Dziewczynki

Dziewczynka — jeszcze nie kobieta, jeszcze nie nastolatka, ale już dawno nie małe dziecko. Taka dziwna hybryda, jak usłyszymy podczas spektaklu. Dziewczynka, narosłe wokół niej stereotypy, krzywdzący kierunek socjalizacji i próba (a może konieczność) wyłamania się dziewczynki z ograniczającej jej dziewczyńskości, to główna myśl spektaklu Małgorzaty Wdowik.

Dziewczynki to kolejny, zaraz po absolutnie fantastycznych Piłkarzach, przykład teatru dokumentalnego zrealizowanego przez reżyserkę. Na scenie pojawia się pięć aktorek  (Milena Klimczak, Wiktoria Kobiałka, Pola Pańczyk, Stefania Sural, Jagoda Szymkiewicz) o konkretnym usposobieniu, z naręczem faktycznych reakcji, konfliktów i żartów, z bieżącym doświadczeniem szkolnym, rówieśniczym i społecznym, autentycznych w tej historii o dziewczynkach bo mają od 9 do 14 lat. Zostały wyłonione do udziału w przedstawieniu podczas warsztatów zorganizowanych w Teatrze Studio. Próby poprzedził wywiad jaki Wdowik przeprowadziła zarówno z dziewczynkami, jak i pozostałymi, dorosłymi twórcami. Pytania dotyczyły pojęcia wolności, roli kobiety, przyzwolenia na złość i sposobów jej wyrażania oraz opisu swojego ciała od stóp do głów. O dziewczynkach (podobnie jak o piłkarzach) bezpośrednio opowiada i komentuje głos z offu. Tym razem jest to, co ważne — kobieta (Dominika Biernat), bo tylko ona posiada odległą, zagrzebaną w pamięci perspektywę dziewczynki.

Spektakl urósł ze sprzeciwu reżyserki wobec ograniczeniom przypisywanym kobiecie w procesie socjalizacji, nadawaniu jej ról odpowiednich płci, upupiania kobiet. Wdowik chciała żeby dziewczynki mogły swobodnie wyrazić swoje emocje, szczególnie te trudne do przyjęcia przez otoczenie, jak gniew, złość, żeby wiedziały, że mogą się buntować. Teatr ten ma za zadanie wprawić w drżenie i ostatecznie wysadzić utopijną wizję niewinnej, ślicznej i kruchej istotki, jaką ma być dziewczynka. Uruchamia swobodę myśli dzieci i odkrywanie nie tylko swojej emocjonalności, ale także możliwości własnego ciała, w czym świetnie sprawdza się choreografia Marty Ziółek.

59f38c0d43609086425718

Dziewczynki są obserwowane; jednocześnie przyglądają się widowni i sobie nawzajem wreszcie bez żadnej cenzury. Są ubrane tak samo, wszystkie mają rozpuszczone włosy, co dopełnia unifikacji, są w końcu reprezentantkami całej, ogromnej grupy społecznej. Scenografia jest uboga (lecz należy pozbyć się pejoratywnego znaczenia tego słowa), to jedynie różowa jama, która kształtem, fakturą i kolorem przypomina przyklejoną pod szkolną ławką wyżutą gumę. Dziewczynki chowają się w niej, biegają wokół, w jednej ze scen wywlekają z niej za nogi Ewelinę Żak — bezwładną lalkę, manekina w kształcie kobiety. Dziwią się jej dorosłości, podchodzą do niej z dystansem, poznają przez dotyk — głaszczą, stukają w kolana, dotykają po kolei wszystkich palców, wystukują na jej pupie i udach rytm dziecięcych zabaw w klaskanie. Tak jakby nie do końca wiedziały co z tą kobiecością począć. Ostatecznie wykorzystują jej dorosłość i przez jej usta wyrażają opinie, które  wypada jedynie szeptać, których według zasad dobrego wychowania (zgrzytają mi zęby, kiedy to piszę bo żywotność i obowiązywalność takich zasad jest dla mnie po prostu bezzasadna) nie przystoi mówić dziewczynkom. Bo czy wypada dziesięciolatce powiedzieć do mężczyzny w szóstym rzędzie cześć przystojniaku, albo skomentować brwi obecnych na widowni kobiet? Ja bym wolała żeby wypadało. Bo ważna jest autonomia, własna tożsamomść i indywidualność, życie w zgodzie ze sobą, a nie z konwenansami. Bycie asertywnym, czy szczerym nie determinuje braku szacunku do innych.

I choć na myśl przychodzi pytanie o niesprawiedliwość, dlaczego niby chłopcom wolno szaleć, a od dziewczynek oczekuje się śpiewu i tańca w balecie, delikatności i bycia grzecznymi, to ich indywidualność na scenie szczęśliwie nie została zbudowana na zasadzie płciowego kontrastu. Cieszę się, że Dziewczynki w spektaklu Wdowik mają przestrzeń do tego żeby wrzeszczeć, skakać, biegać, śmiać się, mówić co myślą.

Polecam i jednocześnie jestem niezmiernie ciekawa, jak spektakl będzie ewoluował — dziewczynki przecież dorastają, nabywają nowych doświadczeń i jak sobie wyobrażam, są co raz odważniejsze!

 

 

fot. Krzysztof Bieliński

So Emotional

So Emotional zobaczyłam w Pawilonie w Poznaniu. To nowe, dopiero co otwarte miejsce dla złaknionych kultury Poznaniaków, które znajduje się praktycznie w samym sercu miasta i jak czytamy na jego stronie, stanowi: Przestrzeń dla postaw i współdziałania. Miejsce rozmowy. Miejsce polityki słuchania. Miejsce obiegu aktywności. Miejsce pobudzenia idei. Mam ogromną nadzieję że taką właśnie przestrzenią będzie. Ale nie o Pawilonie będzie to rzecz, a o spektaklu, lub może bardziej performansie Marty Ziółek, Przemka Kamińskiego, Mateusza Szymanówki, produkcji Nowego Teatru w Warszawie.

Jak przeczytać można w licznych wywiadach z twórcami, pomysł na So Emotional narodził się w 2015 roku podczas rezydencji artystów w ramach wystawy Let’s Dance w Art Stations Foundation w Poznaniu. W czasie pomiędzy ideą spektaklu a jego premierą, w Polsce odbyły się wybory parlamentarne, prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald Trump. Zarówno w przestrzeni publicznej, jak i wirtualnej odbywały się swoiste teatra polityczne i społeczne. Wydarzenia te niezamierzenie stały się kolejnym kontekstem przedstawienia. I choć w spektaklu nie dostrzeżemy bezpośrednich, politycznie nawiązujących komunikatów, to można oczywiście odnieść się do działania afektem i prezentowanej przez polską partię rządzącą, polityki zarządzającej emocjami.

Co do faktycznych impulsów powstania So Emotional, były nimi chęć zbadania przestrzeni Internetu, jako wizualności oraz korelacja form i emocji, a także emocjonalność samych form. Artyści mówią także o inspiracji wschodnią filozofią pięciu elementów, postrzeganiem ciała jako miejsca przepływu energii, kanałach energetycznych, pozytywnych i negatywnych emocjach przypisanych poszczególnym narządom wewnętrznym  oraz Body Mind Centering — somatycznej metodzie opartej na pytaniu, jak umysł, świadomość, emocjonalność wyraża się w ruchu poprzez ciało. Dużo koncepcji, dużo inspiracji, mnóstwo odniesień. Tylko czy nie za dużo tego teoretyzowania? Czy to potrzebne? Mam wątpliwości bo teorie te niekoniecznie mają przeniesienie na scenę.

e656f95df733999ad43944b83275e184

Taniec współczesny jest szalenie eksperymentalną dziedziną, jest poruszaniem się, czerpaniem z wewnętrznych potencjałów i wynikiem kumulacji, decyzji, jest ekspresją. Twórcy spektaklu chcą zedrzeć ze swojej pracy, ciała, ruchu ograniczającą teatralność i instytucjonalność.

Twórcy So Emotional nie zdejmująą ograniczającego gorsetu formy, a badają, jak ciało i jego ruchliwość oddaje, przekazuje emocjonalność bez twarzy i mimiki, nakładając na siebie jedynie popkulturowe klisze. Zakładają białe maski, z jednej strony nawiązując do starożytnej teatralności, z drugiej do aktywistów Anonymous. Choć być może to zbyt naiwne skojarzenia, biorąc pod uwagę wielość inspiracji i towarzyszących tworzeniu spektaklu, teorii… Tak czy inaczej maski szczelnie zakrywają twarz — nośnik emocjonalnego przekazu, jakby na przekór Levinasowi, według którego wszystko jest w twarzy. Nawet po zdjęciu masek, ich twarze nie przejawiają żadnego nastawienia. Odnosząc się do Internetu i twardych dysków, można zaryzykować twierdzenie, że za pomocą masek hakują swoje ciała, żeby rozproszyć, zmienić kształt jego zaprogramowanego socjalizacją, kulturą, edukacją, sposobu reagowania. Za plecami performerów na czarnym ekranie pojawiają się słowa so emotional, które kolorami (czerwony, zielony, niebieski, biały) i fontami nawiązują do programistycznych kodów. Przechodzą w obraz dłoni, wątroby, nerek, płuc, jako tych narządów, gdzie według wspomnianej wschodniej filozofii, umiejscowione są poszczególne emocje. Ruchliwość i ciało jest tu uwypuklone nie tylko przez zasłonięcie twarzy, ale także ograniczenie scenografii — tylko biały prostopadłościan i kije baseballowe w rękach. Światło w reżyserii Aleksandra Prowalińskiego, przypomina laser skanu, kserokopii, nakłada na ciała aktorów kolejne kalki, przenosi je na publiczność. Muzyka tworzy bazę danych, remiksuje i roztraja to, co popkultura zdążyła w nas zaprogramować, jednocześnie wywołując nostalgiczne skojarzenia dorastającego w latach ‘90. człowieka — jeszcze nie ze smartfonem w ręku, ale już równolegle ze znaczeniem obecności Internetu w życiu społeczeństwa, aż do całkowitej ich nierozerwalności. Pojawia się Whitney Houston i powtarzane w ostatniej scenie przez Martę Ziółek słowa lift me up, scena z kijami baseballowymi przywołuje skojarzenie z teledysku Hold up Beyoncé. Performerzy przywołują także inne wchłonięte przez popkulturę obrazy, między innymi Pietę Michała Anioła, którą pozorują swoimi ciałami, zastanawiając się zapewne czy i jak obraz, pewna wizualizacja, pozbawiona mimicznego wyrazu działa na emocje oraz czy w samej reprezentacji emocjonalności, samej formie zawiera się afektywny przekaz.

so-emotional-fot-maurycy-stankiewicz-2

Performerzy ubrani są identycznie — w czarne bokserskie spodenki, białe bluzy z kapturem, białe skarpety i białe sportowe buty, są sobie niemal bliźniaczy i w tej  jednakowości anonimowi, również wtedy gdy biorą w dłonie baseballe i wplatają w swoją choreografię gesty victorii, czy f*uck you. Jak się mają do tego krwiście czerwone paznokcie i usta Ziółek? Były elementem intencjonalnym, mającym anonimowość rozróżnić na płeć? Co ciekawe w performans badający relację pomiędzy ruchem i emocją, odcięcie emocji od wizualizacji wkomponowane zostało słowo. Jakby podążając za Mercem Cunninghamem i twórcami Judson Dance Theatre, że głosy i słowa, mówienie jako materiał ruchu to też ruch naszego ciała. A może nie…

So emotional to minimalistyczny w środkach spektakl, bogaty za to w przypisywane mu sensy, gdzie dużym sukcesem są światła i muzyka. Stanowi może nie wyczerpujące, ale na pewno angażujące i estetyczne studium nad formą i emocjonalnością. Jak dla mnie, za dużo jednak wokół niego teoretyzowania… pójdźcie jednak i oceńcie sami.

 

fot. Materiały Nowy Teatr w Warszawie