Kto się boi Virginii Wolf?

Kto się boi Virginii Wolf, to spektakl w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego na podstawie fantastycznego i ponadczasowego tekstu Edwarda Albee’go.

Rzecz dzieje się gdzieś w Nowej Anglii, w pokoju wypełnionym książkami (świetna scenografia Barbary Hanickiej), późną nocą, kiedy to pewne małżeństwo w wieku, na oko, czterdzieści plus, mocno zmęczone alkoholem, wraca z balu inaugurującego nowy rok akademicki. Ona to Marta (Dorota Kolak) – córka rektora uniwersytetu, on – Goerge (Mirosław Baka) – mąż Marty, niespełniony i niedoceniony wykładowca historii na owej uczelni. Na pierwszym planie nepotyzm i frustracja, które czasem robią miejsce analizie relacji małżeńskiej wspomnianej pary, czasami się z nią mieszają, niekiedy zazębiają.

Para ta nie szczędzi sobie uszczypliwości, obelg, impertynencji, inwektyw, ciętych ironii i sarkazmów. Publiczność zanosi się od śmiechu… A Marta i George we wzajemnej zjadliwości docierają w końcu siarczystych poniżeń i upokorzeń. Przestaje być komediowo, robi się coraz bardziej cierpko i refleksyjnie. On obraża i upokarza ją swoją obojętnością i cynizmem, ona prościej i literalniej – dyskredytując go jako mężczyznę, kochanka, naukowca, człowieka w ogóle.

W pokoju pojawia się kolejne małżeństwo – zaproszeni przez Martę na coś w rodzaju afetr party Nick (Piotr Bierdoń) – przystojny, blondwłosy, wysportowany, szarmancki i szalenie ambitny nauczyciel biologii na uniwersytecie ojca Marty oraz Honey (Katarzyna Dałek) – niezbyt ładna słodka idiotka, trochę tępa i naiwna, żona swojego męża. Młodsi od gospodarzy o jakieś dwadzieścia lat, na pozór idealnie dobrani, kochający.

kto-sie-boi-virginii-woolf-20-2

Ale tylko na pozór, bo ten fasadowy kontrast par legnie w gruzach, gdy z szaf wychodzą potwory.

Okazuje się bowiem, że w tej grze słów i emocji, pary obnażają się coraz bardziej. Odkrywają przed widzami wnętrzności swoich związków i podszycie ich samych. I tak, Nick to małostkowy i zorientowany na karierę emocjonalny chłopiec, który wcale tak bardzo nie kocha swojego Skarbka. Ożenił się z nią po tym, jak uroiła sobie ciążę, a jej ojciec zostawił jej w spadku ogromna fortunę. Nie jest ani kulturalny, ani szarmancki, nie przeszkadza mu uczelniany awans przez łóżko z córką rektora. Nie przeszkadza mu w tym też wymiotujący w łazience Skarb, ani czytający obok, książkę George. Nie przeszkadza też to oczywiście Marcie. Kobieta rozpaczliwie wołająca uwagi i ciepła ze strony nieobecnego męża, idzie do łóżka z Nickiem. Zapytacie kto jest winny? Nikt. Ta swoista psychoterapia, freudowska analiza, czy też terapia małżeńska, która uruchomiła się na scenie, pozostawiona została dokończeniu przez widzów już poza teatrem.

kto-sie-boi-virginii-woolf-21

Pełen ciętego dowcipu, emocji i angażującej historii spektakl ma kilka dużych atutów, ale w sąsiedztwie niemałych zgrzytów.

Jeśli chodzi o plusy, to niewątpliwym jest obecność na scenie absolutnie fantastycznego duetu Kolak, Baka. Fenomenalne kreacje, gra aktorska na najwyższym poziomie, ogromne doświadczenie sceniczne jakie mają i bezsprzeczny talent pozwoliły im zagrać nieuciekającą w tanie efekciarstwo i nieznośną przesadę, nonszalancję. Zdecydowanie mocny punkt, to także wspomniana już na początku scenografia Barbary Hanickiej oraz przekład Jacka Poniedziałka.

Niestety w kwartecie z rewelacyjnymi Dorotą Kolak i Mirosławem Baką uwypukliły się różnice w warsztacie drugiego scenicznego małżeństwa.

Postać Honey w wykonaniu Katarzyny Dałek, to w mojej ocenie największy mankament spektaklu. Dałek nie miała łatwej roli – drugoplanowa postać, obecna w rozmowach innych jako opowieść w osobie trzeciej, spędzająca większość czasu na torsjach w łazience gospodarzy. Jednak gdy już się pojawiała, próbując wejść w ton nierozgarniętej i infantylnej, skręcała nieopatrznie w trudną do zniesienia melo – recytację.

Trudne w odbiorze było także oświetlenie, szczególnie zjeżdżające z sufitu szpitalne reflektory – zbyt duża dosłowność chirurgicznej dokładności w roztrząsaniu przeszłości.

kto-sie-boi-virginii-woolf-18

Spektakl warty zobaczenia, na pewno ze względu na mistrzowskie kreacje Doroty Kolak i Mirosława Baki. Ale żeby jechać na niego przez pół Polski, to już chyba nie…

fot. materiały Teatru Wybrzeże