Artyści vs 2020 ~ Oskar Malinowski

O sposobach na przetrwanie pandemii i swojej pracy opowiada Oskar Malinowski – aktor, tancerz, choreograf, absolwent Wydziału Teatru Tańca Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Współpracuje z Komuna/Warszawa („Cezary idzie na wojnę”, reż. Cezary Tomaszewski, 2017  oraz  „Rodos”, chor. Wojciech Grudziński, 2019); Nowy Teatr w Warszawie („Języki Przyszłości/Future Tongues” chor. Ania Nowak, 2018); Teatr Fredry w Gnieźnie („Historia Przemocy” reż. Ewelina Marciniak, 2019); Zachęta Narodowa Galeria Sztuki w Warszawie („Topologia Pożądania”, chor. Agnieszka Kryst, 2019); Instytut Teatralny w Warszawie („Święto wiosny na aturi i mimozy wstydliwe”, reż. Klaudia Hartung-Wójciak, 2020).

Jak sobie radzisz w 2020?

2020… jak sobie radzę… cieszę się, że się wreszcie kończy. Myślę, że jak większość osób bo ten rok dużo narozrabiał.

A jakie emocje, jakie stany towarzyszyły Ci w ostatnim roku?

Oj! Przeróżne! I dramatyczne i euforyczne, zagubienia, i smutku, nostalgii. Wiesz, zależy, o którą część roku też chodzi bo tak naprawdę początek nie zapowiadał się tragicznie, wręcz przeciwnie. W styczniu byłem w Nowym Jorku z Cezarym [MK: ,,Cezary idzie na wojnę” w reż. Cezarego Tomaszewskiego prezentowany na scenie LaMaMa] i prócz tego, że bałem się, że przywiozłem stamtąd Covida (na szczęście jednak tylko anginę), to byłem dobrej myśli, miałem plany, projekty. A potem przyszedł marzec, lockdown. Nagle okazało się, że wszystko, co planowałem jest odwołane, że teraz moim światem będą te cztery ściany na Pradze. To nie był łatwy moment.

No tak, bo Ty jesteś cały czas w ruchu – próby, teatry, galerie, imprezy.

Dokładnie! To jest właśnie to! Cały czas w ruchu, cały czas coś się dzieje, wyjazdy… i takie nagłe zatrzymanie się jest po prostu drastyczne. Z dnia na dzień masz odcięte wszystko!

Jak wobec tego dostarczałeś sobie bodźców?

W różny sposób. Pracowałem ze swoim ciałem, tańczyłem, robiłem treningi online, poszerzałem też swoje umiejętności kulinarne i ogrodnicze. W pewnym momencie zrobiłem całkowite  przemeblowanie w mieszkaniu, żeby zmienić przestrzeń wokół siebie. Ale na początku to w ogóle oswajałem temat. Słuchałem wiadomości, czytałem artykuły, śledziłem statystyki. I dopiero po tym wszystkim stwierdziłem, że może to jest dobry czas, żeby po prostu wrócić do siebie i odszukać w sobie spokój.

I jak to robiłeś?

Przez rutyny. Wstajesz, masz czas na śniadanie. Ja staram się zawsze mieć czas na śniadanie, ale teraz masz czas na zajebiście długie śniadanie, na pierwszą kawę, na drugą kawę, możesz coś spokojnie obejrzeć, przeczytać, posłuchać. Taka celebracja życia, ale w zamknięciu. 

Powiedziałeś przed chwilą o powrocie do siebie. Czy w tym czasie, którego miałeś dużo więcej niż zwykle zrewidowałeś jakoś myślenie na temat siebie, swojej przyszłości, swoich planów, kariery? Czy zupełnie inny powrót do siebie miałeś na myśli?

Tak naprawdę, to w pewnym momencie myślałem, że to już jest koniec (śmiech). Niezłą huśtawkę nastrojów miałem. Projekt z ,,Cezary idzie na wojnę” był bardzo długi, miałem wtedy okazję pojeździć po świecie, zagrać na wielu prestiżowych festiwalach, na ważnych scenach i nagle dotarło do mnie, że muszę zmierzyć się z wizją, że długo, może nigdy nie wyjdę na scenę. W swojej głowie robiłem pożegnanie ze sceną bo spanikowałem! Jak zresztą prawie wszyscy moi bliscy na początku pandemii.

Czyli zacząłeś przyzwyczajać się do myśli, że teatr nigdy już nie będzie tym miejscem, które znamy?

Tak. Wiesz, bałem się tego, że wszystko zostanie zamknięte, ograniczone na dużo dłużej. Mnóstwo myśli, co dalej… Teraz mamy koniec roku, drugi lockdown, sytuacja epidemiologiczna jest jeszcze gorsza, ale głowa, przynajmniej moja, trochę się uspokoiła, zaakceptowała obecną sytuację.

Kiedy zapytałam Cię o emocje, to powiedziałeś, że z jednej strony był to smutek, panika, przerażenie, a z drugiej euforia. Co miałeś na myśli mówiąc o euforii, z czego ona wynikała?

Bo mnie rozpierało! Chociaż może euforia to faktycznie nie jest najlepsze słowo na określenie moich emocji wtedy. Bardziej chodziło mi o jakiś taki narkotyczny stan, w którym nie panujesz nad czasem, nie wiesz która jest godzina. I teraz myślę, że to rozpieranie wcale nie było pozytywne. Miałem energię, której nie potrafiłem, nie nauczyłem się jeszcze pożytkować.

Chcesz przez to powiedzieć, że 2020 to tylko złe emocje?

Nie, nie, absolutnie. Cieszę się bardzo, że udało mi się na przykład wreszcie spotkać z partnerem, spokojnie i zwyczajnie pobyć razem.

Wasz związek zyskał na tym, że byliście ze sobą tak dużo i intensywnie?

Tak, z tej perspektywy, doceniam ten lockdown. Często wyjeżdżamy w ramach różnych projektów i rzadko mieliśmy taki czas, kiedy po prostu siedzieliśmy w domu. I ta pandemia była dla nas swego rodzaju testem, egzaminem, mogliśmy się na nowo poznać. Trochę jak w reality show.

A jak sobie radzisz z niepewnością? Bo nie jesteś zatrudniony na etacie w żadnym teatrze, nie masz, nazwijmy je – podstawowym – zabezpieczenia materialnego.

Wiadomo, życie na freelansie ma swoje plusy i minusy. Wszystkie jego minusy wyszły w 2020. Bo albo masz oszczędności, albo ich nie masz, albo masz podpisane umowy, albo nie. Więc musiałem sobie jakoś radzić… i to w sumie zabawne, bo gdzieś mi mignęła reklama Vinted, wiesz, tej aplikacji [MK: sklep internetowy z odzieżą używaną]. A że miałem duuużo czasu i przestrzeni, żeby… zrobić porządki, zdecydowałem się, że założę tam konto i to był strzał w dziesiątkę.

Otworzyłeś butik?

Tak, zacząłem sprzedawać ciuchy! I nawet nie spodziewałem się, że będę mieć taki ruch! Bo wiadomo, wszyscy mieli wtedy więcej czasu, sklepy, galerie handlowe były pozamykane, więc naprawdę dużo ludzi przeglądało ubrania w tej aplikacji. Dzięki temu pozbyłem się nieużywanych już rzeczy, ale też nie ukrywajmy, miałem jakiś zarobek, pomoc w utrzymaniu się. Były takie okresy, że biegałem do paczkomatu trzy, cztery razy dziennie!

Widziałam, że byłeś też bardzo aktywny na Instagramie i Tik Toku (konto Oskara na IG: oskarmalinowski_).

No tak, na pewno intensywniej niż teraz. W tym czasie to była dla mnie taka przestrzeń kreatywna. Lubię to bardzo, tę możliwość kreowania siebie w totalnie różnych odsłonach. To trochę praca ze sobą, trochę nauka akceptacji siebie. Zacząłem też filmować małe performanse. I czasami pokazywałem w tych filmach swój faktyczny, obecny stan, albo kontrę do niego, a czasami jakąś tęsknotę. Ta przestrzeń Instagrama stała się dla mnie czymś więcej niż galerią zdjęć, a… dziennikiem. Postanowiłem też zmierzyć się z Tik Tokiem (śmiech).

Widziałam Britney Spears w Twoim wydaniu!

To było chwilowe, tydzień efektu wow, a później się złapałem na tym, że wrzucam tam same głupoty i pomyślałem ,,serio?! Ja to wrzuciłem?!” Całe szczęście można to usunąć.

Oczywiście, ale z jakiegoś powodu jednak decydowałeś się na to. Może to kwestia potrzeby wystawienia się dla widza, dostarczenia sobie bodźca w postaci obserwujących?

Tak! Jak najbardziej! Chciałem mieć odbiorcę, jakiś rodzaj konfrontacji z widzem. I wiadomo, że to są zupełnie nieporównywalne doświadczenia – żywy widz, a reakcja w Internecie, ale dawało mi to jakieś poczucie działania. A Tik Tok, to takie wesołe miasteczko w sumie. Trzeba mieć specyficzną energię, żeby się w to bawić (śmiech).

Skoro jesteśmy już przy zabawie, to czytałam, że Sylwestra spędzasz w Krakowie?

No mam nadzieję! 

Powiesz mi coś więcej o tym, co przygotowujecie z Cezarym Tomaszewskim?

Akurat podczas drugiego lockdownu jestem w próbach, co jest super! [MK: w przygotowaniu spektakl w reżyserii C. Tomaszewskiego ,,Cud mniemany czyli Krakowiacy i Górale” w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie]. Te próby też niestety różnie wyglądają ze względu na Covid bo w obsadzie jest bardzo dużo osób i część z nich albo było na kwarantannie, albo byli chorzy. Teraz póki co wszyscy są zdrowi i działamy. Zobaczymy co będzie dalej.

Znając stylistykę Tomaszewskiego to pewnie będzie się działo?

Oj będzie się działo! Premiera będzie streamingowa i odbędzie się na Boskiej Komedii [MK: 12 grudnia 2020, godz. 18], zapraszam!

Będziesz Krakowiakiem czy Góralem?

Gram Pastucha i Kościuszkę! Nie chcę zdradzać za wiele, ale na pewno będzie to bardzo roztańczony Pastuch i Kościuszko w trochę innej odsłonie. 

Próby do streamingu wyglądają jakoś inaczej niż te regularne?

Na pewno operatorzy, którzy będą filmować spektakl na żywo, będą musieli być przez dłuższy czas z nami na próbach, żeby wiedzieć co się dzieje w poszczególnych scenach, bo tu będzie naprawdę dużo akcji, kilka planów. 

Przygotowujesz się do tego jakoś wyjątkowo, inaczej?

Póki co, jeszcze o tym nie myślę bo jesteśmy na innym etapie prób. Temat streamingu i pytania czy ja mam performować do kamery, jak wzbudzić w sobie emocje, kiedy nie ma odbiorcy, przyjdą pewnie potem. Czasami zastanawiam się na ile to będzie doświadczenie teatru, a na ile planu filmowego, tak naprawdę. Czy jeszcze robimy teatr, czy już bardziej film… bo o ile multimedia, sztuki wizualne weszły już bardzo do teatru, to zawsze był ten kontakt. Nic nie jest w stanie zastąpić żywej wymiany energii.

Jaki masz stosunek do teatru online? Jako artysta i jako widz?

Zmierzyłem się z kilkoma spektaklami online, ale to nie było proste. Koncentracja. Nie byłem w stanie skupić się tak, jak w teatrze. Wiesz, oglądasz serial, film i zmieniają się obrazy, są kolorowe, pełne akcji, a teatr na ekranie jest bardziej statyczny. To są nagrania często z jednej kamery, ewentualne zbliżenia. Żeby wejść w teatr online, trzeba bardzo chcieć bo to wymaga od widza naprawdę dużego wysiłku żeby być uważnym przez dwie godziny, czasami dłużej. I wiesz, tu chodzi właśnie o to spotkanie, o którym mówiłem! Oddziaływanie scena – widz. A teatr online to jest spotkanie z obrazem, z komputerem, relacją. Wiadomo, teraz też rozmawiamy przez internet bo to jest jedyna opcja i wspaniale, że technologia nam to umożliwia, ale jak pięknie byłoby rozmawiać przy kawie… A jako artysta, trochę czuję, że to zwyczajnie jedyna dostępna możliwość, żeby jakkolwiek ratować, utrzymać kulturę. 


zdjęcie główne: fot. Bartek Zalewski

pozostałe zdjęcia: archiwum prywatne Oskara Malinowskiego