Another One

Another One pary młodych, belgijskich artystów Lobke Leirens i Maxima Storms to bardzo pochłaniający spektakl. Zaskakująco mocno, z uwagi na minimalizm użytych środków i teatralną prostotę. W niebanalny sposób mówi o wzajemnej tolerancji, o przedziwnym uzależnieniu od siebie — niemożności życia bez siebie nawzajem, choć wspólne działanie wcale nie jest proste, o (jak pisał belgijski „Focus Knack”) pragnieniu przetrwania miłości, kiedy przynosi ona więcej bólu niż pocieszenia.

Dwójka aktorów stylizowana jest na starszych ludzi, którzy przeżyli razem zapewne kilkadziesiąt lat. Widzimy ich na scenie, na której nie ma nic więcej prócz dużego tipi, dwóch krzeseł i ściennej apteczki pierwszej pomocy służącej za stolik.

Wydaje się, że para przetrwała (przetrwała – to ważne w tym kontekście słowo) wspólnie tyle czasu, tylko dzięki pewnym osobliwym rytuałom. Widzimy jak zataczają kręgi, odsuwają się od siebie i przybliżają, obserwujemy ich połamane, nieco niezdarne ruchy, to jak pomagają sobie nawzajem utrzymać równowagę, jak wzajemnie się odpychają i przyciągają.

5aecca02aa83f

Another One, czyli Kolejny, to pewien kod, hasło, które pozwala rozpocząć nową grę – karcianą lub fizyczną.

Każda z rozpoczynających się gier jest reprezentacją, wyrazem rytuału, który trzeba cierpliwie i w milczeniu przetrwać. Każdy z nim wyraża się też w powolnej repetycji, długiej i hipnotyzującej mantrze.

Powtórzenia te to na przykład partie karcianej gry. Potrójna talia kart rozdawana jest zamaszyście, w równym tempie. Każda partia kończy się tym samym zwrotem I win this game so I’ll take all of those cards i pytaniem Another one? W karty można grać i wygrywać z dziką satysfakcją bez końca.

Ceremoniałem jest także uderzanie w twarz, raz z jednej, raz z drugiej strony, popychanie na ścianę, wspólne śpiewanie piosenki, szukanie siebie we mgle — działania rozpoczynające się po haśle Close your eyes. Zawsze długie, powolne, zdające się nie mieć końca. Powtarzalność, rytuały są jakby pozbawione emocjonalnego rysu, mimiki, słów, są jak konieczny do wypełnienia, względem tej drugiej osoby, obowiązek. Po to, by zatrzymać ją przy sobie. Znieść i zadać ból, cierpliwie czekać, tolerować i być tolerowanym, by przetrwać.

5aecca244c883

Widziałam podczas tegorocznej edycji Malta Festival sporo spektakli, ale ten był dla mnie w jakiś przedziwny sposób naprawdę wyjątkowy, magnetyczny, hipnotyzujący. Chciałabym zobaczyć go jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze… Przepiękny, gorzko – zabawny, ponuro – wesoły… przepiękny! Dziękuję!

 

fot. Mat. Malta Festival

Concert by a band facing the wrong way

Koncert zespołu zwróconego/patrzącego w złym kierunku. W złym czyli jakim? W kierunku rozpadu, porażki? Czy może intensywności, dzikości, energii? Może chodzi o sposób tego patrzenia, że jest trochę odchylony, wariacki? Faktem jest, że gdzie by nie patrzyli, podkreślają wybrany kurs dźwiękiem, szaleństwem i jakąś dziwną hipnotyczną lekkością płynącą równolegle z nomen omen, ale rozsadzającą głowę i ściany Auli Artis, muzyką.

Concert by a band… w reżyserii Maartena Seghersa to performans muzyczny/instalacja muzyczna na trzech wykonawców. Pierwszym z nich sam Seghers — od 2001 roku członek kompanii Needcompany i jeden z kuratorów tegorocznej edycji Malta Festival, we współpracy z Nicolasem Field oraz Romboutem Willems. Wszystko w tym performansie jest trochę odklejone, niepoczytalne, począwszy od składu, po kostiumy. Perkusista gra wyłożony na wznak bo instrument ustawiony został wertykalnie, w gitary uderzają bo trudno to nazwać grą, a i słowa, które wypuszczają z ust, są tyle donośne, co zupełnie niezrozumiałe. Przypominają raczej dźwiękowy odpowiednik kontaktu improwizacji, ich muzyczne gesty wydają się być, zupełnie jak w tanecznej improwizacji, czymś nieplanowanym, wynikającym z odpowiedzi na impuls pochodzący od partnera, czymś co skupia się na reagowaniu a nie planowaniu. Całość sprawia wrażenie nie wyreżyserowanego, choć w istocie takim jest i aż prosi się, aby móc zobaczyć nagrania z prób, jakiś zapis z procesu tworzenia.

Na wrażenie lekkości i wdzięcznej przypadkowości składają się wspomniane już kostiumy — spodnie z nogawkami za długimi o jakiś metr i utrudniającymi chodzenie, ale za to jak finezyjnie zwisającymi niczym tren albo syreni ogon, gdy ich śpiewający właściciel zostaje podniesiony przez kolegów w górę… albo koszula za duża co najmniej o 10 rozmiarów, przewiązana w pasie i z podskakującymi rękawami zakończonymi supłem. Różowa koszula perkusisty natomiast, w konfrontacji z ostrymi dźwiękami, światłami wyglądała po prostu zabawnie, jak dowcipna jest lekkość i nieodparty optymizm performerów.

Wydaje się, że performerzy puszczają do nas oko, zdają się mówić, że może i są zwróceni w złym kierunku, ale przynajmniej są niestrudzeni! Nawet jeśli nie zrozumiemy przed czym lub przed kim się opędzają, albo dlaczego czują zakłopotanie (wyłapałam często powtarzającą się frazę get lost – spadaj lub czuć się zakłopotanym), to trud i starania które podejmują wydają się być kluczowe.

1CBXkwpLe_CoZmT2Qq7d1BtiQcuiypCdU

Jest w tym wszystkim coś dziwacznego, niezwykle hipnotyzującego. I wchodzi się w to od razu! Albo nie? Ale to tym gorzej dla odpornych na ten trans bo pewnie męczą się przez godzinę… ja w te krzyki i pokręcenie wskoczyłam absolutnie!

fot. Mat. Malta Festival

1095

Średniowiecze. Epoka kojarzona z ciemnotą, brudem, zacofaniem, wojnami. Z chrześcijaństwem, Inkwizycją, krucjatami, religijnym fanatyzmem.

Co szczególnego stało się w roku 1095, że młodzi belgijscy artyści z kolektywu Kuiperskaal, którego rdzeń tworzy rodzeństwo Romy Louise i Victor Lauwers oraz reżyserka Lisaboa Houbrechts zdecydowali się zrobić o tym spektakl? Historia mówi o tym, że papież Urban II nawołał w swoim kazaniu do wypędzenia z Jerozolimy muzułmanów, czyli faktycznie do pierwszych krucjat. Twórcy spektaklu dołączyli opowieść o perypetiach czwórki tułaczy. Ich losy wyznaczają oś przedstawienia, choć nie stanowią jego istoty. Celem twórców, jak czytamy w opisie do spektaklu, jest dotarcie do czystych, namacalnych emocji i fizyczności ciała. Dodam, że także o tym, jak ciało nabrzmiałe od emocji szuka rozładowania oraz o tym, jak niewiele od roku 1095,  jako społeczeństwo się nauczyliśmy …

Na początku XI wieku, z powodu papieskiego wezwania wielu mężczyzn opuszcza swoje domy, aby wziąć udział w walce z wrogami chrześcijaństwa — jedynej dobrej i słusznej religii i bronić świętego miasta. Wiele kobiet zostaje samych, wielu mężczyzn samotnych w drodze. Wiele ciał zostaje samych i wiele związanych z nim potrzeb. Może to właśnie przez tę samotność nawiązuje się płomienny romans, rosnące pożądanie Berthy i mauretańskiej niewolnicy Num (Romy Louise Lauwers), którego fizyczność i żądze, cienie poruszających się, nagich ciał, podglądamy zza oświetlonego ekranu. Uprawiamy obustronną nieprzyzwoitość.

W tym samym czasie z klasztoru warczących jak tybetańscy mnisi, benedyktynów w Gandawie, ucieka dwójka zakonników, m. in. bard Benny (Seppe Decubber). Samotność Berthy, ucieczka Num, wygnanie zakonników skutkują decyzją o wspólnej tułaczce po Europie. Drogę do Kordoby, którą przemierzają krzycząc, wijąc się, szaleńczo tańcząc jest w pewnym sensie nie interesującym nikogo odpadem. Gdzieś leży niekompletna głowa świni, mnich jedzie na koniu z worków foliowych, wszystko wydaje się być przypadkowe i niepasujące, absurdalne i przesadne. Tak scenografia Oscara van der Put, jak gesty aktorów, ich nieporadny ruch, sposób wypowiedzi charakteryzowany na animowane postaci, kukły, dziecięcy teatrzyk. Cały świat, wszystkie jego części jakby rozrzucone po wielkim wybuchu — rozpadający się, zniekształcony wszechświat, pot i hiperbola.

35775080_2084991638197322_5289117461835153408_n

Twórcy spektaklu starają się o przekraczanie granic — ciała, emocji, heteronormatywności, szaleństwa. To bardzo intensywny, absurdalny, przez co często zabawny spektakl. Ostatecznie mocno fizyczny i ponury teatr. Teatr maniakalny, w którym wszystko jest szorstkie, mocne i głośne. Wszyscy tu krzyczą — bo i papież wzywając do mordowania muzułmanów, i kalif chcący dla Num kary gorszej niż ukamieniowanie, krzyczy trędowaty, który niewolnicę ukarać radzi gwałtem w obozie dla trędowatych. Huczy także muzyka, która wzmacnia wrażenie rozpadu i nadaje spektaklowi rytm (Maxime Rouquart i Simon Lenski). Tylko Benny jest milczący, nawet wtedy, kiedy dowiaduje się o samobójczej śmierci Num i kiedy sam umiera. Tułaczka trwa. Religia i przywódcy atakują, nawołują, przymuszają. Religia i przywódcy atakują, nawołują, przymuszają, rośnie skala fanatyzmu… Czy coś nam to przypomina?

 

fot. Klaudyna Schubert