No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig.

Nástio Mosquito, zaledwie trzydziestoletni artysta wizualny, autor performansów, happeningów, projekcji audiowizualnych, angolskiego pochodzenia. W swoich pracach, refleksję nad konfliktami targającymi współczesnym światem miesza z żartem, wyrażając tym samym swoje zaangażowanie polityczne. Jego projekty wystawiane były w największych ośrodkach sztuki współczesnej na świecie — MoMa w Nowym Jorku, czy Tate Modern w Londynie. W Polsce jego prace po raz pierwszy zaprezentowane zostały podczas Malta Festival 2019 (artysta był kuratorem Festiwalu i autorem tegorocznego idiomu: Armia Jednostki/Army of the Individual). To happening Waginokracja, do którego Mosquito zaangażował widzów. Poprosił ich o przesłanie filmów z narodzin ich dzieci, aby stworzyć z nich audiowizualny kolaż. Miał być on hołdem oddanym ludzkiej godności. Drugi ze wspomnianych performansów, to No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig, czyli najlepsza sesja karaoke na świecie, zapowiedziana przez kuratora w programie festiwalowym, tak: 

»KARAOKE JEST TO DUPY!!!«. Tak, przez ostatnie 25 lat tak właśnie myślałem o tej pozaspołecznej aktywności.

A teraz…

Nie mam zespołu.

Nie mam wstydu.

Nie mam żadnych interaktywnych umiejętności. Mam w dupie aplauz. Tylko miłość…

Mam coś, czym mogę się podzielić.

Mam piosenki i z nimi najlepszy występ karaoke na świecie.

Cóż…, miałbym, gdyby było to prawdziwe karaoke i gdybym faktycznie znał słowa piosenek.

maxresdefault

Kiedy wchodzimy w do Sali Wielkiej CK Zamek, Mosquito jest już na scenia, siedzi przy komputerze, zarządza muzyką i wyświetlanymi na tyle sceny obrazami. Zaczyna mówić. Mówi szybko, zrywami, tak jakby jego głos nie nadążał z werbalizowaniem myśli, markuje jąkanie. Jego monologi przypominają przyśpieszone nagranie z płyty, która co jakiś czas się zacina.  Formuła performansu ma przypominać prawdziwe karaoke. Z naciskiem na słowo przypominać. Nie jest to bowiem rozrywka do jakiej przywykliśmy, nie ma tu znanych melodii i zafałszowanych amatorskim głosem dźwięków. Muzyka, słowa i zdjęcia/filmy są autorstwa Mosquito i słyszymy je po raz pierwszy, nie włączamy się do jego performansu, choć on bardzo by tego chciał. Artysta próbuje nawiązać kontakt z publicznością, komentuje kasłanie, wychodzenie widzów, czy ich wibrujący w kieszeni telefon. Droczy się z nami, zaczepia nas, prowokuje do reakcji, chce rozmawiać. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie sprawdziłam jednak swojej hipotezy bo podobnie jak reszta festiwalowej publiczności siedziałam cicho na swoim miejscu, uśmiechając się tylko co jakiś czas pod nosem. Kluczem do analizy takiej formuły może być tekst kuratorski oraz wywiad, który z artystą przeprowadziła Natalia Szostak.* Mosquito mówi w nim o powracającej do korzeni, Polsce. Do tradycji, tylko nie tej, do której warto i o której zapomniano. Przypomina o podpisaniu w 1573 roku konfederacji warszawskiej zapewniającej wolność religijną i nazywa Polskę ówczesną cholerną mekką kosmopolitycznego świata. Szuka przyczyny tak silnego zwrotu ku konserwatyzmowi, kraju który w XVI wieku był tak postępowy i tolerancyjny. Mówi: [podpisana w XVI wieku konfederacja] to jest nowoczesne dziedzictwo, którym Polska powinna się chwalić na cały świat. A tymczasem politycy wolą się odnosić do nacjonalizmu, ksenofobii. Nie mogę tego zrozumieć. To według mnie jeden z ważniejszych cytatów tegorocznego Festiwalu.

Poza tym Polacy jako naród, raczej nie są zbyt ekstrawertyczni, otwarci, czy spontaniczni. Dlatego tym bardziej uważam, że Mosquito z premedytacją wybrał performanse, do których podczas Malty chciał włączyć polską, poznańską publiczność. Wszak najliczniejszą podczas Festiwalu była grupa poznańskich widzów właśnie. Pod względem koncepcyjnym przypomina to Drugi Spektakl w reżyserii Anny Karasińskiej z Teatru Polskiego w Poznaniu (premiera 13 maja 2016 roku), którym artystka kpi z mieszczańskości i sztywności Poznaniaków, wyciąga ich ze strefy komfortu.

No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig to chaotyczna, głośna sesja przeplatających się ze sobą form: przemowa, muzyka, film, śpiew. Karaoke, banalna rozrywka, która ma nas sprowokować do wyjścia ze swojego zamknięcia i spięcia. Tym razem się nie udało. Ale pewnie to kwestia czasu. W to chcę wierzyć!

Podsumowując, szczerze nie znoszę karaoke, to dla mnie jeden z najgorszych sposobów, w jaki mogłabym spędzać swój czas. Muszę przyznać, że No.One.Gives.A.Mosquito’s.Ass.About.My.Gig. było najciekawszą sesją karaoke na jakiej byłam w życiu i jedyną, którą chciałabym powtórzyć.

* Gazeta Wyborcza nr 126/2019 (31.05.2019)

fot. materiały prasowe Malta Festival 2019

Rewolucja, której nie było

Iwona Hartwich — jedna ze strajkujących przez 40 dni w polskim Sejmie matek dorosłych osób z niepełnosprawnościami — została SUPERBOHATERKĄ ,,Wysokich Obcasów” 2018. Jednogłośnie, decyzją kapituły plebiscytu i Czytelników. Nominowana za to, że otworzyła oczy Polaków na los dorosłych osób z niepełnosprawnościami. Zapytana w wywiadzie przez Monikę Redzisz* co podczas strajku było najgorsze, odpowiedziała: Te pełne pogardy słowa… Jak sobie przypomnę, co mówiła pani Krynicka – że znajdzie paragraf na rodziców. Poseł Żalek mówił, że z dzieci robimy żywe tarcze i że nie wolno nam dać pieniędzy do ręki. Dla pana Karczewskiego byliśmy epidemią. Pani Szydło wolała sobie pływać po Dunajcu, a kiedy wreszcie się zjawiła w Sejmie, nie raczyła nawet do nas podejść. (…) Prezydent, który najpierw dał nam nadzieję, a potem o nas zapomniał. Premier Morawiecki z kolei okłamywał społeczeństwo, twierdząc, że osoba niepełnosprawna dostaje 3 tys. zł miesięcznie. A pamiętacie komentarz hejtera, w którym wypomniał jednemu ze strajkujących niepełnosprawnych, markowe buty? A niewybredne wypowiedzi na temat matek, które zamiast opiekować się swoimi niepełnosprawnymi dziećmi, ciągają je pociągami po Polsce? Albo że siedzą te matki niewdzięczne w domach, nie muszą pracować, bo za darmo! dostają pieniądze, z naszych, ciężko pracujących Polaków, podatków? Dostają i jeszcze narzekają skubane!

Czy naprawdę w takiej Polsce, gdzie osoba niepełnosprawna w ramach pomocy może liczyć na litość, gdzie jest wykluczana z życia społecznego i szczelnie owijana tabu, żyję? Chcę wierzyć, że nie! Że ta głośna grupa hejtu, to tylko jej część. Cieszy mnie wygrana pani Iwony w plebiscycie na SUPERBOHATERKĘ i cała jestem poparciem dla strajkujących! Bo ten protest nie skończył się w ubiegłym roku w Sejmie. On nadal trwa.

Teatr-21-Rewolucja-ktorej-nie-bylo-fot-Grzegorz-Press-8

Wyrazem tego jest spektakl Teatru 21 Rewolucja, której nie było, w reżyserii Justyny Sobczyk, który zobaczyłam w poznańskim Centrum Kultury Zamek, w ramach cyklu Teatr Powszechny.

Wrażliwość, pracę, spojrzenie, szczerość i spontaniczność Teatr 21 uwielbiam ponad wszystko i kocham całym sercem! Ale gdy osoby niepełnosprawne, osoby z zespołem Downa komentują strajk, w którym wagą jest ich godność i godność ich rodzin, to ma to moc wszechpotężną, torpedującą! W tych okolicznościach niewiele trzeba by było zrobić, żeby wbić widownię w krzesło, a tymczasem zrobiono tyle, że spadł na nas grad emocji, mądrości i siły!

Spektakl podzielony jest wyraźnie na dwie części. Pierwsza to przypomnienie, komentarz wydarzeń ze strajku, druga to to, co odbyło się po nim i odbywa nadal.

W części pierwszej, wypełnionej po brzegi transparentami z protestu, aktorzy i aktorki Teatru 21 (Teresa Foks, Daniel Krajewski, Maja Kowalczyk, Barbara Lityńska, Aleksander Orliński, Aleksandra Skotarek, Magdalena Świątkowska, Piotr Sakowski) oraz Maciej Pesta, który gra strażnika sejmowego, Beata Bandurska i Martyna Peszko, grające tu matki, za pomocą prostych środków, jak krótkie scenki dramowe, odnoszą się (nie rekonstruują) do postawy wobec niepełnosprawnych, prezentowanej przede wszystkim przez polityków, ale także wszystkich tych, którym niewidzialność osób niepełnosprawnych, brak ich aktywności w życiu społecznym, zepchnięcie do strefy dla ich dobra, odpowiada.

W części drugiej spektaklu aktorzy i aktorki mówią głośno o potrzebie ich traktowania nie przez pryzmat ich niepełnosprawności, odrzucają litość. Chcą, żeby społeczeństwo (nie tylko ich bliscy) zobaczyli w nich ludzi, którzy marzą, mają plany, potrzeby, ambicje, którzy chcą brać śluby, tańczyć na nich i spędzać noce poślubne w Dźwirzynie, chcą być gwiazdami rocka i się całować.

Martyna Peszko w jednej ze scen opowiada, że czasami czuje się nienormalna, odbiegająca od jakiejś odgórnie przyjętej normy — nie ma dzieci, choć jej rówieśnicy w większości je mają, ma problem z zarządzaniem swoimi finansami, gubi rzeczy, jest roztargniona (mimo że przeczytała informację o odłączeniu wody w mieszkaniu, zrobiła sobie maseczkę, której potem z wiadomych powodów nie mogła zmyć). Koledzy w szkole mówili do niej: Martyna, ty Downie i ona sama czasami myśli o sobie, Martyna, ty Downie. Ta krótka scena uzmysławia jak płynne jest pojęcie normy społecznej i jak bywa ono niesprawiedliwe. Bo niby dlaczego osoby niepełnosprawne są niejako z urzędu poza każdą z tych norm?

Rewolucja, której nie było to rzecz jasna spektakl odnoszący się bezpośrednio do protestu dorosłych osób niepełnosprawnych i ich rodzin w polskim Sejmie, w 2018 roku. Ale także, a może przede wszystkim, dyskurs na temat niewidzialności osób niepełnosprawnych, egzemplifikacja ich wykluczenia, wyrzucenia przez społeczeństwo na margines, odebrania im prawa sprawczości, decydowania o swoim rozwoju, artykułowania potrzeb.

Chcę wierzyć, że po proteście w Sejmie, po Rewolucji, której nie było, osoby niepełnosprawne stają się… widoczne.

Iwona Hartwich:

Oczywiście, że mam [jeszcze siłę do dalszej walki]! (…) protesty są bardzo potrzebne, bo kiedy nas tam nie ma, to bardzo szybko o nas zapominają. O najsłabszych nie pamięta się długo. Dlatego muszę wracać i przypominać.*

Pamiętajmy, nie tylko gdy nam o tym przypominają…

 

fot. Grzegorz Press

* Mamy supermoce [w:] Wysokie Obcasy, nr 15 (1029), 13 kwietnia 2019

Cyrkostrada

La strada, wędrostrada, tabustrada, Cyrkostrada! Tak! bo wszystkie te cztery przedrostki strady były, mam wrażenie, inspiracją z której zrodził się pomysł na zaprezentowany 10 grudnia, w Centrum Kultury Zamek, spektakl.

Dlaczego La strada? Bo już w stworzonym przez organizatorów opisie spektaklu możemy przeczytać o impulsie jakim był film Federico Felliniego z 1954 roku o tym właśnie tytule. Dla przypomnienia La strada, to obraz który opowiada o silnej więzi emocjonalnej łączącej cyrkowego siłacza i jego towarzyszkę podróży. Ale to też błazeńska tragedia, w której cyrkowe sztuczki i stylistyka wdzierają się do pokiereszowanej wojną codzienności, gdzie lawiruje się, wije, balansuje niemal jak na cyrkowej linie, pomiędzy radością, a rozpaczą. Zupełnie jak w sobotnim spektaklu.

Dlaczego wędrostrada? Bo obecny jest tu i mocno zaznaczony topos wędrówki, podróży. Podróży przez życie, przez wspomnienia, zakamarki pamięci i duszy, emocje, relacje, przez ból i rozpacz, przez niewypowiedziane zdania, niezadane pytania i niedokonane ruchy.

Tabustrada? Bo spektakl to pole konfrontacji z niewygodnymi, krępującymi dla niezaangażowanej emocjonalnie w temat osoby, z bolesnymi często wspomnieniami aktorów. Bo spektakl to swego rodzaju próba zredefiniowania ekspresji, przede wszystkim ruchowej, performerów, ich społecznej i artystycznej obecności i wypowiedzi.

I w końcu tabu, bo aktorami, o których mowa, którzy prowadzą widza przez kolejne sceny ze swojego życia, to seniorzy – grupa zagrożona wykluczeniem, grupa marginalizowana.

A dlaczego cyrkostrada? A między innymi za sprawą feerii barw, cyrkowej dynamiki i ekspansywności, dziarskiej muzyki i klaunowskich, połamanych ruchów oraz fantastycznych cyrkowych kostiumów wykonanych przez Kuluza Studio,

Gdy tylko połączymy te cztery impulsy, te cztery inspiracje i historie, to kreuje się przed nami Cyrkostrada, spektakl prezentowany w ramach Teatru Powszechnego, czyli całorocznego projektu performatywnego Centrum Kultury Zamek. Projekt ten złożony jest ze spektakli tworzonych przez osoby z grup zagrożonych wykluczeniem ze względu na wiek, pochodzenie, czy stan zdrowia. Powszechność tego przedsięwzięcia oznacza wdrożenie efektów współpracy marginalizowanych grup oraz osób ze środowiska teatralnego w pełną i bez przypisu „inny”, przestrzeń życia teatralnego. Powszechny oznacza też uniwersalny, co odnosi się do procesu twórczego, autokreacji, wyrażania siebie, który przebiega tak samo bez względu na metrykę, miejsce urodzenia, czy posiadanie oceny według ICD-10.

Cyrkostrada, to nie pierwszy spektakl, który powstał w ramach Teatru Powszechnego. Poznańska publiczność miała już przyjemność oglądać tej jesieni, między innymi realizację Terrarium, którą tworzą aktorzy teatru Usta Usta Republika wraz z grupą teatralną Wikingowie – mieszkańcy Ośrodka dla Bezdomnych Nr 1 w Szczepankowie. Kolejny to Na Wysypisku grupy teatralnej Nowi w Nowym pod opieką artystyczną Ewy Szumskiej. Aktorzy tego projektu to uczestnicy warsztatu terapii zajęciowej Przylesie, działające przy Stowarzyszeniu na Tak.

Natomiast wspólnym mianownikiem Cyrkostrady, jak i prezentowanych wcześniej w Centrum Kultury Zamek przedstawień: Upadły Anioły i Święto Wiosny, są aktorzy: seniorzy oraz juniorzy , jak i nazwisko pomysłodawczyni i reżyserki czyli Iwona Pasińska – choreograf, teatrolog, pedagog oraz założycielka Fundacji Movements Factory.

Zaproszenie do projektu dzieci i seniorów wydaje się być bardzo ciekawym zabiegiem. Skonfrontowanie bowiem tych dwu grup oznacza zestawienie dziecięcej beztroski i bezkompromisowości z bogatym doświadczeniem życiowym starszych, którzy przez pryzmat wielu przeżyć widzą całą feerię barw pomiędzy zero – jedynkową czernią i bielą.

Spektakl rozpoczyna głos zza sceny, opowiadający pewną historię… dopiero po chwili rozpoznajemy, że jest to wspomnienie, i po chwili też zauważamy czterokołowy, popychany z wolna przez dzieci, pojazd, na którym siedzi kobieta. Okazuje się, że opowieść ta, to wspomnienie sprzed lat, a pojazd… cóż, może to po prostu pewnego rodzaju wehikuł czasu? I na koniec pytanie: „A co by było gdybym jednak…?”

Pojazd pozostaje na scenie, dzieci i kobieta odchodzą, a w rytm żwawej i dynamicznej muzyki na scenie pojawiają się pełne werwy i wigoru postaci z cyrku. Kolorowi, w prążkach i groszkach, z czerwonymi niemal klauni, nosami, defilują dookoła chwiejąc się na boki, machając rękoma i uśmiechając się w stronę widowni. Nagle muzyka zmienia swój charakter, na powrót staje się posępna i tajemnicza, a ze sceny płynie kolejne wspomnienie, ktoś siada na wehikule i zabiera nas w przeszłość. nNa koniec pojawia się znów to samo pytanie: „A co by było gdybym jednak…?”

Ten rytm towarzyszy całemu spektaklowi. Opowieści przerywane są cyrkowymi pauzami, w których to aktorzy wcielają się w kolejne obecne w cyrku postaci. Raz są to klauni, innymi razem słonie, są też kuce i ich treserka, są balansujący na linie akrobaci i gimnastycy, są klauni i żonglerzy. Ma się wrażenie, że przez te kolorowe przerywniki aktorzy krzyczą do nas „Życie trwa dalej, więc nie trać wiary! Śmiej się!” Efektu dodaje i tę obserwację potwierdza krystalicznie biała scenografia, która przywodzi na myśl białą kartę, tabula rasa, napisz wszystko od nowa i zacznij od początku. Po czym na scenie pojawia się wspomnienie, a w myśli czai refleksja: tylko jak to zrobić po tak wstrząsających i przykrych, jak te wasze, doświadczeniach? Przez uśmiech? Przez wiarę? I znów, jak we włoskiej La stradzie… balansujemy między radością i rozpaczą, nadzieją i rezygnacją.

Seniorzy redefiniują swoje historie, bardzo intymne i poruszające. Zwykłe bo ludzkie, ważne bo osobiste, bo wywierające wpływ, bo obecne. Te historie wracają i tworzą pewną sieć zawieszenia w przestrzeni dawnych zdarzeń i doczesności, poczucia winy, refleksji. To bardzo trudny do udomowienia obszar bo cienkie niczym włos, lecz jednocześnie mocne nici sieci nie pozwalają na całkowite z niej wyplatanie i permanentne zapomnienie.

I to powracające po każdej historii pytanie: „A co by było gdybym jednak…?” gdybym wysłała tego totolotka, gdybym zatrzymała ich wtedy na obiad, gdybym nie poderwał tej pięknej dziewczyny, gdybym nie pojechała wtedy na probostwo… jak wyglądało by teraz moje życie, gdyby do pewnych zdarzeń nie doszło, czy mogłam/em im jakoś zapobiec, czy mogłam/em coś zrobić… i pytanie, które ja sobie zadaje: jak żyć dalej? bo przecież życie toczy się dalej!

Przecież i wprawdzie, bo na końcu i tak gasną światła.

Może właśnie znaleźć swój sposób by te wspomnienia jakoś oswoić? Mam wrażenie, że ten spektakl, który jest efektem długiego procesu przygotowań, jednocześnie stanowiący przestrzeń do autoanalizy w tym właśnie aktorom pomogło. I chyba ten aspekt pracy, tego spektaklu jak i całego projektu – aspekt terapeutyczny jest najwspanialszy i najważniejszy. Nie scenografia, nie choreografia, nie muzyka i światła, a właśnie autorefleksja, praca grupowa i zabranie głosu.

Gratuluję i zapraszam na kolejne pokazy już (albo dla niecierpliwych, dopiero) w marcu.

fot. Materiały CK Zamek w Poznaniu