Wróg ludu

Jakże ten Ibsen nadal aktualny! Niebywałe to i niepokojące zarazem, że od 1882 roku, treści Wroga ludu są wciąż obowiązujące.

Znajdujemy się w małym, norweskim miasteczku uzdrowiskowym, gdzie miejscowy lekarz dokonuje rujnującego wizerunek miasta, a w dalszej perspektywie także jego finansową katastrofę, odkrycia. Otóż główne źródło utrzymania uzdrowiska, czyli kąpielisko, z którego korzystają kuracjusze jest regularnie zanieczyszczane przez okolicznych przedsiębiorców, w wyniku czego kłębią się w nich niebezpieczne dla zdrowia bakterie i drobnoustroje. Na domiar złego okazuje się, że niezbędna jest przebudowa wodociągu, który został nieprawidłowo położony. Jeśli wyniki tych badań przedostały by się do sektora publicznego, wówczas nastąpił by  absolutny upadek miasteczka. Bowiem naprawa wodociągu i oczyszczanie wody, zajęło by grubo ponad dwa lata i pochłonęło ogromne środki finansowe, pozbawiając przy okazji lokalnych mieszkańców utrzymujących się z wynajmu domków pacjentom, zarobku. I tu pojawia się konflikt prawdy i interesu społeczności ucieleśniony w konflikcie doktora Tomasa Stockmanna (Juliusz Chrząstkowski) oraz Burmistrza miasteczka – Petera Stockmanna (Radosław Krzyżowski) – nomen omen rodzonych braci. Wydaje się, że jedynym sposobem, aby donieść o prawdzie, jest krzyk i bunt – natychmiastowy bunt!.

U Jana Klaty, rebelia ta odbywa się w przestrzeni kształtem przypominającej nieczynny basen.  Pozostałe na jego ścianach zacieki i dno pokryte zbieranymi przez lata odpadami i gratami, zapełniające się nimi niemal po brzegi, tworzy smutną pamiątkę po dawnej świetności tego miejsca. To widmo dawnego splendoru i uzdrowiskowej sławy norweskiego miasteczka.

Gdzieś, jakby zza ściany słychać głosy rodziny Doktora Stockmanna, gdzieś z oddali napływają na scenę kolejne osoby, wtapiając się zupełnie w śmietniskowy krajobraz. Spektakl rozpoczyna się z hukiem! Z hukiem łamiącego się w nogach łóżka Doktora Tomasa, z hukiem muzyki i uderzanych o metalowe beczki łańcuchów. Wiedz widzu, że coś się szykuje!

Okazuje się, że tylu dokładnie jest sprzymierzeńców doktora Stockmanna, co wrogów burmistrza. I o ile przedstawiciele tej grupy, czyli dziennikarze lokalnej gazety: Morten Kill (Zbigniew Ruciński) i redaktor Hovstad (Michał Majnicz) oraz przedstawiciel wspólnoty właścicieli domków dla kuracjuszy, a przy okazji miejscowy drukarz – pan Aslaksen (Zbigniew Kosowski) nie są świadomi konsekwencji z ujawnienia danych z badań doktora, jak najszybciej chcą ich ujawnienia i co się z tym wiąże, kompromitacji burmistrza i… skandalu, co przyczyni się do większej sprzedaży prasy. Ich pogląd zmienia się diametralnie, po rozmowie z Peterem Stockmannem, który uświadamia ich o wynikającym z oświadczenia odpływowi kuracjuszy oraz kosztowny remont wodociągu, co spowoduje absolutną budżetową klęskę.

A lud jak chorągiew… a lud, czyli my – publiczność, która za sprawą genialnej reżyserii Jana Klaty i dramaturgii Michała Buszewicza może się w lustrze sceny przejrzeć, jak w szklanym. Czy widok w nim nas zdziwi, zażenuje… ? W którym miejscu tej polityczno – ludowej machiny się odnajdziemy?

A może pomocnym w tej kwestii okaże się monolog doktora Tomasa, który przeradza się w rozmowę Juliusza Chrząstkowskiego z publicznością? W rozmowę o problemach i konfliktach aktualnie rażących, o doczesnych prawdach domagających się buntu – o gejach, o Żydach, o tych na u, czyli uchodźcach i mowie nienawiści, o smogu, partii rządzącej i ich ,,dobrym” zmianach, ,,dobrych” decyzjach tyczących się, m. in. wycinki drzew i równie kulturalnie katastrofalnej w skutkach wycince teatrów: Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Polski w Bydgoszczy, czy wreszcie Teatr Stary w Krakowie. Pojawia się tu nawet żart, że ryzykownie mieć w nazwie teatru przyimek polski (ja Wroga ludu oglądałam w Teatrze Polskim w Poznaniu podczas X Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi), choć to raczej humor z grupy tych posępnych, gdzie śmiech pojawia się, ale tylko przez łzy. Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną, ,,wymiatanie teatrów”, jak nazwał i zademonstrował politykę kulturalną w Polsce, Chrząstkowski, sprawia że jego monolog robi piorunujące wrażenie, jest przerażająco, mam wrażenie intymny, piekielnie smutny i oddaje szok i bezradność.

Wróg ludu Jana Klaty, to teatr fantastyczny, genialny, mądry i zaskakująco przy ilości obecnej ekstrawagancji, klarowny i przejrzysty. Pełen charakterystycznej teatrowi Klaty widowiskowości i popkulturowych odniesień. Głośny, kolorowy, ekscentryczny, zachwyca i przeraża jednocześnie swoją aktualnością. Jestem również pod ogromnych wrażeniem zespołu aktorskiego, który poprowadził ten spektakl pierwszorzędnie. Ogromne brawa dla wspomnianego już Juliusza Chrząstkowskiego, Radosława Krzyżowskiego, dla tajemniczej i fascynującej Małgorzaty Zawadzkiej w roli Pani Stockmann – żony Tomasa oraz intrygującej Moniki Frajczyk w roli Petry – córki doktora.

Z teatru wyszłam absolutnie zachwycona i totalnie, wewnętrznie poturbowana. Zachwycona spektaklem, jego formą, kolorem, dźwiękiem i sprytem reżyserskim, a emocjonalnie poobijana jego aktualnością. I to aktualnością niespodziewaną i świeżą – bowiem Wróg ludu został zagrany w Poznaniu zaledwie kilka dni po konkursie na nowego dyrektora Teatru Starego w Krakowie, który ku zdziwieniu wszystkich wygrał Marek Mikos, a dyrektorem artystycznym został Michał Gieleta. Nie jest to miejsce, aby rozpisywać się w nim o absurdalności tej decyzji, kompetencjach nowej dyrekcji, czy zasadności prowadzenia takiej polityki kulturalnej. Jednak wszystko to, jak i wygłoszone na koniec Oświadczenie zespołu artystycznego Teatru Starego w Krakowie sprawiło, że wróciłam do domu osłupiała, nie mogąc pozbierać się jeszcze długo…

Dziękuję, jest mi przykro, jestem zła i wolałabym, żeby to Oświadczenie nie musiało zostać nigdy odczytane.

fot. Magda Hueckel

 

Wszystko o mojej matce

Wszystko o mojej matce, czyli rzecz na pięć aktorek i dwóch twórców.

Spektakl z repertuaru Teatru Łaźnia Nowa z Krakowa swój tytuł zaczerpnął z filmu Pedro Almodovara. Jednak kto jeszcze nie widział krakowskiej realizacji, niech nie spodziewa się inscenizacji hiszpańskiego filmu, choć kreacje aktorek, rzecz dziejąca się wśród kobiet i o kobietach, może go przypominać. Wszystko o matkach Michała Borczucha i Krzysztofa Zarzeckiego, to tak naprawdę niewiele, bo wspomnienia poturbowane przez upływ czasu, tracą klarowność, szczegółowość i objętość.

Spektakl został podzielony na dwie wyraźne części, które łączy fakt przedwczesnej śmierci matki Borczucha i Zarzeckiego. Obie osierocają swoich synów, obie umierają na raka.

Pierwsza część zostaje poświęcona pani Krystynie Borczuch, która umiera, kiedy jej syn jest jeszcze w wieku przedszkolnym. Choroba i śmierć matki majaczy mu mglistym wspomnieniem zahaczonym o wybuch elektrowni w Czarnobylu. Wie, że nastąpił wtedy, kiedy jego matka była chora, jego matka była chora kiedy nastąpił. Na scenie znajduje się pięć świetnych w swych rolach aktorek (Dominika Biernat, Iwona Budner, Monika Niemczyk, Marta Ojrzyńska, Halina Rasiakówna), rozpoczynających właśnie kolejny dzień pracy w fabryce perfum Miraculum. Słychać strzępy rozmów, wsłuchujemy się w nie uważnie, szukając jakiegoś patosu, może trochę zadumy, jakiegoś westchnienia… ale go nie ma, został zastąpiony nutką czarnego humoru i ironii. Te strzępy, to zwykłe rozmowy dnia codziennego o nowych butach, o książkach dla dzieci, o mężach. Na scenę, na moment wchodzi Borczuch, prosi jedną z aktorek, by go teraz zagrała. Trudne to zadanie dla aktora, który poza faktem czarnobylskiego wybuchu i choroby nowotworowej matki, nie posiada żadnych podpowiedzi.

Druga część, to memoriał Zofii Zarzeckiej, matki Krzysztofa, który pisał akurat maturę z biologii, gdy umarła jego matka. Zgromadził on zapewne więcej wspomnień od Borczucha, w końcu był nastolatkiem, kiedy jego matka odchodziła, a i tak klisze przeszłości pozostają przydymione. Czy to intencjonalnie, czy nie, nieważne.

Scena rozpoczyna się grzybobraniem i próbą zagrania przez pięć aktorek – matek, spacerującej po lesie kochającej zbierać grzyby, Zofii Zarzeckiej. Aktorki balansują pomiędzy rolą, a prywatą, buntując się przeciwko brakowi wskazówek i inspiracji jak grać. Chcą poznać Zofię, chcą wiedzieć więcej na temat jej relacji z synem, chcą wyjaśnień, wspomnień, opisów, których nie otrzymują. Obecny na scenie Zarzecki, który odgrywa rolę reżysera osiąga kolejne poziomy frustracji i niezadowolenia z przebiegu próby. Grzybobranie nie wygląda tak, jakby tego oczekiwał.

W akcie desperacji prosi by inspicjentka odczytała jego monolog, by ostatecznie wyjść z nią ze sceny, aby odwiedzić grób swojej matki. Może tam, pamięć jest bardziej namacalna niż w teatrze? Może teatr to niewystarczające medium by ujarzmić nieuchwytność wspomnień i zawodną pamięć?

To był świetnie skomponowany i wymyślony spektakl, który rozmył się gdzieś po drodze… z ilości słów, z ilości matek. Żałuję mocno, że twórcy nie pozwolili wybrzmieć matce Borczucha.

Padło wiele słów, nawet słowa z Ameryki – ciężarnej Marty Ojrzyńskiej, która chcąc być częścią projektu, ma nadzieje urodzić przed premierą. Jedno życie się kończy, drugie zaczyna, po wszystkich zostaną wspomnienia. Tylko czy te wiele słów trafia do wszystkich? Czy te wiele słów zatrzymuje wielu? Pewnie każdy szedł na ten spektakl z innym nastawieniem, niektórzy pewnie też z podobnymi historiami, chcąc utożsamienia. Dla mnie była to próba uchwycenia niezmaterializowanej więzi dziecka z matką, jej wagi i wartości, a także defektów ludzkiej pamięci. Bez ckliwości, żalu i tęsknoty, czego gratuluję bo ta swoista teatroterapia musiała być dla twórców niezwykle… zajmująca, by nie powiedzieć bolesna. Dlatego też niezmiernie trudno jest jakkolwiek oceniać ten pamięciowy pomnik poświęcony matkom przedwcześnie osieroconych synów.

fot. Klaudyna Schubert

Najgorszy człowiek na świecie

Tabu alkoholizmu wśród kobiet, centrum leczenia uzależnień, jednostkowy i społeczny wymiar alkoholizmu, życie przed piciem, w jego trakcie i podjęcie próby utrzymywania się w codzienności bez alkoholu. Wszystko to w spektaklu z repertuaru Teatru Bogusławskiego w Kaliszu, Najgorszy człowiek na świecie, w reżyserii Anny Smolar.

Spektakl powstał na podstawie autobiograficznej książki Małgorzaty Halber o tym samym tytule, gdzie dziennikarka muzyczna, bez kaznodziejskiego i strofującego tonu abstynenta, opowiada o swojej chorobie alkoholowej, leczeniu i podjęciu wyzwania życia w trzeźwości.

Bez nadęcia i kazania przebiega też spektakl, który rozpoczyna się wejściem na scenę przypominającą studio telewizyjne, niepokojące natłokiem kolorów, pasów i miękkich materiałów oraz delirycznego zniekształcenia gaderobianego lustra, pięciu osób. Są to Natasza (Natasza Aleksandrowitch), jej Charakteryzatorka (Izabela Beń), Matka (Izabela Wierzbicka), Asystent (Dawid Lipiński) i Chłopak (Marcin Trzęsowski). Wydaje nam się, że oglądamy właśnie scenę z życia Nataszy – gwiazdy telewizyjnej, przygotowującej się do występu. Jesteśmy świadkami jej dyrektywnego i lekceważącego podejścia do otoczenia oraz  totalnej potulności współpracowników i bliskich.

Zaraz potem, gotowa już do występu Natasza, w czarnej skórzanej kurtce i spodniach z dziurami wchodzi na scenę. Wykorzystany tu mikrofon na statywie i dymiarka będą jej towarzyszyć już do końca spektaklu – wszak przecież jest gwiazdą… W chmurze dymu i na tle wymownej muzyki, z teatralną przesadą, Natasza deklamuje swoją historię picia. Całość daje dość ironiczny, komicznie przejaskrawiony efekt, dzięki czemu udało się uniknąć często obecnego w spektaklach, czy innych projektach artystycznych dotyczących alkoholizmu, moralizującej nuty. Czarny humor, również zostaje z nami do końca, nie ujmując niczym powadze i wadze problemu – brawo!

Zaraz potem, towarzyszące Nataszy osoby wchodzą w role (jakże dobrze nam wszystkim znane) namawiających do picia, ośmieszających odmawiającego, usprawiedliwiających niepicie i urwany film. Wszystko to poprzez wypowiadane jak mantrę, bo pewnie słyszane przez nich niejednokrotnie, hasła.

Wydaje nam się, że życie Nataszy, to życie Halber, że właśnie do niego zajrzeliśmy. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że scena za nami, to psychodrama – część terapii uzależnień, której poddała się bohaterka, że Charakteryzatorka to w rzeczywistości terapeutka – Iza, chłopak, to sfrustrowany, w kryzysie wieku średniego, nauczyciel – Marcin, matka, to ekspedientka, zaniedbująca dzieci pijąca razem z mężem – Iza, a Asystent, to młody grafik, korporacyjny wyjadacz – Dawid.

Drama się kończy, uczestniczy terapii grupowej wracają do kręgu. Opowiadają swoje historie, próbują się uzewnętrzniać, nazywać towarzyszące im emocje, itd. choć to nie proste zadanie. Terapeutka zachęca ich, jak i widownię, która jest częścią kręgu, do znalezienia ról społecznych, w które na co dzień wchodzimy. Iza zachęca do aktywności, pacjenci i widownia podają hasła. Wszak słuchając zwierzeń czwórki bohaterów i zajmując miejsca w kręgu AA, nasuwa się krępująca wątpliwość, czy w naszym stylu picia nie ma niepokojących sygnałów problemu… A na dodatek i jak na złość, aktorzy posługują się swoimi prawdziwymi imionami.

Jak do tej pory, spektakl przypominający patchwork wspomnień, scen i leczenia przebiega zajmująco, angażujemy się w tę świetnie przeprowadzoną, zagraną i skonstruowaną strukturę, przebiegającą bez niepotrzebnej eskalacji, wielkich emocji, patosu. Jak do tej pory… bo docierając do końca spektaklu, w głowie huczała myśl, że mógł się skończyć w tej chwili! Co prawda bez osiągnięcia jakigokolwiek katharsis, ale uniknęlibyśmy dzięki temu rozczarowującego upadku spektaklu, po którym nie udało się go już odbudować na nowo.

Otóż zaintrygowani i przejęci rozkręcającą się właśnie narracją, dowiadujemy się, że teraputka Izabela jest aktorką Izabelą [sic!] i już nie wie co ma dalej grać. Aktorzy raz na zawsze wychodzą ze swoich fantastycznie prowadzonych ról, przyznają że nikt z nich nie jest alkoholikiem i że wszyscy spędzili godziny na mityngach AA, terapiach grupowych i markowanych terapiach indywidualnych, aby właściwie przygotować się do spektaklu. Bez sensu to wszystko i niepotrzebnie…

Rodzi się jeszcze nieśmiała próba powstania z martwych, w scenie, kiedy Natasza ilustruje gestem przytaczany przez terapeutkę opis schematu przebiegu uzależnienia, na  przykładzie hazardu, czy też zabawna i ujmująca ostatnia scena – bawiących się na trzeźwo aktorów (bo przecież można, prawda?), ale to raczej uśmiech tęsknoty za utraconym, bo zawód pozostaje. Niestety, bo mogło być fantastycznie do końca…

fot. Bartek Warzecha

Piłkarze

Tu musi być jakiś dramat, konflikt, napięcie. Tu musi być jakiś bohater. To na pewno będzie jakaś opowieść o człowieku. Tymi słowami beznamiętny głos narratora z offu (Dobromir Dymecki) rozpoczyna spektakl. I rzeczywiście, była to jakaś opowieść o człowieku, był tu jakiś bohater, konflikt, napięcie. I był to przede wszystkim i zdecydowanie świetny spektakl, z repertuaru TR w Warszawie!

Bohaterem jest dwójka młodych, pozbawionych przez reżyserkę głosu, młodych mężczyzn. Dwoje piłkarzy, za których, do których i o których mówi, analizuje i relacjonuje głos zza kulis. Tak jakby mózgi piłkarzy skoncentrowane na formie pozbawione były umiejętności samookreślania, albo w celu redukcji niepotrzebnych dystraktorów, jakimi jest, między innymi myślenie, chciano zoptymalizować ich sportową wydolność. To jeden z, i moim zdaniem najważniejszy z wspomnianych przez narratora dramatów i konfliktów – traktowanie piłkarza, czy jakiegokolwiek innego wyczynowca, jako obiektu ekonomicznego, jak maszynki do strzelania goli, wygranej, i wreszcie – zarabiania pieniędzy. To pewien rodzaj miękkiego ubezwłasnowolnienia, pt. ty się nic nie martw, my to wszystko załatwimy, ty po prostu trenuj i strzelaj te gole!

To też historia rozbierająca sportowców z fasady seksualnego tabu oraz obalenie medialnych mitów piłkarskiej doskonałości. Wszak piłkarz to nie gej! Piłkarz to mężczyzna! Bo gej nie ma czego szukać wśród samczej, a jednak erotycznie dwuznacznej, szczególnie w czasie zwycięstwa, czy w szatni, gawiedzi, prawda? A jeśli ma depresję – choć lejący się pot, jako autentyczność fizycznego wysiłku i istnienia, tego nie zdradza, całkowicie eliminuje go z gry, jest wart mniej niż piłkarz na emeryturze. Że nie wspominając o kontuzjach, kiedy już absolutnie żaden transfer do wyższej ligi nie jest możliwy, żaden klub takiego gracza nie kupi. Nikt nie chce tracić na złamanym dosłownie, czy w przenośni, zawodniku.

A wydawać by się mogło, że piłkarz jest człowiekiem… piłkarz to towar, to interes – intratny, albo nie, dlatego zakup trzeba dobrze przemyśleć bo reklamacji, ani zwrotów nie będzie. Twórcy spektaklu świetnie, bez ckliwości i definitywnie burzą topos doskonałego, męskiego piłkarza, rozwiewając wszelkie, będące solą w piłkarskim oku, tabu. Obnażają materialny, pozbawiający piłkarza osobowości i człowieczeństwa, aspekt.

Piłkarze, to mistrzowski mariaż teatru dokumentalnego, sportu i tańca. Choreografia wykonana przez Martę Ziółek balansuje na styku przekalkowanych wprost z murawy piłkarskich popisów, treningów, ćwiczeń i rytmu. Katorżniczego rytmu, odczuwanego razem z aktorami, którzy rzeczywiście mają za sobą przeszłość ligową. Kacper Wdowik grał bowiem w Odrze Opole, a czarnoskóry Wiktor Bagiński związany był przez kilka lat z Lechem Poznań. Nie brakuje więc wypowiadanych beznamiętnym głosem z offu rasistowskich, homofobicznych, nacjonalistycznych obelg, będących cudzysłowami z boiska. Pojawienie się na scenie prawdziwych sportowców, a nie aktorów, przybiera zatem dodatkowy sens – autentyczności. Obrani przez przenikliwego i wszechwiedzącego narratora z prywatności, z każdego rozstępu, tatuażu i zerwanego ścięgna, mężczyźni, stają się wiarygodnym źródłem wiedzy na temat ciemnych stron piłkarstwa, presji rynku i rywalizacji.

W trakcie spektaklu nie pada żaden gol, nie słychać gwizdów i wuwuzeli. Jest pot, jest  mordujący trening i przygotowanie do strzału, który nie pada – przynajmniej dosłownie. Pada bowiem grad emocji, frustracji, realiów, niemego buntu. Meandrując pomiędzy tym wszystkim, nie zapomnij, że to spocone ciało, ten medialny, seksualny, ekonomiczny obiekt, posiadacz piłkarskich parametrów i danych technicznych, wartości sportowej i rynkowej, to człowiek – nie zawsze zwycięzca.  

fot. Kasia Chmura

Jeden Gest

Nasz świat Głuchych jest mały.
Ale możemy walczyć o swoje prawa.
Głusi nie są gorsi od słyszących. Jesteśmy równi.
Mamy język, kulturę.
Dawniej my Głusi byliśmy uciskani przez słyszących.
Teraz są pewne zmiany na lepsze, ale za to jesteśmy podzieleni.
Róbmy tak, żeby świat Głuchych się zjednoczył.
Jestem Głuchy, moją pasją jest miganie,
Jestem dumny z kultury.
Każdy Głuchy jest inny, ale mamy coś wspólnego.
Zjednoczmy się, razem mamy siłę. Mamy siłę.

 

To słowa Hymnu Głuchych – Dawajcie razem! Z wykrzyknikiem na końcu. Zastanawiałeś się kiedyś jak wykrzyknienie ,,brzmi” w języku migowym? Bo biorąc pod uwagę, że nie może to być podniesienie głosu i odpowiednia intonacja, wykrzyknik przestaje być taki oczywisty. W podręczniku języka migowego znajdziesz kilka opisów, jak użyć wykrzyknika – zmarszcz brwi, wychyl się do przodu, otwórz szeroko oczy, rozchyl usta, przybierz wymowny grymas twarzy (cokolwiek to znaczy)… Okazuje się, że nie tylko używanie wykrzyknień nie jest dla Głuchych takie jednoznaczne, jak by się mogło wydawać słyszącym. Weźmy chociażby taki zakup biletu na pociąg, albo standardową wizytę u lekarza, czy zakupy – w codzienności obsługiwanej przez słyszących, dla Głuchych wiele spraw nie jest zwyczajnie naturalnych – do ich załatwienia potrzebują tłumacza, albo… bardzo dużo czasu i nadludzkiej cierpliwości, choć i to nie gwarantuje pomyślności w rozwiązaniu zagadnienia.

I trochę o tym właśnie jest Jeden gest. O świecie języka migowego, o codzienności jego narratorów. Podczas spektaklu, usłyszymy cztery różne historie, czterech różnych osób, które łączy jeden fakt – niesłyszenie. Aktorzy opowiedzą o swoich utrapieniach związanych z niedosłuchem, o tym w jaki sposób nauczyli się funkcjonować i komunikować w dwóch równoległych dla nich teraźniejszościach – wśród słyszących i głuchych. A całość nie jest ani łzawa ani sentymentalna! Jestem pod wrażeniem, jak reżyserowi – Wojtkowi Ziemilskiemu udało się poprowadzić tę piękną, miejscami zabawną opowieść, bez niepotrzebnej, często obecnej w teatrze dokumentalnym,  melodramatyczności.

Zwykle krygujemy się przed przyglądaniem się osobom niepełnosprawnym, osobom z dysfunkcjami, czy jakkolwiek różnym od nas. Boimy naruszyć się naszym gapiostwem niepisanej granicy intymności i taktu. Tu możemy patrzeć do woli! Na obrazy dosłownie malowane rękoma w powietrzu — bo najpierw widzimy tylko ręce aktorów wyrastające z kartonowych ścian, w których wywiercono dziury — jedną małą, przepuszczającą wzrok artystów i dwie duże, mieszczące ich ręce — takie podwójne, obopólne podglądanie. Bardzo zabawne momentami, zresztą! Gapiąc się tak do syta, odniosłam wrażenie, że dłonie aktorów tańczą, że wykonują jakąś ustaloną na próbach, lub improwizowaną choreografię… Fantastyczne było to performatywne wyrażenie języka migowego, nad którym nigdy wcześniej się nie zastanawiałam. Lekkie, obrazowe i unikalne. Bo każdy z aktorów migał to samo, choć zupełnie inaczej! Ta swoistość, nad którą również nigdy wcześniej się nie zatrzymywałam, przypominała odpowiadające różnicom w komunikacji słyszących, wady wymowy, tempo wypowiedzi, specyficzne akcentowanie, czy lokalne naleciałości.

Kiedy znikają podziurawione parawany, poznajemy kolejno właścicieli rąk i ich osobiste historie. Wicemistrzynię Polski w strzelectwie – Jolantę Sadłowską, grafika – Pawła Sosińskiego, miłośnika anime – Adama Stoyanova oraz Martę Abramczyk – działaczkę społeczną.

Jolanta nie słyszy odkąd w czasie II Wojny Światowej zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Mówi niewyraźnie, jej córkę strasznie to denerwuje, dlatego woli migać. Jako wicemistrzyni Polski w strzelectwie do dziś ma pewną rękę.

Paweł pochodzi z bardzo utalentowanej muzycznie rodziny, wszyscy w jego domu grali na instrumentach, on przykładał głowę do nogi pianina. Jest grafikiem, którego brak zawodowego uznania w kraju, zmusił do emigracji do Szwecji. Tam nauczył się szwedzkiego języka migowego, w tak zwanym systemie – jedno słowo za jeden znak. Miga teraz systemem w dwóch językach.

Adam nie słyszy od urodzenia, jego rodzice również. Kocha migać, bawi się tym językiem. W szkole pomijany, uważany za głupka bo przez obce pochodzeni nie rozumiał polskiego języka migowego. Teraz tworzy miganą poezję.

Marta zdecydowała się na implant. Dzięki temu może mówić, nie czuje się już zawieszona pomiędzy dwoma światami (słyszących i głuchych) – może się teraz między nimi swobodnie poruszać.

Warto poznać te historie! warto zobaczyć ten spektakl. Warto też przeczytać jeszcze raz Hymn Głuchych, bo to prawdopodobnie jeden z niewielu tekstów osób niesłyszących.

 

fot. materiały Nowy Teatr w Warszawie

Pieśni Czarownic

W 1511 roku w chwalącym pana podpoznańskim Chwaliszewie, odbył się pierwszy w Polsce proces kobiety oskarżonej o konszachty z szatanem i czary, zapadł pierwszy na ziemiach polskich wyrok skazujący na śmierć przez spalenie na stosie. Znachorka zajmująca się ziołolecznictwem, nieznana z imienia i nazwiska, która rzekomo zatruć miała wielu mieszkańców Chwaliszewa poprzez dorzucenie czegoś do wody w kadziach przeznaczonych na piwo, po okropnych torturach przyznała się do wszystkiego, co jej zarzucano. Trudno, by po podtapianiu, rozciąganiu ciała, okrutnym katowaniu, nie pragnęła jedynie śmierci.

To to wydarzenie stało się przyczynkiem dla Ewy i Zbigniewa Łowżyłów (poznańskich artystów i aktywistów) do stworzenia spektaklu Pieśni Czarownic. Przedstawienie jest kontynuacją powstałego rok temu podczas Spotkań Teatralnych Bliscy Nieznajomi pod hasłem Wspólnota, koncertu. Wtedy to, przed Teatrem Polskim w Poznaniu, chór 19 kobiet wyśpiewał pieśni o feministycznym wydźwięku. Wydarzenie zostało wówczas bardzo dobrze przyjęte przez publiczność, dlatego zdecydowano się na wkomponowanie koncertu w ramy spektaklu. Premiera Pieśni Czarownic z udziałem chóru oraz aktorek Teatru Polskiego, pod kierownictwem duetu reżyserskiego Ewa Łowżył, Michał Buszewicz, otworzyło tegoroczną edycję Bliskich Nieznajomych.

Podobał mi się aktywistyczny charakter i forma koncertu. Podobał mi się kompatybilny z krzykiem i buntem pokaz — wyjście na ulicę, quasi performans, dźwiękiem zatrzymujący przechodniów. Współgrały wówczas ze sobą koronkowe podomki i bronxowe beczki, usubtelnione przez struny i smyczek. To były kobiety, które wyszły z domu prosto na ulicę, po to by protestować, by bronić swoich praw.

Przedstawiona podczas Festiwalu Bliscy Nieznajomi, forma dramatyczna i zamknięcie głosu kobiet za ścianami teatru zupełnie do mnie nie przemawia. Teksty pieśni autorstwa Maliny Prześlugi, w przestrzeni teatralnej, przy asyście aktorek z Teatru Polskiego (Teresa Kwiatkowska, Małgorzata Peczyńska, Ewa Szumska, Katarzyna Węglicka) siedzących na podeście, ubranych w marynarki i obcasy, komentujących egzekucje kobiet o mocach nieczystych, jako świadkowe wydarzeń, stają się dość tendencyjne, krzyczane tak głośno i tak mocno, że tracą zatrzymującą uwagę, moc, są wręcz banalne. Napięcie trzyma i podsyca genialny otok muzyczny Patryka Lichoty oraz Mieszko i Zbigniewa Łowżyłów.  Przemocowość i supremacja sfer wyższych nad zabobonnym ludem poprzez konfrontacje ubranego w halki chóru i plotkujących na podwyższeniu aktorek, jest zbyt dosłowna. Narracja lekko znudzonych aktorek, przybliżająca historyczne tło wielkopolskich, polskich procesów o czary, filmy z cmentarza ukrytego w lesie, były oderwanymi i niezharmonizowanymi z całością, wtrętami.

Co zrobić zatem, żeby głos kobiet walczących o swoje prawa został usłyszany, nie pominięty w natłoku krzyczanych zewsząd haseł różnej maści? Jak uczynić go świdrującycm w trzewiach, nie dającym się pominąć? Może to pytanie dla widowni? Może to pytanie do mnie i innych, do których te słyszane ze sceny gdzieś się pogubiły?Równouprawnienie, protest przeciwko przedmiotowemu traktowaniu kobiet, polityczna sytuacja w Polsce, podział społeczeństwa, stereotypy umieszczające kobiety przy kuchennych garach, to tematy niezwykle ważne! Absolutnie ważne! Nie mniej, uważam zaproponowaną przez twórców Pieśni Czarownic teatralną formę za próbę bardzo nieudaną i trywialną. Nie zawsze potrzeba drastycznych zmian, żeby uzyskać lepszy/większy/pełniejszy efekt.

Symboliczne czary oprawione w aktualność, w teraźniejszą przemocowość i pasywną agresję, w słowa o macierzyństwie, o kobiecym ciele i urodzie, prasowaniu i odgrywaniu permanentnej roli matki polki, przegrały ze sceną i płynącym z niej anegdotyzmem. Szkoda… Przykro i ciężko mi z tym, że nie zachwyciła ta teatralno – chóralna hybryda.

Fot. Maciej Zakrzewski

Na obraz i podobieństwo swoje

Spektakl w reżyserii Piotra Trojana Na obraz i podobieństwo swoje otwiera następujący komunikat — wszystko, co zaraz zobaczymy, to historia prawdziwa, choć jeszcze się nie wydarzyła. Domyślamy się zatem, że jest to sprawa sąsiedzko wręcz popularna, że prawdopodobna jest w naszym mieście, na naszej ulicy, w mieszkaniu pod nami. Rzecz bowiem dzieje się w małym, polskim miasteczku XYZ, czyli wszędzie. Pojawia się tutaj ,,piękna pani z telewizji”, która realizuje właśnie programu o charakterze reality show. Dziennikarka rozmawia z mieszkańcami miasta w ich domach, podgląda ich codzienne życie, a relację jej projektu można obejrzeć w telewizji! już kilka dni po zakończeniu zdjęć. Zwieńczeniem przedsięwzięcia są puste ulice miasta i ,,szyby niebieskie od telewizorów”. Oraz… rywalizacja o wyprawę na Marsa. Inspiracją do powstania spektaklu była postać holenderskiego biznesmena Basa Lansdorpa i jego projekt MARS ONE, który zakładał budowę osiedla ludzkiego na Marsie. I to właśnie w miasteczku XYZ trwa casting mający wyłonić dwójkę najbardziej odpowiednich do owej misji, osób.

W ten sposób poznajemy mieszkańców miasteczka z imienia i ciała. Tak, ciała. Bo jego kult jest ważnym elementem spektaklu, na osi którego zbudowana została cała dramaturgia. Ciało oraz jego niedoskonałość i ułomność, wiążący się z tym wstyd i narastające poczucie niedostosowania, zaniżania samooceny, czy depresji.

Pierwszy prezentuje się Eryk (Grzegorz Gołaszewski). 19 — letni homo sapiens płci męskiej, z rodziny: kulturysta, rodzaju: drech, napinający przed nami swoje mięśnie, prężący się do kamery. Eryk spędza całe dnie na siłowni, tam dba o szybki przyrost masy mięśniowej. O jego muskulaturę troszczą się spożywane przez niego różnego rodzaju anaboliki oraz jego matka (Martyna Zaremba – Maćkowska)… kobieta zaborcza, manipulująca synem, która kocha w sposób chory, zachłanny i totalny, niemal kazirodczy. Sprawiając pozory liberalnej, nie radzi sobie z dorastaniem syna, zazdrosna o pojawiające się w jego otoczeniu kobiety. Przygnieciony bezlitosną miłością, Eryk, nie spotyka się z żadną dziewczyną, korzysta za to z usług infolinii erotycznej. W wolnych chwilach prowadzi vloga o wyciskaniu, uzupełniając go interaktywnym coachingiem.

O życiu na Marsie najbardziej marzy odszczepieniec Piotr (Nikodem Kasprowicz) — brat Eryka, całkowicie pomijany, nierozumiany przez bliskich i znajdujący się w  swojej rodzinie, jakby przez przypadek… Wyróżniający się intelektem i AIDS, śpi w pościeli w kosmiczny motyw, referuje naukowe, pozaziemskie wiadomości, które nikogo poza nim nie interesują. Zastosowany tu został bardzo stereotypowy, mocno spłaszczony i dosłowny zabieg zestawienia braci na zasadzie totalnych przeciwieństw. Proste to bardzo i banalne… jak kreacja reszty bohaterów, których ułomności rozwiązujemy po ich pierwszych słowach.

Na scenie pojawiają się dwie dziewczyny oraz ich babcia. Jedna z młodszych kobiet, bardzo szczupła, ubrana w kostium imitujący panterkę, druga cała w jeansie, diamencikach i doczepianych blond włosach. Klasyczny, choć powierzchowny, rzecz jasna, obraz dziewczyny dresa. Plotkują, śmieją się, wypełniają za wolno płynący czas i nudę dogryzaniem publiczności. Ich śmiech jest zaraźliwy, żarty kiepskie. Okazuje się jednak, że pod maską pewnych siebie i wulgarnych, kryje się wiele kompleksów i problemów z akceptacją siebie. Jednym z nich jest zaburzenie odżywiania – anoreksja. Cierpiąca na jadłowstręt psychiczny dziewczyna (mowa o tej ubranej w panterkę) poddaje się operacji zmniejszenia wagi w szemranej klinice, w wyniku czego traci nogę. W tej roli Alicja Juszkiewicz. Druga kobieta (tutaj debiutująca Anna Langner), o małomiasteczkowej mentalności, od lat wirtualnie spotyka się z Erykiem. Z ich pierwszej randki w realu nic jednak nie wychodzi. Nic oprócz gagu z reklamówką, która jest głównych tematem ich rozmowy i zainteresowania spotkaniem. To najbardziej udana scena w całym spektaklu, w czym duża zasługa świetnej kreacji scenicznej Gołaszewskiego.

Babcia dziewcząt (Irena Dudzińska), która gdy tylko pojawia się na scenie, w srebrnych butach ze świecącą na zielono podeszwą wiemy, że nieubłaganie zbliża się scena z nieakceptowaniem swojego wieku oraz starzejącego się ciała i wynikających stąd ograniczeń. Babcia zwierza się wnuczkom, że chce umrzeć, że nie znosi zapachu starej skóry, jej zwisów i wiotkości. Mówi, że brakuje jej seksu.

I wreszcie, na scenie pojawia się mężczyzna, wypowiadający się słowami Starego  Testamentu. Typuje Piotra i Babcię do misji na Marsa. Mówi do nich ,,idźcie i rozmnażajcie się!” Piotr chory na AIDS i kobieta po menopauzie. Czy to bóg? Czy to nasz holenderski bogacz? Kto jest twórcą projektu Mars One? Nie wiem… Wychodzi jednak na to, że bogu w trakcie aktu tworzenia ewidentnie coś nie wyszło. Albo, jeśli stworzył mieszkańców miasteczka XYZ, jak wszystkich innych na Ziemi, na obraz i podobieństwo swoje, nie może być doskonały…

Spektakl ten, to streszczenie społeczeństwa klasy B, bogaty w gagi i proste rozwiązania, wpisujący się w trend wykorzystania nowych mediów (w tym przypadku dziewczyna z kamerą i zbliżenia, które są absolutnie niepotrzebne i drażniące) i wulgarności podwórka. To mógłby być bardzo dobry spektakl o świadomości swoich niedoskonałości, rys i skaz, o podejmowaniu walki na przekór stereotypom i wstydowi. Dowiadujemy się za to, że taka walka zwyczajnie nie ma sensu, bo nie wiadomo co określa zwycięstwo, a wszechogarniający, wszechobecny kult ciała niszczy i zabiera jasność umysłu.

Fot. Jakub Wittchen