Mokradełko

Słysząc Mokradełko sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę się spodziewać… czy będzie to rzecz, najprościej, o molestowaniu seksualnym, gdzie akcja toczy się w czasie rzeczywistym, czy może jakaś forma analizy psychologicznej sprawcy lub ofiary na podstawie wspomnień i retrospekcji.

Okazuje się, że żadna z tych hipotez nie była trafiona. Odnoszę bowiem wrażenie, że to spektakl o konfrontacji z prawdą, która nieoczekiwanie wyszła na jaw. I to wyszła w sposób bezceremonialny, w sposób głośny i nachalny, w związku z czym nie można jej już ignorować, a powinno się do niej przynajmniej jakoś ustosunkować. Bo powiedzenie, że prawda niewypowiedziana nie istnieje, właśnie straciło swój sens.

Jednak starcie z tą zwerbalizowaną prawdą wydaje się być dla postaci spektaklu bardzo trudne, dlatego na pomoc przychodzi najprostszy z mechanizmów obronnych – wyparcie, dalej pomagają mu piętrzące się wątpliwości i usprawiedliwienia, aż doprowadzają do hucznego finału, czyli zamazania ujawnionej właśnie prawdy.
Mokradełko, które swoją premierę miało w listopadzie 2015 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu, to spektakl na podstawie reportażu Katarzyny Surmiak – Domańskiej o takim samym tytule. Zarówno w książce, jak i w teatrze, pisarka towarzyszy Halszce Opfer – w dzieciństwie molestowanej przez ojca za milczącą zgodą matki, w podróży do jej domu rodzinnego. W Mokradełku poznajemy Halszkę oczami jej bliskich: męża, sąsiadów, teściowej, matki… dowiadujemy się jak bliscy widzą ofiarę, a jakby ją sobie wyobrażali. Pewnym jest, że nie jako osobę, która głośno mówi o doznanej krzywdzie (i to w telewizji!), udziela wywiadów i wydaje książkę tej treści!

Halszka Opfer bowiem to pseudonim literacki, pod którym kobieta opublikowała głośną swego czasu książkę Kato – tato, gdzie opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa. Na swój kryptonim wybrała ofiarę – warto wiedzieć, że dokładnie to oznacza z niemieckiego słowo opfer.

Spektakl rozpoczyna się przyjazdem do Mokradełka reporterki (Marta Szumieł), która staje się uczestnikiem/obserwatorem zdarzeń. Sądząc po scenografii – klatka schodowa w bloku, pomalowana jakże znaną nam wszystkim farbą olejną w kolorze brudnego beżu – możemy znajdować się gdziekolwiek w Polsce. W kolejnych scenach pojawia się wersalka, niska ława i fotel – wystrój równie popularny jak olejna farba – zamieniając klatkę schodową w mieszkanie matki Halszki.

Na pierwszą połowę spektaklu składają się bardzo przerysowane kreacje męża Halszki (Sebastian Grek) – trochę gapowatego mężczyzny w średnim wieku, pod widocznym wpływem matki; jej teściowej (Daniela Popławska) – byłej nauczycielki, ociekającej dulszczyzną oraz perfekcyjnie przeciętnej sąsiadki z przeciwka. Opowiadają o swoich wątpliwościach co do rzetelności wyznań Halszki, podając w wątpliwość jej zwierzenia i dyskutując na temat postawy Halszki, która zdecydowanie odbiega od ich wyobrażeń na temat behawioru ofiary.

Teściowa oraz sąsiadka szczególnie mocno podkreślają, że w ich w opinii Halszka nie zachowuje się jak na ofiarę przystało. Pytanie brzmi, jak więc powinna… niechże pojawi się już na scenie Halszka! Niechże wyjaśni się, jakiż to rodzaj powierzchowności świadczy o niedowierzaniu w doznanie przez nią krzywdy.

Okazuje się, że Halszka Opfer to dojrzała kobieta, wygadana, wyzywająco, dość kiczowato ubrana, od której bije pewność siebie. Następuje właśnie zderzenie ze stereotypowym postrzeganiem ofiary. Zaraz nasuwa się kolejne pytanie, skąd ta standardowość w postrzeganiu skrzywdzonego się bierze… czy ofiara musi usuwać się w cień społeczeństwa swoją przepraszającą postawą? Postać Halszki świetnie zagrana przez Łukaszewską znakomicie oddaje ten  dysonans.

Totalnym przeciwieństwem postawy Halszki jest córka jej drugiego męża grana przez Gabrielę Frycz, która to jest wzorowym przykładem jak być ofiarą, żeby otoczenie uwierzyło w doznaną krzywdę – ascetyczna, skromna, zakutana szarym ubraniem – wszystko po to, żeby mniej było ją widać, słychać, mniej z problemami, wspomnieniami, krzywdami, było jej w ogóle.

Druga połowa spektaklu, to już spotkanie i próba konfrontacja Halszki (Edyta Łukaszewska) z matką (świetna w roli Maria Rybarczyk), która nie chce znać córki, po tym jak ta upubliczniła sprawy rodzinne. Wydaje się, że porozumienie między pełną żalu córką, a niedopuszczającą do granic świadomości i rozumienia faktu molestowania we własnej rodzinie, matką nie jest możliwe. Wydaje się tak przez niemal całą drugą połowę spektaklu. Kobiety rozmawiają ze sobą bez widocznego zbliżenia, ani do siebie, ani do faktów. Córka chce by matka przyznała, że wiedziała o wszystkim, matka pragnie jedynie, aby Halszka zamilkła – szczególnie publicznie.

I kolejne, ostatnie już w tej krzątaninie zdarzeń, pytanie – jak dobrze zakończyć taką dyskusję, taki konflikt, takie przedstawienie… ja nie wiem, naprawdę. Ale sposób, w jaki zrobił to reżyser (Mikołaj Grabowski), łącząc cierpienie i grozę z absurdem i przerysowaniem, wydaje się być pomysłem zbyt zabawnym. Ostatnia scena, w której Halszka, jej matka i reporterka siedzą na proscenium i przekomarzają się, czy Halszka powinna ubierać ciemne okulary do występów telewizji, czy nie, jest dość płaskie…

Spektakl nie jest odkryciem pod względem interpretacyjnym, nie jest też zjawiskiem estetycznym, nie wywołał też w mojej głowie burzy myśli i wulkanu emocji. Wpuścił jednak kilka pytań i dołożył kolejnych zmartwień do pudła, pt. kondycja psycho – społeczna współczesnego Polaka.

fot. Jakub Wittchen

Ambona Ludu

Słysząc Ambona Ludu (tytuł najnowszego spektaklu zrealizowanego w Teatrze Nowym w Poznaniu), zastanawiałam się co to może tak naprawdę oznaczać? Czy z ambony – na wzór kościelnej organizacji usłyszymy kazanie, czy może ktoś będzie moralizował i nauczał, mówił o rzeczach, których słuchać nie chcemy, albo co gorsze – głosił prawdy oczywiste? Czy to raczej z myśliwskiej, leśniczej perspektywy, ktoś będzie nas z tej ambony obserwował? Widziałam plakat – po biało czerwonych częściach materiału spiętych agrafką, domyślać się można było, że sprawa dotyczyć będzie Polaków, podzielonych Polaków.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną oraz bardzo wyraźny podział społeczeństwa, byłam zaintrygowana, a i pełna obaw o niepotrzebny patos i powtarzalność. Bałam się, że usłyszę jedynie wszystko to, czego mogę dowiedzieć się z wieczornych wiadomości. Szczerze mówiąc kilka ostatnich premier nie rozpieszczało artystycznie poznańskiej widowni, stąd mój niepokój o kolejne rozczarowanie i refleksję brzmiącą: ale po co?, narastał. Mimo obaw Ambona Ludu okazała się spektaklem świeżym, konsekwentnym, świetnie zagranym, porażająco groteskowym, niestety realnym.

Spektakl wyreżyserowany został przez dyrektora Teatru Piotra Kruszczyńskiego, który pełni tę rolę od 2011 roku. Tekst napisał znany polski pisarz, poeta, zdobywca prestiżowej nagrody literackiej Nike za swoją powieść Gnój, Wojciech Kuczok. Trzeba przyznać, że połączenie gwary poznańskiej, dresiarskiego slangu, pseudoartystycznego bełkotu oraz fragmentów z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, rysuje w rezultacie bardzo zabawne i co niezwykle ważne, interesujące, pociągające i wartkie w przebiegu dzieło. Dramaturgią zajął się Michał Pabian i przyznać trzeba, że stworzyli z Kuczokiem świetny duet.

Wchodząc na widownię, czuć było zapach… no właśnie, czego? Chyba najtrafniejsza odpowiedź, to jesieni. A to za sprawą liści, którymi przykryta była cała scena i brzozowych pni umocowanych blisko siebie, naśladujących las. Na środku metalowa, czerwona ambona. Zatem wiem już, że ktoś tu będzie kogoś obserwował, być może ktoś tu będzie na kogoś polował. Tę świetną scenografię wykonali Sandra Stanisławczyk i Krystian Szymczak.

W lesie tym, metaforze Polski spotykają się przedstawiciele różnych grup społecznych, skłóconych, nierozumiejących się, spierających nawzajem. W normalnych warunkach pewnie by ze sobą nie rozmawiali. W normalnych, ale ta brzezina to nie są zwyczajne okoliczności. Ci ludzie znaleźli się tu nie wiadomo dlaczego, ale wiadomo po co – żeby rozmawiać. Miała tu zapewne powstać pewna wspólnota. Tylko jak pogodzić stadionową łobuzerkę z artystami? Jak pogodzić patriotów namaszczonych katolicyzmem z liberałami? Jak pogodzić Polaków?!

Spektakl rozpoczyna się od polecenia ubranego na galowo chłopca (w tej roli zamiennie Daniel Brzozowski, Szymon Janicki, Ksawery Miecznik z Poznańskiego Chóru Chłopięcego) „Do hymnu!” i nie spodziewajmy się, że usłyszymy Mazurka Dąbrowskiego, otóż z głośnikach wybrzmiał hymn poznańskiego Lecha. Wewnątrz pytanie: czy to rzecz o kibicach? Też – o namaszczonych siłą, patriotyzmem, mających coraz więcej do powiedzenia kibolach. Porozumiewających się prosto, acz dobitnie, bo w końcu silniejszy wygrywa. Ale tylko między innymi o nich, bo jest ich, czyli reprezentantów różnych grup społecznych w tym spektaklu, jeszcze kilku.

Jest i polski piłkarz (Andrzej Niemyt) o mentalności europejczyka polskiego pochodzenia, piłkarz, bardzo przystojny i bardzo zaangażowany w swoją powierzchowność, pozujący do selfie z żoną Kasią (Karolina Głąb). Kasia nazywa się wymownie – Dzióbińska, jest wyzywająca, stereotypowo śliczna i stereotypowo próżna, wygodna i infantylna. Była dziennikarka magazynu dla kobiet, kręci teraz filmiki na swojego bloga o profilu kulturalnym. Dlaczego zajęła się kulturą? Bo chciała zająć się czymś ambitniejszym niż pozowanie dzióbków do selfie i pisanie o modzie. W brzozowym lesie kontynuuje swój cykl wywiadów z najmniej interesującymi ludźmi.

Są przedstawiciele światka artystycznego: aktorka z depresją przygotowująca się do roli Racheli z Wesela – Maria (Maria Rybarczyk), Mariusz (Mariusz Zaniewki) – aktor wazeliniarz oraz mój osobisty idol, jeśli chodzi o postać sceniczną, bełkoczący frazesami na temat swojej wizji dzieła – reżyser Mieszko (Mateusz Ławrynowicz). Na przeciw tego teatru, można by rzecz nowego, mamy aktora teatru rekonstrukcyjnego, historycznego, nomen omen ojca Dzióbka (Aleksander Machalica).

Zdaniem kibiców (a w spektaklu jest ich dwóch i w tych rolach Filip Frątczak oraz Marcin Kalisz), prawdziwych rzecz jasna patriotów, dla których Polska to matka, teatr nowy to tylko pedały jeżdżące na wrotkach, natomiast prawdziwy to teatr historyczny, polski, katolicki. Nie jest to zresztą jedyna dziedzina sztuki, na której temat kibice się głośno i stanowczo wypowiadają. Mamy jeszcze malarstwo, gdzie liczyć się, a i istnieć powinien wyłącznie Kossak i Matejko, a nie jakieś tam awangardowe bohomazy.

Z przedstawicieli kultury mamy jeszcze starszego pana, tytułującego się culture menager, niedoszłego aktora teatralnego (Zbigniew Grochol).

Na scenie jako pauza, głos narracji i obserwacji pojawia się dwa razy, starsza kobieta (Daniela Popławska) – zapewne naukowiec, która czyta w sposób pięknie zmanierowany tekst ilustrujący jej doświadczenia codzienne. Śmiejemy się z tych opowieści, choć są przerażające. Przerażające bo chyba każdy z nas doświadczył jakiejś gałęzi agresji, o której mówi i przerażające bo śmiejemy z tego się – a prawi o wulgarności, o imbecylach, o agresji fizycznej i werbalnej, o przemocy i znieczulicy przypadkowych uczestników i ich hipokryzji. Swoje wypowiedzi puentuje łamiącym się głosem, że… „pierdoli taki kraj, pierdoli taką Polskę, taką ojczyznę.” pewnie nie jeden widz pierdoli taki kraj razem nią…

Wydawałoby się, że na scenie mamy socjologiczny przekrój przez całą Polskę. I niby tak jest, choć jest to przekrój całkiem stereotypowy. Nasze zadanie by z tych stereotypów  rzeczywiście wyciągnąć prawdę.

Dlaczego stereotypowo?

A bo kibole, dresiarze, to łyse umięśnione, wulgarne półgłówki, dla których liczy się zaspokoić jedynie najniższe potrzeby z piramidy Maslowa; ich żony to wyzywająco umalowane, w kusych spódniczkach, też niezbyt mądre kobiety (choć obecna tu żona jest psycholożką nie odbiega bardzo od przytoczonego stereotypu – w tej roli świetna Małgorzata Łodej – Stachowiak).

A aktorzy to zadufani w sobie, będący zaangażowani jedynie w proces tworzenia roli ludzie. Nawet chęć romansu Marii z kibolem, wydaje się być nie do końca szczera. Być może aktorka chce w ten sposób mówiąc slangiem „wejść w rolę” – „wejść w romans z chłopem”.

A bo piłkarz ma pieniądze i ładną żonę, a żona piłkarza niezbyt rozgarnięta, ale za to… ładna.

A stary człowiek to konserwatywny tradycjonalista, prawiący o zuchwałym podejściu dzisiejszej młodzieży do historii.

I mówiąc to wszystko, nadal całkiem szczerze twierdzę, że to naprawdę przyzwoity spektakl, warty polecenia. Bo koniec końców do nas należy refleksja i do nas należy analiza, do nas należy weryfikacja wrażenia.

Zapraszam do Teatru Nowego w Poznaniu! Uśmiejecie się, a i wyjdziecie z tak zwanym czymś. A może ktoś z was znajdzie odpowiedź na pytania: jak rozmawiać, jak się porozumieć, jak stworzyć wspólnotę, jak żyć w jednym kraju i się nie pozabijać?

Ja permanentnie szukam…

P.S. a ta ambona, to trochę do obserwacji, trochę do postawy ad cathedra, a i trochę do kazania.

 

fot. Jakub Wittchen

 

O szczytach rozpaczy i uśmiechu stewardessy

Spektakl miał swą premierę 12 listopada 2016 roku za sprawą reżyserki – Agaty Baumgart i dramaturga Michała Pabiana.

Sprawcami tego wydarzenia są widzowie Teatru Nowego w Poznaniu głosujący na spektakl O szczytach rozpaczy i uśmiechu stewardessy w ramach projektu SCENA DEBIUTÓW, który daje szansę początkującym reżyserom warszawskiej PWST oraz scenografom, kostiumografom z poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego realizacji swojej sztuki na profesjonalnej scenie teatralnej oraz włączenia jej do stałego repertuaru.

Rzecz za sprawą wiwisekcji trzech kobiet traktuje o depresji, jako chorobie wyłączającej z normalnego funkcjonowania, zaprzeczającej nieprawdziwej hipotezie i przeświadczeniu, jakoby miałaby być ona źródłem głębszej wrażliwości i artystycznego natchnienia. Temat na sztukę może nie nowatorski, ale nadal ciekawy, tytuł zachęcający, w obsadzie wspaniała Dorota Abbe i to by było na tyle, jeśli chodzi o mowę obrońcy.

Oskarżyciel zaś pragnie zauważyć brak polotu, prostą, mało kreatywną scenografię, której nie sposób bronić stwierdzeniem „mniej znaczy więcej”, zbyt pompatyczne kwestie oraz niekoniecznie ciekawą próbę zrealizowania rozstrzelonej w czasie , jawie i śnie tragikomedii oraz pokazania ponadczasowości depresyjnej sinusoidy nastrojów. Spektakl niewątpliwie z potencjałem, choć niestety niewykorzystanym – i to chyba największe oskarżenie, za które grozi wyrok, tfu! widok! pustych miejsc na widowni.

Wchodząc na widownię w oczy rzuca się wielka trampolina. Nie ma szans na rzucenie się czego innego, bo niczego innego tam po prostu nie ma. Po zajęciu miejsc witają nas obrazy wyświetlanej nad głowami, reklamy. Podczas zmieniających się animowanych kadrów czytamy kilka pytań z cyklu „wydaje ci się, że nic nie ma sensu?” Po czym pada stwierdzenie „prawdopodobnie masz depresję.” i dalej „to wspaniale” więc wykorzystaj swoją chorobę i zamień ją w sukces. Już w tym miejscu możemy domyślać się o czym to będzie spektakl, ale mamy nadzieję chociaż na odrobinę czarnego humoru.

Światła kierują się na trampolinę, na której stoi kobieta w sportowym kombinezonie termicznym. W tej roli mało pasjonująca i angażująca Martyna Zaremba. Spod trampoliny wychodzi kolejna w elegancko skrojonym różowym kostiumie i opowiada nam o swoim lęku przed lataniem, a której śni się że jest stewardessą (wspomniana już Dorota Abbe). Przekonuje nas, że sukces linii lotniczych zależy od wdzięku obsługi pasażerów, a wszystko to w rytm utworu Zbigniewa Wodeckiego z 1987 roku Uśmiech Stewardesy.

Piosenka ta, jak i proza rumuńskiego filozofa Emila Ciorana Na szczytach rozpaczy były inspiracją dla twórców spektaklu, o czym mówią w poprzedzających premierę wywiadach. W opisie do spektaklu czytamy taki cytat ze wspomnianego działa: „Autoironii nie osiąga się przez uśmiechy, lecz tylko przez westchnienia, nawet jeśli zupełnie zduszone. Albowiem autoironia to wyraz rozpaczy. Skoroś utracił świat, zatracasz również siebie samego. Wówczas czarny, zatruty i ponury śmiech towarzyszy wszystkim twoim gestom jak wstrętna maska, niszczy wszystkie iluzje zapału, a ponad ruina, naiwnych, słodkich i pieszczotliwych uśmiechów pojawia się uśmiech pełen męki, bardziej wykrzywiony niż na maskach ludów pierwotnych i bardziej definitywny niż na maskach egipskich”

Zatem jednym z celów, przesłań jest przewartościowanie, głośne zdefiniowanie depresji, jako choroby, unaocznienie, że nie ma ona nic wspólnego z twórczością oraz prośba o niebagatelizowanie objawów, jak i samych chorych. Jest próbą wyrażenia sprzeciwu wobec społecznej presji bycia permanentnie uśmiechniętym i pogodnym (szczególnie w środowisku zawodowym).

W wywiadach i reżyserka i dramaturg przyznają, że od kilku już lat sami leczą się na depresję.

Wszystko to brzmi jak materiał na dobry spektakl, więc dlaczego tak nie było?

Przejdźmy zatem dalej.

Okazuje się, że kobieta w sportowym stroju, to Mistrzyni. Po informacjach na temat historii swojego życia, jakimi dzieli się z widownią, domyślamy się, że to Justyna Kowalczyk. Polska biegaczka narciarska, wielokrotna mistrzyni świata, multimedalistka olimpijska, mistrzostw świata, czterokrotna zdobywczyni Pucharu Świata, która przyznała na łamach jednego z polskich czasopism dla kobiet, że cierpi na depresję. Podczas spektaklu opowiada i uczy stewardessę, jak triumfować pomimo fizycznego i mentalnego bólu. Dzieję się to w efekcie slow motion, w którym nasza Mistrzyni nie zdobywa według mnie złota… Narciarka dalej snuje swoją opowieść. O swoim dzieciństwie, które miało wpływ na jej tożsamość (naprawdę?! Niemożliwe…), o tym jak depresja nagle zawładnęła jej życiem, jak męczy ją bezsenność, ból, lęk, wstyd.

Następnie na scenie pojawia się kolejna kobieta. Jest to pisarka, najsmutniejsza kobieta na ziemi – Virginia Woolf, która nawiedza Stewardessę w jej snach. W tej roli grająca na granicy przesady Bożena Borowska – Kropielnicka.

Informacji na temat twórczości i życia Woolf dostarcza nam kolejny film utrzymany w tej samej konwencji, co poprzedni. Dowiadujemy się z niego, między innymi, że cierpiąca na depresję pisarka popełniła samobójstwo przez utopienie, na dowód czego wylewa ze swojego uta wodę oraz o jej największych wahaniach nastroju, depresji sezonowej w latach 1895 -1941. Po tej historii kobiety wchodzą pod trampolinę po to, aby przy akompaniamencie kolorowych, dziecięcych cymbałek zaśpiewać piosenkę o słowach „jak cudownie chorym być, chorym być…”. Podejrzewać można, że zabieg ten miał być groteską, a wyszło dość infantylnie i kiczowato.

Dalej Stewardessa prosi Woolf, że zrobiła coś, na co nigdy w życiu by się nie zdecydowała. I wtedy z głośników zaczyna płynąć podkład do utworu Tercetu Egzotycznego „Dance, czyli conga, bonga i cabasa”, a pisarka wchodzi na trampolinę i przy wtórze dyskotekowych, szaleńczych ruchów śpiewa piosenkę.

Na koniec wśród perlistego śmiechu i głosu Zbigniewa Wodeckiego, kobiety schodzą ze sceny. I dobrze! Niech już idą.

Spektakl prosty, chciałoby się powiedzieć zbyt prosty, zbyt dosłowny. Szkoda, że nie dano widzom tej przyjemności pogłówkowania, analizowania, pozachodzenia trochę w głowę… szkoda, że potraktowano nas i tę sztukę tak mało ambitnie…

fot. Bartosz Górka

 

%d blogerów lubi to: