Porno

–  Pamięci rewolucji.
– Którą rewolucję masz na myśli?
– Wiem tylko o jednej jedynej. O tej, kiedy moje ciało wyzwoliło się spod brzemienia czasu i niezależnie ode mnie cieszyło się sobą.

To motto dramatu, które rozbrzmiewa w holu przed rozpoczęciem spektaklu, powtarzane jak mantra. Nie sposób go pominąć, tak jak nie sposób zignorować spektaklu w reżyserii Ceziego Studniaka.

Porno to tytuł spektaklu i pseudonim bohaterki jednocześnie. Porno przybija, Porno emocjonalnie zużywa i przeciąża. I sami wybierzcie, czy mówię o postaci, czy o spektaklu w ogóle, a każda odpowiedź będzie prawidłowa. Stwierdzicie zatem: eee, czyli nie warto! Otóż warto! Bardzo warto. Bo to jeden z tych spektakli, który odkłada gdzieś w pamięci, na długo pozostającą, wymagającą zastanowienia, w jakiś sposób dręczącą myśl. Jest to wymagający emocjonalnie teatr, którego nie powinniśmy się jednak bać. Zachęcam do stawienia mu czoła i nocnych analiz.

Porno to monodram, jedno z najtrudniejszych (jeśli nie najtrudniejsze) i najbardziej ryzykownych w sztuce aktorskiej, zadań, łatwo się na nim wyłożyć. Edyta Łukaszewska poradziła sobie z nim jednak fantastycznie. Postać przez z nią grana była angażująca, ciekawa, ekscytująca. Aktorce udało się uniknąć natarczywości i uciążliwej hiperbolizacji, niepotrzebnego i taniego efekciarstwa. Świat, który stworzyła na scenie, jest wartki, pociągający i uniemożliwiający obojętność. Po prostu dobra robota!

porno_10

Akcja spektaklu osadzona jest na Węgrzech, w czasie reżimu komunistycznego, poniżającej inwigilacji i cenzury. Porno, to pseudonim nadany przez służby bezpieczeństwa aktorce, której winą jest odgrywanie gdzieś w przestrzeni miasta przedstawień dla bezdomnych dzieci i dokarmianie ich. Postać grana przez Łukaszewską jest wielowymiarowa, wielowarstwowa. Raz irytuje, zaraz jej współczujemy, infantylna i dojrzała jednocześnie, niespokojna i nadpobudliwa, stawiająca opór i pogodzona z losem. Trudne to wyzwanie, zakończone sukcesem.

Jej rola ma nieuporządkowaną strukturę, jest zbitkiem myśli, wspomnień, przemyśleń, odgrywanych rozmów i ilustracji doświadczeń. Sceny dotyczące przedstawień, które  Porno gra dla dzieci, rozmów z sąsiadem, teściową, czy jej przemyśleń wydarzają się wewnątrz ustawionego w centrum sceny sześcianu – klatki (tak jakby Porno była więźniem przypisanego jej i odgrywanego bez jej zgody losu).  Przesłuchania natomiast mają miejsce na tle trzech ścian klatki, przy metalowym stoliku i pomalowanej farbą olejną, ściany. I to to miejsce, te wydarzenia, przesłuchania pozbawiające kobietę człowieczeństwa, odzierające, przez aparat władzy, z godności mają charakter porno – podniety. Nie nagie ciało aktorki, które w pierwszej scenie przedstawia nam rozkładając jego budowę na czynniki pierwsze, nie jej egzaltacja są dla kogokolwiek erotycznie pobudzające. To obsceniczne, chore sprawowanie kontroli, inwigilacja, tępienie wyimaginowanego zagrożenia i dyktatura jest największym, ułomnym, patologicznym i perwersyjnym stymulantem władzy.

porno_9

W miarę postępowania kontroli, okrutnych przesłuchań i zatracania się Porno w niemożności, klatkę wypełniają spadające przez rurę umocowaną przy suficie, maskotki, by ostatecznie przykryć sobą, wchłonąć kobietę bez reszty. To wymowne, bardzo dosłowne rozwiązanie sceniczne nawiązuje po trochu pewnie do infantylności Porno, jednocześnie unaoczniając przytłaczające, nieme, społeczne przyzwolenie, wydawałoby się niewinne działania, komentarze, które pomnożone przez setki potrafią osiągnąć efekt druzgocący. To symbol narzędzi do sprawowania przez partię kontroli, w postaci pluskiew, agentów, przemocy. Nie dajmy się zatem zwieść pozornej toporności tej pluszowej przenośni.

porno_8

Porno, która chce jedynie żyć, żyć swoim życiem i na własnych zasadach, w końcu przegrywa. Jej ciało i skołatany umysł nie wytrzymują natarcia. Kontrola, reżim tym razem wygrywa. Śmierć daje dziewczynie poszukiwany przez nią kolor i wolność. Przynajmniej w to chcemy wierzyć…

…moje ciało wyzwoliło się spod brzemienia czasu i niezależnie ode mnie cieszyło się sobą.

Po zakończeniu spektaklu, Edyta Łukaszewska przerywa oklaski, mówiąc że nie spodziewała się, że tekst, który chciała zagrać już na trzy lata przed premierą (czyli aż osiem lat temu) stanie się kiedykolwiek tak aktualny, jak w dniu premiery (30 września 2016 – przeddzień Czarnego Protestu) i pozostanie bieżący do dziś. W tym miejscu wspomniała o zniszczonym przez Ministra Kultury Teatrze Polskim we Wrocławiu,  Teatrze Starym w Krakowie, cenzurze politycznej, ideologicznej przemocowości w sferze teatru. Apelowała o stawianie czoła i wspieranie wolności polskiego teatru. Apeluję i ja.

 

fot. Materiały Teatr Nowy w Poznaniu

Mokradełko

Słysząc Mokradełko sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę się spodziewać… czy będzie to rzecz, najprościej, o molestowaniu seksualnym, gdzie akcja toczy się w czasie rzeczywistym, czy może jakaś forma analizy psychologicznej sprawcy lub ofiary na podstawie wspomnień i retrospekcji.

Okazuje się, że żadna z tych hipotez nie była trafiona. Odnoszę bowiem wrażenie, że to spektakl o konfrontacji z prawdą, która nieoczekiwanie wyszła na jaw. I to wyszła w sposób bezceremonialny, w sposób głośny i nachalny, w związku z czym nie można jej już ignorować, a powinno się do niej przynajmniej jakoś ustosunkować. Bo powiedzenie, że prawda niewypowiedziana nie istnieje, właśnie straciło swój sens.

Jednak starcie z tą zwerbalizowaną prawdą wydaje się być dla postaci spektaklu bardzo trudne, dlatego na pomoc przychodzi najprostszy z mechanizmów obronnych – wyparcie, dalej pomagają mu piętrzące się wątpliwości i usprawiedliwienia, aż doprowadzają do hucznego finału, czyli zamazania ujawnionej właśnie prawdy.
Mokradełko, które swoją premierę miało w listopadzie 2015 roku w Teatrze Nowym w Poznaniu, to spektakl na podstawie reportażu Katarzyny Surmiak – Domańskiej o takim samym tytule. Zarówno w książce, jak i w teatrze, pisarka towarzyszy Halszce Opfer – w dzieciństwie molestowanej przez ojca za milczącą zgodą matki, w podróży do jej domu rodzinnego. W Mokradełku poznajemy Halszkę oczami jej bliskich: męża, sąsiadów, teściowej, matki… dowiadujemy się jak bliscy widzą ofiarę, a jakby ją sobie wyobrażali. Pewnym jest, że nie jako osobę, która głośno mówi o doznanej krzywdzie (i to w telewizji!), udziela wywiadów i wydaje książkę tej treści!

Halszka Opfer bowiem to pseudonim literacki, pod którym kobieta opublikowała głośną swego czasu książkę Kato – tato, gdzie opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa. Na swój kryptonim wybrała ofiarę – warto wiedzieć, że dokładnie to oznacza z niemieckiego słowo opfer.

Spektakl rozpoczyna się przyjazdem do Mokradełka reporterki (Marta Szumieł), która staje się uczestnikiem/obserwatorem zdarzeń. Sądząc po scenografii – klatka schodowa w bloku, pomalowana jakże znaną nam wszystkim farbą olejną w kolorze brudnego beżu – możemy znajdować się gdziekolwiek w Polsce. W kolejnych scenach pojawia się wersalka, niska ława i fotel – wystrój równie popularny jak olejna farba – zamieniając klatkę schodową w mieszkanie matki Halszki.

Na pierwszą połowę spektaklu składają się bardzo przerysowane kreacje męża Halszki (Sebastian Grek) – trochę gapowatego mężczyzny w średnim wieku, pod widocznym wpływem matki; jej teściowej (Daniela Popławska) – byłej nauczycielki, ociekającej dulszczyzną oraz perfekcyjnie przeciętnej sąsiadki z przeciwka. Opowiadają o swoich wątpliwościach co do rzetelności wyznań Halszki, podając w wątpliwość jej zwierzenia i dyskutując na temat postawy Halszki, która zdecydowanie odbiega od ich wyobrażeń na temat behawioru ofiary.

Teściowa oraz sąsiadka szczególnie mocno podkreślają, że w ich w opinii Halszka nie zachowuje się jak na ofiarę przystało. Pytanie brzmi, jak więc powinna… niechże pojawi się już na scenie Halszka! Niechże wyjaśni się, jakiż to rodzaj powierzchowności świadczy o niedowierzaniu w doznanie przez nią krzywdy.

Okazuje się, że Halszka Opfer to dojrzała kobieta, wygadana, wyzywająco, dość kiczowato ubrana, od której bije pewność siebie. Następuje właśnie zderzenie ze stereotypowym postrzeganiem ofiary. Zaraz nasuwa się kolejne pytanie, skąd ta standardowość w postrzeganiu skrzywdzonego się bierze… czy ofiara musi usuwać się w cień społeczeństwa swoją przepraszającą postawą? Postać Halszki świetnie zagrana przez Łukaszewską znakomicie oddaje ten  dysonans.

Totalnym przeciwieństwem postawy Halszki jest córka jej drugiego męża grana przez Gabrielę Frycz, która to jest wzorowym przykładem jak być ofiarą, żeby otoczenie uwierzyło w doznaną krzywdę – ascetyczna, skromna, zakutana szarym ubraniem – wszystko po to, żeby mniej było ją widać, słychać, mniej z problemami, wspomnieniami, krzywdami, było jej w ogóle.

Druga połowa spektaklu, to już spotkanie i próba konfrontacja Halszki (Edyta Łukaszewska) z matką (świetna w roli Maria Rybarczyk), która nie chce znać córki, po tym jak ta upubliczniła sprawy rodzinne. Wydaje się, że porozumienie między pełną żalu córką, a niedopuszczającą do granic świadomości i rozumienia faktu molestowania we własnej rodzinie, matką nie jest możliwe. Wydaje się tak przez niemal całą drugą połowę spektaklu. Kobiety rozmawiają ze sobą bez widocznego zbliżenia, ani do siebie, ani do faktów. Córka chce by matka przyznała, że wiedziała o wszystkim, matka pragnie jedynie, aby Halszka zamilkła – szczególnie publicznie.

I kolejne, ostatnie już w tej krzątaninie zdarzeń, pytanie – jak dobrze zakończyć taką dyskusję, taki konflikt, takie przedstawienie… ja nie wiem, naprawdę. Ale sposób, w jaki zrobił to reżyser (Mikołaj Grabowski), łącząc cierpienie i grozę z absurdem i przerysowaniem, wydaje się być pomysłem zbyt zabawnym. Ostatnia scena, w której Halszka, jej matka i reporterka siedzą na proscenium i przekomarzają się, czy Halszka powinna ubierać ciemne okulary do występów telewizji, czy nie, jest dość płaskie…

Spektakl nie jest odkryciem pod względem interpretacyjnym, nie jest też zjawiskiem estetycznym, nie wywołał też w mojej głowie burzy myśli i wulkanu emocji. Wpuścił jednak kilka pytań i dołożył kolejnych zmartwień do pudła, pt. kondycja psycho – społeczna współczesnego Polaka.

fot. Jakub Wittchen

%d blogerów lubi to: