieczy, ptaków, łosi i lalek), która z każdą kolejną minutą trwania bezpowrotnie traciła swój dowcip.

I dalej, zdumiona stereotypowym ujęciem w pantomimę modelu zachowania kobiety i mężczyzny. Kobiety mówiącej piskliwym głosem, poruszającej się na obcasach, będącej wyniosłą i zimną, lecz tylko do czasu, kiedy nie wpada w tarapaty, z których ocalić może ją jedynie i nie kto inny, jak silny i odważny mężczyzna.

Zażenowana fragmentem bazującym na zapraszaniu przez reżysera (kolejna odsłona głównego aktora, mima) na scenę publiczności i angażowanie ich w odgrywanie przy pomocy kartonowych masek i mieczy z metrówki ról z Gwiezdnych Wojen, kiedy to ze wzrokiem wbitym w podłogę modliłam się, żeby nie wybrano akurat mnie. Zaskoczeni widzowie, pomimo początkowego oporu poradzili sobie z tym tremującym zadaniem nadzwyczaj dobrze. Ich skrępowanie i onieśmielenie z kosmicznymi pomysłami Kotorogo świetnie się zgrało i dało zabawny efekt. Choć powtarzam, za nic w świecie nie chciałabym być na miejscu wzdychającej do niebios, kołyszącej biodrami, księżniczki Lei, o którą toczy się męska walka na ,,miecze”.

I na koniec osłupiała sceną, w której aktor – mim zaprasza na scenę kolejną kobietę, zdejmuje spodnie, spod których wyłania się niebiesko – czerwony motyw Superbohatera i markuje bynajmniej dwuznaczną sytuację intymną. No nie… pomyślałam: naprawdę? Naprawdę to zrobił? Otóż naprawdę. I dla mnie było to zupełnie nieśmieszne i dowcipne.

Wrażenia tego nie wymazało nawet wspólne klaskanie i podnoszenie kolan do Kalinka Kalinka Maja.

Być może starzy bywalcy Malty, którzy pamiętają jeszcze jej uliczny charakter pierwszych edycji, śmiali się z rozrzewnienia, być może przytłoczeni ilością, czy trudem w rozumieniu performansu, odetchnęli z ulgą, że to wreszcie coś prostego i lekkiego. A może po prostu i zwyczajnie świetnie się z Kotorogo bawili. Nie chcę wartościować ich uśmiechu. Cieszę się jedynie, że ta męcząca godzina dobiegła wreszcie końca i że była tylko godzina.

Na koniec powtórzę raz jeszcze – nie wyszłam ze spektaklu szczęśliwa, a raczej przytłoczona jego jarmarcznością. Choć byli tacy, którzy się śmiali. Wydawało się, że szczerze…

 

 

fot. Materiały prasowe Malta Festival 2017