Szajba

Szajba. To słowo według Małgorzaty Sikorskiej – Miszczuk najtrafniej oddaje charakter funkcjonowania Polaków. W naszym kraju każde spotkanie rodzinne, każde poranne wysłuchanie wiadomości pokazuje, jak daleko fruniemy, jaki potężne moce w nas buzują. To prawda, każdy ma swoją szajbę… co często uniemożliwia zbudowanie przestrzeni na kompromis, na rozmowę, na wspólną wizję.

Sikorska – Miszczuk Szajbę, sztukę political fiction, czyli zbiór nieprawdopodobnych, niebyłych stereotypów, zwyczajów, rytuałów związanych ściśle z aktualnym kontekstem politycznym, napisała w 2006 roku. Ówczesne okoliczności społeczno — polityczne były takie, że 14 lipca zaprzysiężony został rząd Jarosława Kaczyńskiego, który w koalicji z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin mieli podejmować kluczowe decyzje dotyczące kraju. Byłam wtedy nastolatką, ale pamiętam dobrze krzyki rodziców i ich łapanie się za głowę podczas wieczornych wiadomości. Pamiętam też stanowczy stosunek mojej nauczycielki języka polskiego do absurdalnych zmian, jakie wprowadził ówczesny minister edukacji Roman Giertych. Duża część kraju była wtedy skrajnie wkurzona i zażenowana. Chciała, żeby ta groteska dobiegła wreszcie końca.

Tekst swoją pierwszą premierę miał w 2009 roku w Teatrze Polskim we Wrocławiu, wyreżyserował go wtedy Jan Klata. Od dwóch już lat trwały pierwsze rządy Donalda Tuska, które wydały się wreszcie profesjonalne, pomogły śmiać się i wspominać z niedowierzaniem poczynania Andrzeja Leppera, Romana Giertycha, Jarosława Kaczyńskiego. Szajba wpisała się w tamte społeczne nastroje perfekcyjnie i modelowo. Śmieszyła surrealistyczna wizja Polski, do rozpuku bawił pamflet i paszkwil, niepoprawna politycznie satyra. A teraz? Chyba zbyt realne i dotkliwe to żarty. Niewielu miało, w marcu 2018 roku, w Teatrze Fredry w Gnieźnie, siłę się śmiać.

6335_660x

Szajba jest historią o Polsce i Polakach, o podziałach między rodakami i próbie osiągnięcia pełnej władzy przez jednego człowieka. Brzmi znajomo? Jest zbiorem anegdot, absurdu i nonsensu. To historia walki dożywotniego premiera Polski — Mistera Ble (Roland Nowak) z terrorystami z Kujaw, którzy chcą zetrzeć Polskę z mapy świata, a w jej miejscu wbudować wielkie i potężne Kujawy. Przywódcą zamachowców jest niejaki 99 Groszy (Paweł Paczesny), porywczy i okrutny Kujawiak, spadkobierca myśli i kontynuator planu zagłady Polski wielkiego El Kujawy Pierwszego. Jego pseudonim pochodzi od kwoty, która pewnego wieczoru zabrakła mu do piwa i zmusiła do spędzenia nocy na trzeźwo. Towarzyszy mu Zachar (Sebastian Perdek), który odpowiedzialny jest za skonstruowanie i wybuch bomby mającej zmieść Polskę z powierzchni Ziemi oraz unicestwienie usa (nie USA). Połączenie kabelków uniemożliwia mu jedynie tkwiąca w oku i w dupie rzęsa. Cały świat drży ze strachu czytając udostępniane za pośrednictwem sieci kolejne informacje dotyczące rozwoju akcji i następnych kroków separatystów.

Mister Ble zabójczo kocha Ojczyznę — krainę mlekiem, miodem i otrębami płynącą. Jest skoncentrowany na stworzeniu nowej polityki historycznej opartej na polskości, polskiej dumie, przebaczeniu. Jego doradcą jest Niemiec w wojskowym anturażu, pamiętający II Wojnę Światową i hitlerowską propagandę — Hans (w tej roli kapitalny Michał Opaliński). Dzięki ich rozmowie dowiadujemy się, że Polska skapitulowała dopiero w kwietniu 1940 roku, a Niemcy zasłynęli z buntu przeciwko Hitlerowi oraz z szacunku do wszystkich ras i wyznań, szczególnie do Żydów; a także o pretensjach Niemców o autorstwo idei Holocaustu, które przestało być oczywistym, odkąd obozy koncentracyjne zaczęto nazywać polskimi. Trochę bawi nas ta paranoja, nikt jednak nie ma siły zaśmiewać się do łez. O łzy przyprawia za to raczej ten rzeczywisty polski absurd i realne zagrożenie nacjonalizmem.

Mister Ble nie grzeszy błyskotliwością i polotem, stwarza raczej pozory stanowczego i męskiego. Jego żonę Wiktorię (Katarzyna Strączek) poznajemy kiedy piecze dla wspomnianych dyskutantów kiełbaskę na kiju. Jej rolę Ble sprowadza do funkcji służki i kochanki. Niezaspokojona erotycznie i emocjonalnie, chce wyzwolić się z niesatysfakcjonującego i poniżającego związku z Ble, a także zaspokoić swoje fantazje na temat 99 Groszy. W końcu ucieka na Kujawy. Wiktoria kojarzy nam się  z kobietą walczącą o swoje miejsce w patriarchalnym świecie. Czy to zabawne, że musi walczyć, czy to w jakikolwiek sposób fiction? Niestety nie… po raz kolejny doskwiera nam dotkliwości tematu.

Niedorzeczności i paranoi jest tu więcej, jedna goni drugą, tylko zamiast śmieszyć wbijają coraz mocniej w fotel. Bo pojawia się tu i Malala Yousafzai — Pakistanka, najmłodsza w historii laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, która w Szajbie   miałaby indoktrynować wśród dzieci Islam. Są też żarty z kujawskich samobójców męczenników, dla których profesor Bralczyk (Wojciech Siedlecki) ma wymyślić inherentną nazwę, może mękujaw, albo kujater?, i który po zabiciu przez terrorystów zmartwychwstaje bo językowa misja, którą rozpoczął nie wypełni się sama.

6340_660x

Od tych wszystkich wydarzeń oddziela nas wysoki płot zwieńczony drutem kolczastym, przez który nikt nie przedostanie się na drugą stronę. Banalny, acz boleśnie dosłowny synonim podziału, odgrodzenia, zamknięcia i złudnego poczucia bezpieczeństwa, którego autorem jest Mirek Kaczmarek.

Historii akompaniuje dziecięcy zespół z Akademii Młodego Muzyka w Gnieźnie i góralski taniec z ciupagą, które wchodzą w przebieg wydarzeń tworząc skoczny kolaż antonimów.

Ostatecznie zwycięża jednak znajdująca się w butelkach po occie polska żółć — toksyczna i zabójcza substancja, która w dosłownym geście rozbijania jej przez Ble i 99 Groszy o mapę Polski zgładzi wszystkich — i Polaków i Kujawiaków. Kiedy na terenie dawniej zamieszkiwanym przez Polaków lądują Małpy z filmu Franklina J. Schaffnera i przeczesują okolicę w poszukiwaniu oznak dawnej cywilizacji, znowu zamiast śmiechu pojawia się zgrzyt zębów i refleksja nad podziałem naszego kraju, trwoga o to gdzie ten brak dialogu nas zaprowadzi…

W potoku słów, anegdot, kolorowości, absurdów — zgrabnie zresztą skomponowanym — przed zdrowym śmiechem powstrzymywała dobijająca aktualność. Wszystkich wykurzyła polska żółć, a kolczasty drut nawet nie drgnął. Nie śmieszy ta Szajba, kiedy  tylu wokół ma szajbę…

fot. Natalia Kabanow

Wesele. Poprawiny

Idąc na Wesele. Poprawiny Polskiego Teatru Tańca, nie spodziewajcie się wiernej adaptacji dramatu Wyspiańskiego. Co prawda zobaczycie tu Chochoła, ale przy okazji jego tańca – zamiast uśpienia, bierności i bezwolności – dostaniecie garść przykładów z niedopasowania do galopujących społeczno-politycznych zmian, projekcje z polskich wesel, przaśnych, z rasistowskimi tekstami i seksistowskimi aluzjami. Otrzymacie też mało optymistyczny obraz społeczeństwa, różniącego się nie tylko pod względem pokoleniowym, którego członkowie zmuszeni są ze sobą współżyć, choć nie zawsze się lubią i rozumieją.

Wesele. Poprawiny rozpoczyna się krajobrazem biało-czerwonych peleryn przeciwdeszczowych, słynnych za sprawą Jarosława Kaczyńskiego i głosem z offu, który ironicznie komentuje styl prezesa słowami „ubrałem się, w com tam miał”. Następnie wszyscy odrabiamy teatralną lekcję z wystawień Wesela w Polsce, od pierwszej inscenizacji w 1901 roku w Krakowie w reżyserii Adolfa Walewskiego po ostatni spektakl Jana Klaty w krakowskim Starym Teatrze, który z wiadomych względów, do historii przejdzie jako stypa. Zastanawia tylko, w jakim celu twórcy spektaklu stworzyli dla nas tę repetycję.

Tymczasem, w takt fenomenalnej elektronicznej muzyki RSS B0YS i na tle ruchowych ilustracji przywoływanych przedstawień, które bywają aż nazbyt dosłowne, bawimy się dalej. Na scenę wbiegają tancerze Polskiego Teatru Tańca w skąpych, przylegających do ciała kostiumach, z nadrukowanymi portretami aktorów z Wesela Andrzeja Wajdy, które zaprojektował Mirek Kaczmarek. Miejsca wokół sceny zajmują seniorzy z Movement Factory — fundacji, którą w 2012 roku założyła Iwona Pasińska (obecna dyrektorka Polskiego Teatru Tańca), realizującej programy performatywne, wydawnicze i badawcze, przeznaczone przede wszystkim dla osób starszych i dzieci. Seniorzy tworzą tło niemal wszystkich wydarzeń, kreując jednocześnie obraz tak dobrze znany z wesel – starsi zza stołu obserwują „jak młodzi się bawią”. Seniorzy, jak i Juniorzy z laboratorium twórczego będą towarzyszyć tancerzom PTT niemal przez cały czas trwania spektaklu. Na potrzeby przedstawienia starsi udzielili swoich wspomnień, a ich opowieści zostały przekształcone w monologi aktorów. Potencjał dzieci nie został jednak przez twórców wykorzystany; ich obecność służy jedynie zarysowaniu obrazu trzech pokoleń.

DSCF3682_2

Scenografia (Mirek Kaczmarek) jest minimalistyczna. Składają się na nią biały ekran, służący do wyświetlania filmów, stanowisko DJ-a po lewej stronie sceny oraz figura Chrystusa przykryta narzutą z biało-czerwonych balonów, wisząca horyzontalnie pod sufitem. W takiej scenerii z głośników zaczyna huczeć piosenka A kto się urodził, która ma za zadanie upić wszystkich gości (tych na widowni również). Przekazywanie przez weselników butelki z wódką z rąk do rąk zdaje się nie mieć końca. Mordobicie i spanie pod stołem, które jest tego następstwem, również. Dziś to już nie wesele, a poprawiny! Mimo kaca i zmęczenia, wódka nie przestaje się lać, a nogi, choć co prawda nie nadążają już za rytmem muzyki, ostatkiem sił jeszcze podrygują. Gdzieś na ranem, po dwóch nocach imprezowania, rozpoczyna się główna część spektaklu – kolaż melancholijnego seansu wspomnień bohaterów, przaśności i grubiaństwa weselnych przyśpiewek, końskich zalotów i oczepin. Przemieszanie czasów, tęsknot, mrzonek i fantazji z rzeczywistym, czasami okrutnym przebiegiem zdarzeń stanowi główny pomysł inscenizacyjny. Dramaturgia, za którą odpowiada Magdalena Zaniewska, zakłada jego realizację poprzez choreografię i słowo mówione. I o ile ilustracja ruchowa jest nienaganna, o tyle umiejętności aktorskie i dykcja tancerzy PTT nie są już tak doskonałe.

Spektakl budują pojawiające się naprzemiennie wspomnienia oraz część muzyczna — taniec i śpiew. Twórcy na start przywołują lata dziewięćdziesiąte, sentymenty pokolenia Millenialsów, czyli teledyski na MTV, imprezy podrasowane tabletką Extasy, portal społecznościowy Grono, Big Brothera, czy pierwszą ściągniętą z Internetu mp3. Według autorów spektaklu to wtedy zachłysnęliśmy się nowymi możliwościami oferowanymi przez globalizację i technologiczny postęp. Wolna, pokomunistyczna Polska wzięła ślub z kolorowym i nowoczesnym Zachodem.

Ważnym elementem spektaklu jest próba dekonstrukcji narodowych mitów. W tym kontekście warto przywołać opowieść jednej z bohaterek, w której mowa o napadających na jej wioskę w 1945 roku mężczyzn, których ktoś kiedyś nazwie żołnierzami wyklętymi. W tej historii wyraźnie widać, dlaczego w spektaklu pojawiają się prywatne wspomnienia. Mają one zmienić perspektywę opowiadania historii Polski ze zbiorowej, związanej z martyrologią, na jednostkową. Oberek zatańczony tu do elektronicznej muzyki staje się symbolem zmiany i przekształcenia. Jednak dla obecności na scenie (zaraz za plecami prowadzącej właśnie monolog aktorki) kilku aktorek w białych sukniach, markujących zapinanie sobie nawzajem suwaków i wiązanie kokard, nie znajduję już uzasadnienia.

DSCF3167_2

W kontraście do sceny wspominania pojawia się piosenka Czy chciałaby pani. Aktorzy śpiewając, zapraszają do wspólnego tańca publiczność, burząc jednocześnie czwartą ścianę. Twórcy obnażają bezmyślność weselników, którzy w rytmie skocznej, jarmarcznej melodii, powtarzają rasistowskie i seksistowskie treści. Publiczność bawi się przednio. Po zajęciu przez widownię na powrót miejsc, pojawiają się oklaski! Twórcy spektaklu mogli jedynie prognozować wynik tej sceny i musieli przygotować się na różne reakcje. Publiczność mogła nie zdecydować się przecież na wejście na scenę, śpiew, oklaski. Lubię takie prowokacje, choć ich konsekwencje bywają trudne do przełknięcia. Uśmiechy znikają dopiero wtedy, gdy pojawia się głos z offu. To nagranie z domu posła PiS-u, Rafała Piaseckiego. Czar mitycznego Polaka pryska, gdy okazuje się, że potrafi on pastwić się nad swoją żoną, ubliża, poniżać, bić. Dla wzmocnienia powagi tego wątku, scena jest pusta, z góry zwisa tylko figura Chrystusa. Wszak to przed obliczem Boga małżonkowie przysięgali sobie miłość, wierność i inne. To bardzo wymowna scena, konfrontująca, to jak, jako zbiorowość chcielibyśmy być postrzegani, a na jaki wizerunek pracujemy; jak siebie kreujemy, a jacy, tak bez pardonu, jesteśmy. Przed obliczem i za milczącym przyzwoleniem Boga.

Twórcy spektaklu konfrontują miraż i fantazmat z rzeczywistością. Dobrze widać to na przykładzie opowieści jednej z Seniorek, wyświetlanej w formie filmu. Ta historia to pełne lęku wspomnienie buntu przeciw wchodzeniu w zaaranżowany związek małżeński i wiary, że nigdy do tego nie dojdzie. Scena ta kontynuowana jest przez przejmujący duet Dominika Więcka i Michała Przybyły ubranych w czarne suknie (czerń symbolizuje tutaj żałobę po utraconej nadziei). Kończy się monologiem każdego z aktorów PTT na temat lęku o przyszłość i pytaniem skierowanym do publiczności: ,,A ty czego się boisz?”. Każdy z nas musi uporać się z nim sam.

Tymczasem Seniorzy w pelerynach w narodowych barwach wchodzą na scenę, tworząc obraz bliźniaczy do tego z pierwszej sceny spektaklu. Historia zatoczyła koło. Wracamy do punktu wyjścia, z tym że o kilkadziesiąt lat starsi. Rewelacyjny pomysł z zaproszeniem aktorów Movement Factory pozwolił twórcom Wesela. Poprawin skutecznie zobrazować transformację nie tylko ustroju politycznego, ale całego narodu jako wspólnoty. Szkoda tylko, że zaproszeni do udziału w spektaklu Juniorzy, nie odegrali w nim tak naprawdę żadnej roli. W przedstawieniu męczą wielokrotne powtórzenia i przedłużanie scen, przytaczanie wielu kontekstów przy braku lub kiepskim komentarzu. Nuży też synchroniczna, zbyt dosłowna choreografia. Na koniec należy jeszcze raz wspomnieć i docenić fantastyczną muzykę RSS B0YS i kostiumy Mirka Kaczmarka oraz męski duet w czarnych sukniach. Myślę, że spektakl Wesele. poprawiany miał być o Polakach – o tym, jacy jesteśmy w konfrontacji z tym, jak sobie siebie wyobrażamy. Zbyt dużo tu jednak stereotypów – powierzchownej diagnozy naszego społeczeństwa.

 

A to Polska właśnie (Wesele. Poprawiny)
Monika Krawczak
Internetowy Magazyn ,,Teatralia”, numer 224 /2018
Link do źródła: 13.02.2018

fot. Materiały PTT