Strach zżerać duszę

Strach zżerać duszę w reżyserii Agnieszki Jakimiak, to przykryty humorem, przegięciem, pastiszem, fantastyczną warstwą estetyczną, dramat.

I nie chodzi tu o romans głównych bohaterów nagrodzonego w Cannes filmu Rainera Wernera Fassbindera, który stał się inspiracją do stworzenia spektaklu. Nie chodzi o samotność, starość, emigrację, niedopasowanie, brak akceptacji, niechęć niemieckiego społeczeństwa, czy ostatecznie połączenie tego wszystkiego za sprawą dwójki przegranych – Emmi, starszej, niemieckiej sprzątaczki o polsko brzmiącym nazwisku i młodego, marokańskiego gastarbeitera, Alego.… To nie ten dramat, nie ta historia.

Wykorzystana została ona jako klucz do sportretowania nastawienia homogenicznego społeczeństwa do innego, innej, do wszystkiego co nowe i nieznane i wytrącające przez to ze strefy komfortu. O stosunku Polaków – narodzie bardzo jednolitym, do ludzi innego wyznania, innej rasy, narodowości.

Ali i Emmi nie biorą udziału w spektaklu, obecni są za to ich sąsiedzi, ich niechęć i plotki, obecna jest rodzina, dorosłe dzieci Emmi, ich złość i brak zrozumienia. To zamknięcie i strach przed innością, do której nie wiadomo jak się odnieść, jest źródłem agresji.

_dsc1387_2_

Spektakl (na szczęście!) nie jest gorzko – patetyczny. Cierpkość pojawia się dopiero wraz z refleksją, że ten śmiech, choć głośny i szczery, jest trochę przez łzy. Wystarczy włączyć telewizję. Wystarczy przejść niedaleko Mostu Poniatowskiego w Święto Niepodległości by wiedzieć, że to tu, że to o tym.

Ale! Wracając do śmiechu! Spektakl rozpoczyna debata z udziałem twórców spektaklu, która zwykle odbywa się po premierze: reżyserki (Karolina Adamczyk), dramaturga (Julian Świeżewski), muzyka (Łukasz Jędrzejczak) a także samego Fassbindera (Grzegorz Artman), rozmowę moderuje Klara Bielawka. Pełno tu pstryczków w nos, kąśliwych uwag do siebie nawzajem, do wchodzącej publiczności i komentarzy na temat spóźniającej się reżyserskiej, zagranicznej gwiazdy. Wszystko na tle przepięknej scenografii Mateusza Atmana. Za plecami odbywającej się debaty znajduje się biały pokój, w którym, nie tylko ściany, a dosłownie wszystko jest białe. Białe są i stół i krzesła, i kwiaty, donice, sofa, ogromny ukrzyżowany Jezus w rogu pokoju i nawet woda w białej konewce jest biała. Biel jest wszechobecna i wszechogarniająca! Przepiękna! Tworzy wspaniały podkład do gry świateł w kolejnych scenach. I można ją dowolnie zapisać. Trudno oderwać oczy.

Po zakończeniu debaty, z sufitu zjeżdża ekran, na którym wyświetlone zostają fragmenty filmu połączone są ze scenami dogranymi przez aktorów spektaklu. Tym samym, na przykład Brigitte Mira, grająca w kinowej wersji rolę Emmi rozmawia przy stole nie z El Hedi ben Salem (Ali z filmu) a z Grzegorzem Artmanem.

Pokój w każdej kolejnej scenie zmienia kolor, raz jest czerwony, raz żółty, innym razem zielony. Aktorzy mają na sobie peruki i stroje odpowiadające charakterem tym z filmu (lata 70. ubiegłego wieku). Raz są zawistnymi sąsiadami z dołu, sklepikarzem, który postanawia nie obsługiwać tej starej baby i arabskiego psa, krzyczącą córką i rozbijającym telewizor, synem. Nie są przywiązani do ról, w każdej fantastyczni, przezabawni! Grają farsą, komiczną hiberbolizacją gestów i słów.  Przez rozbawienie uwypuklają tragizm, brutalność wynikającą z braku tolerancji i zakłamania.

_dsc0981_1_

Najbardziej gorzki jest wniosek, do którego dochodzą rodzina, sąsiedzi, otoczenie Emmi i Alego — że właściwie korzyść (nie tylko materialna) wynikająca z publicznej akceptacji innego jest większa niż jawny sprzeciw, otwarta złość. A nienawidzić można przecież na odległość i podskórnie. Analiza ta niczego zatem nie zmienia… zrozumienie i akceptacja się nie pojawia, pozostaje zimna kalkulacja.

Rytm całemu spektaklowi nadaje Jędrzejczak, poruszający się do klubowych bitów za oknem pokoju. Wychodzi na ostatnią scenę. Ubrany w krótkie futerko, wełnianą czapkę, z wyrysowaną na torsie głową jelenia. Wychodzi, żeby zaśpiewać pieśń o Cyganie, czarnym Cyganie. Dość że czarnym to jeszcze Cyganie… 

Gorąco polecam! To bardzo mądrze zrealizowany spektakl.

fot. Magda Hueckel

1984

Rok 1984 z powieści George’a Orwella w rok 2018, w obecny kontekst polityczno — społeczny wkomponował się piekielnie dobrze! I wpasowanie to naprawdę niepokoi (bo czy dajmy na to, żywcem zaczerpnięty z literatury fragment dotyczący rozstrzeliwania uchodźców gdzieś na morzu Śródziemnym nie wydaje się być zatrważająco aktualnym?).

Mowa o zbrodniczym, ogłupiającym systemie kierowanym przez Partię, pod czujnym okiem enigmy — Wielkiego Brata. Zarządza się tu i podporządkowuje władzy przemocą, okrucieństwem, bazując na strachu, kłamstwach i manipulacji. Los jednostki w tym systemie nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Tym co się liczy jest pozostanie u władzy, czego gwarancją jest podporządkowane Partii społeczeństwo. Wizja rewolucji jest tu tak samo abstrakcyjna, co humanizm. Bo każdy, nawet najmniejszy objaw sprzeciwu (nawet sama myśl, sen) wobec Partii karany jest ewaporacją, czyli śmiercią i całkowitym wymazaniem z historii.

Wymazywania, czyli usuwania wszelkich śladów istnienia ewaporowanego (z gazet, książek, plakatów, itp.) i przepisywania historii na nowo dokonuje się w Ministerstwie Prawdy. To tu pracuje Winston Smith (Arkadiusz Brykalski), który konspiracyjnie, na dyktafonie zapisuje swoje spostrzeżenia na temat potworności życia pod okiem Wielkiego Brata. Opisy te są formą buntu i wyrazem tęsknoty za wolnością. W Ministerstwie Prawdy wszyscy wyglądają tak samo, wszyscy są apatyczni i przeciętni, ubrani w jednakowe, nie różnicujące na płeć, szare kombinezony (kostiumy — Kornelia Dzikowska). Bezrefleksyjnie wykonują swoją pracę. Ponura i szara jest także przestrzeń Ministerstwa — zimne, stalowe, ustawione pod ścianą, jedno za drugim biurka z komputerami (świetna scenografia Roberta Rumasa). Wymazywanie, pracownicy Ministerstwa, przerywają tylko na czas Dwóch Minut Nienawiści, kiedy to mają obowiązek rozrzucić w przestrzeń wokół siebie nieco agresji, pogardy, wrogości. Taki codzienny trening — żeby nie wypaść z wprawy w nienawidzeniu. Mamrotane pod nosem przekleństwa, środkowe palce i pięści wymachujące w kierunku publiczności… w swojej zapalczywości nie różnią się niczym od tych pod Sejmem, pod stadionami, pod teatrami, na ulicach…

W Ministerstwie, Winston poznaje siedzącą kilka biurek za nim Julię (Klara Bielawka). Zakochują się w sobie, ulegają wzajemnej fascynacji i przeżywają namiętny romans. Wszystko w ukryciu, w strachu przed zdekonspirowaniem. Miłość jest tu bowiem uznawana za największą zdradę wobec Wielkiego Brata i Partii, a seks za najgorszą zbrodnię — służyć ma on jedynie prokreacji, przyjemność jest zaś bezwzględnie zakazana. Ukryci kochankowie podglądani są za pośrednictwem kamery,  z której obraz przekazany jest na wielki ekran z boku sceny. Szaleństwo miłości daje Winstonowi nieznane mu wcześniej poczucie siły i obietnicę sprawstwa. Za chęć zamachu na Partię karę ponoszą oboje. W przestrzeni przypominającej strzelnicę, Winston przechodzi nieprawdopodobnie brutalne pranie mózgu. Po torturach, rażeniu prądem wychodzi ,,zresocjalizowany”, jako bezwolny trybik w społecznej machinie Wielkiego Brata.

1984_____fot__krzysztof_bielinski (1)

1984 Barbary Wysockiej to przygnębiający przykład bezsilności jednostki wobec opresji władzy, tragiczna klęska humanizmu — nawet silne i odporne na reżim jednostki w końcu można zniszczyć. Jednak pomimo przytłaczających analogii roku 1984 do obecnej sytuacji, gorzkich wniosków, pomimo użycia wielu środków wyrazu (kamera, głos z offu, narracja prosto z oryginału, odarcie z ,,zzakulisowości” — aktorzy przebierają się i są charakteryzowani na scenie, obecność technicznych na scenie) i fantastycznego aktorstwa (m.in. Andrzej Kłak, Arkadiusz Brykalski) całość wypada dość monotonnie, trochę płasko. A może to temat wybrany przez Wysocką, może tak wielu o nim mówi, że tracimy czujność?

W ostatniej scenie, w której pojawia się Orwell (Andrzej Kłak) i dziennikarka (Ewa Skibińska), z ust pisarza pada ponure stwierdzenie dotyczące wizji przyszłości porównanej do butów depczących ludzką twarz bez końca. Nie pozwól by do tego doszło. Wszystko zależy od ciebie mówi pisarz. Wszystko zależy od nas!

fot. Magda Hueckel